Advertisement

Main Ad

O jak Otwartość

[ "Obcy myślą, że jestem spokojna. Moi przyjaciele myślą, że jestem otwarta. Moi najlepsi przyjaciele wiedzą, że jestem kompletnie szalona." ]
Pamiętam samą siebie sprzed kilku lat, jeszcze przed Malmö. Cóż, pamiętam nawet początki mojego Erasmusa, kiedy mówiono mi, że jestem zimna jak Szwedzi, choć tak naprawdę nikt z nas jeszcze żadnego Szweda nie poznał. Kiedy ktoś podchodził, by mnie przytulić na powitanie, robiłam krok w tył z miną "dlaczego mnie dotykasz?". Próbowałam się odnaleźć w tym międzynarodowym środowisku i zdecydowanie nie przyszło mi to łatwo. Na szczęście spędzałam większość czasu z bardzo towarzyskimi ludźmi, którzy mieli na mnie ogromny wpływ - po tym zwykłam mówić, że wróciłam z Malmö kompletnie odmieniona i dużo bardziej otwarta. No ale potem się przeniosłam do Sztokholmu...
[ "Czuję się niekomfortowo nawet w swojej własnej strefie komfortu." ]
W Polsce nie miałam raczej problemów z zawieraniem znajomości. Może to dlatego, że zazwyczaj gadam jak najęta i to często przełamuje pierwsze lody. Ale żeby tak się zachowywać, muszę się przy kimś czuć komfortowo. Zawsze mi się wydawało, że to nie takie znowu trudne... a potem się przeprowadziłam do Szwecji. Kiedy teraz o tym myślę, to chyba chodzi o sposób tworzenia czegoś w stylu sieci znajomych. W Polsce to było proste, ciągle zdarzało mi się spotykać znajomych znajomych - część z nich spotykałam tylko raz i już więcej ich nie widziałam, ale niektórzy pojawili się w moim życiu na dłużej. I to było takie naturalne! Idziemy do baru i któraś z nas pisze SMSa: "Czy X może do nas dołączyć? Studiuje ze mną, lubi koreańskie kino i jest bardzo fajna". Nie ma sprawy, nie znam jej, ale kiedy przyjdzie, możemy pogadać. Wiem już przecież, że X lubi koreańskie kino, a ja nic o nim nie wiem, więc już mogę zadać kilka pytań, a rozmowa się dalej sama potoczy.
Albo idę gdzieś i po drodze spotykam przyjaciela spacerującego z jakimś kolegą. "Cześć, to jest Gabi, a to jest Y. Opowiadałem ci o nim! Byliśmy razem na obozie w górach, pamiętasz tę historię?" - jasne, choć dotąd cię nie spotkałam, Y, to sporo o tobie słyszałam i jestem pewna, że znajdziemy wspólne tematy.
Tak to normalnie wygląda. To zawsze było takie łatwe. O tym się nie myśli, to po prostu samo przychodzi. Ale w Szwecji...
[ "Proszę, bądź moją wymówką, bym nie musiała się gdzieś pojawić." ]
Czegoś mi tu brakuje, takiego jakiegoś "punktu startowego". Naprawdę zazdroszczę ludziom, którzy wyprowadzili się za granicę, mając już kogoś na miejscu, kto mógł ich wprowadzić w swoje środowisko. Ja przyjechałam do Sztokholmu, nie znając tu kompletnie nikogo. Jeden Kolumbijczyk siedział daleko w Umeå i w żaden sposób nie mogło mi to pomóc w zawieraniu znajomości na miejscu. Albo nawet to jeszcze utrudniało, bo przecież większość weekendów spędzaliśmy tylko we dwójkę.
Kiedy przyjechałam do Sztokholmu, moje kontakty ograniczały się do ludzi z pracy. Albo raczej - do grupy z AIESECa. Nie chcę na to narzekać, poznałam tam parę naprawdę świetnych osób, ale po prostu czułam, że tam nie pasowałam. Miałam wrażenie, że wiele osób traktuje staż z AIESEC tak jak ja traktowałam wcześniej Erasmusa - jako świetne, ale krótkie międzynarodowe doświadczenie. Jako że ja akurat szukałam w życiu jakiejś stabilizacji, no i epizod erasmusowy miałam już za sobą, naprawdę nie czułam się tam komfortowo. Do tego dołączyłam do grupy, gdzie wszyscy się znali, więc często siedziałam cały czas w kompletnej ciszy. Praca dla 2 (potem nawet 3) grup w biurze też nie pomagała, bo często podczas spotkań integracyjnych AIESCECa w pracy, ja akurat skupiałam całą swoją uwagę na Excelu przed sobą. Kiedy chciałam poznać kogoś lepiej i próbowałam się spotkać twarzą w twarz, w większości przypadków kończyło się na "Nie masz nic przeciwko, jeśli parę osób do nas dołączy?" i w efekcie siedziałam cicho, słuchając ludzi rozmawiających o pracy ;).
[ "Naprawdę wspaniale cię poznać, ale obecnie nie jestem dostępna na rynku nowych przyjaciół.]
Bądźmy szczerzy, praca nie jest najlepszym miejscem do zawierania przyjaźni. I nie mam tu na myśli tego, że w pracy nie spotkałam wspaniałych osób, bo oczywiście takie są. Ale właściwie większość z nich jest już po ślubie, ma dzieci, a po pracy chcą tylko wrócić do domu i spędzić trochę czasu z rodziną. Chociaż, zwłaszcza ostatnimi czasy, zawarłam sporo świetnych relacji z ludźmi z pracy, rozmawiamy naprawdę o wszystkim, ale świetnie zdaję sobie sprawę, że te relacje są ograniczone tylko do pracy. Nie uważam, że jest to dziwne, w Polsce lub gdziekolwiek indziej byłoby pewnie tak samo. Jestem po prostu wciąż na początku mojej drogi, najmłodsza we wszystkich grupach, na kompletnie innym etapie życia niż większość z nich.
Ale przy tym wszystkim... Podczas tego 1,5 roku w Szwecji spotkałam wspaniałych ludzi. A życie potoczyło się dalej. Większość z tych świetnych osób spotkanych podczas ostatniego 1,5 roku, większość osób, które liczyły się dla mnie w Szwecji, odeszła. Wyjechała. Zniknęła z mojego życia. Myśląc sobie o tym ostatnio, doszłam do wniosku, że to też mnie jakoś blokuje. Po co się zbliżać do ludzi, których za pół roku już i tak nie będę znała? A pożegnania zawsze bolą.
[ "Jesteś moją ulubioną osobą, z którą mogę być społecznie nieprzystosowana." ]
I tutaj pojawia się pytanie - jak to jest, że w Polsce nie mam problemów z byciem otwartą i rozmowną, a w Szwecji mam jakieś bariery? Myślałam o dołączeniu do jakichś meet-upów, ale szukanie znajomych on-line nie jest dla mnie. Albo raczej: może bym i na coś takiego poszła, ale już z kimś znajomym. Naprawdę nie lubię siedzieć gdzieś sama pośród kompletnie obcych osób, gdzie nie znam zupełnie nikogo. W takim momencie zapominam, jak to jest być rozmowną i otwartą i myślę tylko o tym, jak by tu stąd najszybciej zwiać ;). A pobyt w Szwecji wcale tu nie pomaga - Szwedzi są jeszcze mniej otwarci niż ja w takich chwilach :P. Byłam ostatnio na krótkiej wycieczce z T., którego poznałam jakiś czas temu na krótkiej trasie turystycznej po Sztokholmie. Chwilę porozmawialiśmy, utrzymywaliśmy jakiś kontakt przez Facebooka, no i zorganizowaliśmy potem ten wypad. Ale, oczywiście, T. nie jest stąd. Szczerze mówiąc, nawet nie potrafię sobie wyobrazić takiej sytuacji z udziałem Szwedów. Oni by pewnie również porozmawiali chwilę z tobą, ale to byłaby pierwsza i ostatnia rzecz, a potem już więcej byś ich nie zobaczył. Jest coś prawdziwego w artykule z The Local: "Szwecja spektakularnie zawodzi, jeśli chodzi o bycie dobrym miejscem na zawieranie nowych przyjaźni. W oparciu o wywiady z ponad 21.000 ekspatów w 39 krajach, naród ten uzyskał zaledwie 36 miejsce w kategorii "życie towarzyskie" i nędzne ostatnie miejsce za "zawieranie znajomości". "
Jakoś tak brakuje mi tej łatwości nawiązywania kontaktów tak jak w Polsce. Że możesz sobie tak po prostu z kimś porozmawiać, a po miłej pogawędce najzwyczajniej w świecie wymienić się kontaktami na Facebooku, numerem telefonu czy czymkolwiek. A potem po prostu utrzymać kontakt.
[ "Są dwa rodzaje szczerych ludzi na świecie: małe dzieci i pijani." ]
Więc dotarłam już do litery O w moim Alfabecie emigracji :) A tutaj możecie też znaleźć wpisy innych blogerek:
- Gone to Texas: O jak Ozarka
- Obserwatore: O for Otwarcie granic

Publikowanie komentarza

4 Komentarze

  1. Dopiero co tutaj trafiłam, ale właśnie rozglądam się z zaciekawieniem i przyznam, że coraz bardziej mi się podoba :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę i z przyjemnością zapraszam ponownie! ;)

      Usuń
  2. Muszę nadrobić zaległości w tym alfabecie, wczytuję się głęboko!

    OdpowiedzUsuń