Advertisement

Main Ad

W lodowym hotelu

Nie ukrywam, że informację o tym, iż hotel lodowy pod Kiruną funkcjonuje obecnie w formie ICEHOTEL 365, przyjęłam z ogromną radością. Wycieczkę na północ planowałam jesienią, gdy śnieg - owszem - mógł się zdarzyć (w końcu to Laponia), ale raczej temperatury są jeszcze dodatnie. A nie jest przecież tajemnicą, że budowę hotelu lodowego rozpoczyna się z początkiem zimy - tak, by w grudniu móc go udostępnić gościom i turystom. Ale Icehotel dostępny przez cały rok? Jak to wszystko ogarnąć? Informacje z internetu nie do końca pozwalały mi wyobrazić sobie to wszystko, więc nie miałam wyjścia - zamówiłam transport z lotniska w Kirunie i dwadzieścia minut później wysiadłam przed recepcją Icehotelu w Jukkasjärvi.
Recepcja akurat znajduje się w najzwyklejszym hotelu, gdzie lód zobaczymy jedynie na zdjęciach rozstawionych dookoła. Normalne budynki wszędzie dookoła nie powinny dziwić - hotel lodowy oferuje pięknie dekorowane sypialnie i bar, ale pozostałe pomieszczenia: łazienki, kuchnie, przechowalnie bagażu - to wszystko musi funkcjonować przecież w normalnych temperaturach. Poza tym większość turystów zatrzymujących się w Icehotelu spędza w lodowym pomieszczeniu tylko jedną noc, pozostałe już w ciepłych pokojach, które hotel też oferuje. W lodowej części doba hotelowa jest bardzo krótka, od 18 do 7:30, nie tylko dlatego, że dłużej to idzie zamarznąć ;). W ciągu dnia w hotelu odbywają się prace naprawcze (lód to żywy materiał, więc trzeba o niego na bieżąco dbać), a pomieszczenia są też udostępniane zwiedzającym.
W recepcji wykupiłam bilet na trasę z przewodnikiem - 295 koron (133 zł). W hotelowym schowku zostawiłam też rzeczy (w końcu przyjechałam prosto z lotniska), żeby móc bez przeszkód zwiedzać okolicę.
Przewodnik czekał na dużej, otwartej przestrzeni nad rzeką. To tutaj za dwa-trzy miesiące zostanie wzniesiony lodowy budynek, a póki co powoli rozstawiane są konstrukcje pomocnicze. Przewodnik najpierw zabiera grupę do czegoś w rodzaju mini-muzeum, gdzie opowiada o procesie szukania artystów i tworzenia rzeźb w lodzie, a potem idziemy do magazynu. Tutaj przycinane i składowane są ogromne bloki lodu i śniegu, które zostają potem wykorzystywane do konstrukcji hotelu. Facet zwraca naszą uwagę na niezwykłą przejrzystość lodu - rzeka Torne, z której pochodzi lód, zamarza wystarczająco wolno, by ruch wody nie pozwolił na bąbelki powietrza zamarznięte w bryłach. A także wystarczająco wolno, by pozwolić uciec rybom - podobno przez wszystkie te lata istnienia Icehotelu tylko dwukrotnie w bryłach lodu znaleziono ryby. Jak widać, z rybołówstwa byśmy się tu raczej nie utrzymali ;).
Mnie zaskoczyła wielkość brył lodu - na jaką głębokość zamarza ta rzeka? Przewodnik odpowiedział mi śmiechem i stwierdził, że warstwa lodu na Torne jest na tyle gruba, że urządzają sobie wyścigi samochodowe na powierzchni rzeki. A pewnie i samolot mógłby na niej spokojnie wylądować...
Teraz powoli kierujemy się do budynku, w którym stworzono hotel lodowy dostępny przez 365 dni w roku. Jak to w ogóle utrzymać? Przewodnik wskazuje ogromne panele słoneczne umieszczone nad budynkami - to one generują prąd potrzebny do utrzymania w środku niskich temperatur. W lecie tak daleko na północy nie ma właściwie nocy, więc panele mogą generować energię niemal przez całą dobę. A gdy dzień ulega skróceniu, zaczynają spadać też temperatury na dworze. W efekcie nie ma potrzeby sztucznego chłodzenia budynku, bo mróz nie odpuści tutaj aż do wiosny.
Choć większość turystów wzięła ze sobą zimowe ubrania, przy wejściu do hotelu i tak otrzymujemy grube płaszcze. Na początku jest w nich dość ciepło, jednak po pół godzinie spędzonej w lodowych pomieszczeniach zaczynam się trząść z zimna. Szybko przestaję też czuć dłonie, w których trzymam aparat... A w środku jest tylko coś pomiędzy -5 a -7 stopni, czyli nawet nie aż tak zimno. To chyba kwestia tego, że zimą na mrozie raczej nie stoimy w miejscu, tylko chodzimy, próbujemy się ruszać, a w hotelu co najwyżej człowiek się powoli przespaceruje z pokoju do pokoju... Podobno w zimie, gdy na dworze temperatury spadają do nawet -40 stopni, wejście do hotelu lodowego przypomina saunę, bo wydaje się tak gorąco. Trochę trudno mi w to uwierzyć, ale z drugiej strony, jeśli to różnica aż 30 stopni, brr...
Przewodnik zostawia nas w lodowym barze, mówiąc, byśmy dalej rozejrzeli się już na własną rękę. Większość od razu rzuca się na rozgrzewkę przy barze. Wbrew temu, czego się spodziewałam, ceny nie są jakieś z kosmosu. Koktajle alkoholowe serwowane są po 115 koron (52 zł), a bezalkoholowe po 50 koron (22,60 zł). Wiadomo, jeśli porówna się do polskich cen, to alkohol w Szwecji zawsze będzie się wydawał niezmiernie drogi. Ale szczerze powiedziawszy chyba jeszcze mi się nie zdarzyło drinkować w Sztokholmie za mniej niż 100 koron (może dlatego tak rzadko to robię? :P ), więc po Icehotelu spodziewałam się wyższych cen. Poza tym w cenę drinku wliczony jest tutaj też kufel zrobiony z lodu - jeśli poprosimy o kolejnego drinka w tym samym naczyniu, będzie on kosztował już tylko 95 koron (43 zł). Tylko trzeba się pospieszyć, bo alkohol rozpuszcza lodowe szklanki i mniej więcej po 30 minutach mogą one zacząć przeciekać.
Przy wejściach do pokoi rozwieszono tabliczki z informacją, jacy artyści w nim pracowali i jaki charakterystyczny motyw wybrali dla swego dzieła. Bo wnętrze hotelu lodowego to prawdziwa galeria sztuki - zresztą nauka rzeźbienia w lodzie jest jedną z głównych atrakcji, które Icehotel oferuje swoim gościom. Na stronie internetowej hotelu jest napisane, że to największa galeria sztuki na północ od Sztokholmu i ciężko się z tym nie zgodzić ;).
Otulając się szczelnie otrzymanym płaszczem, nie wyobrażam sobie spędzenia nocy w takich warunkach. Łóżka są zrobione z lodu, choć - żeby było nieco wygodniej ;) - położono na nich materace, poduszki i skóry reniferów. Ponadto Icehotel zapewnia specjalne śpiwory, które są w stanie utrzymać ciepło nawet w znacznie niższych temperaturach. Goście sami muszą zadbać o swoje ubrania, zaleca się szczególnie zabranie ze sobą specjalnej bielizny termoaktywnej. Czyli niby można się dobrze przygotować, ale moja ciepłolubna natura i tak wzbraniałaby się przed pozostaniem na całą noc w takim pomieszczeniu ;).
Okazało się, że robienie zdjęć w środku jest niemałym wyzwaniem. Weź tu utrzymaj aparat prosto w trzęsących się dłoniach ;). Przy tym pomieszczenia są dość słabo oświetlone. Po pierwsze, lekkie oświetlenie tworzy naprawdę niesamowitą atmosferę i dobrze współgra z lodem. Ale też zbyt silne lampy mogłyby za mocno podnieść temperaturę i sprawić, że rzeźby zaczęłyby się topić.
Niektóre części pomieszczeń zostały specjalnie ogrodzone, by turyści nie podchodzili za blisko, jednak większość była normalne dostępna. Przewodnik jedynie poprosił, by nie siadać na łóżkach - są one przygotowane już dla następnych gości hotelowych. Jednak można usiąść na wyłożonym skórami fotelu, oprzeć się o bar lodowy, czy dotknąć rzeźb, by przekonać się, jak szczegółowo zostały wykonane. W środku spędziłam prawie godzinę - taki był mój limit tolerancji zimna ;). W życiu bym się nie spodziewała, że wyjdę kiedyś na dwór we wrześniu - kiedy temperatury na zewnątrz będą ledwo przekraczały 5 stopni - i stwierdzę: jej, jak ciepło! :)

Publikowanie komentarza

0 Komentarze