Advertisement

Main Ad

Przedświąteczne Helsinki

Parę dni temu koleżanka wrzuciła na Facebooku zdjęcie plakatu mówiącego ni mniej ni więcej tylko: "Nikt o zdrowych zmysłach nie przyjechałby do Helsinek w listopadzie. Poza tobą, badass. Witamy!". Sama przyjechała do Finlandii późną jesienią i zapewne w 100% zgadzała się z powyższym zdaniem - nikt o zdrowych zmysłach... W sumie bardzo dobrze ją rozumiem, bo bardzo podobną opinię miałam, gdy po raz pierwszy wpadłam do Sztokholmu - również w listopadzie. Spacerowałam w deszczu, telepałam się z zimna i nuciłam sobie pod nosem Radiohead - "what the hell am I doing here?". Mimo wszystko, postanowiłam bez namysłu skorzystać z jej zaproszenia do Helsinek w tym tak niesprzyjającym sezonie. Uwzględniając inne plany oraz ceny biletów, końcówkę listopada zamieniłam na początek grudnia i za całe 614 koron (282 zł) poleciałam w ubiegły weekend do fińskiej stolicy.

Byłam w tej komfortowej sytuacji, że właściwie nie chciałam niczego zwiedzać. W Helsinkach byłam rok temu i widziałam tam prawie wszystko, co chciałam (do tego prawie wrócę trochę później ;) ), więc tym razem postanowiłam wyluzować. Zresztą, szczerze mówiąc, po pierwszej wizycie w fińskiej stolicy nie za bardzo wiedziałam, co myśleć. Niby ładnie, nad wodą, ale jakoś tak prosto i nijako - zdecydowanie bardziej zachwycił mnie Sztokholm czy Kopenhaga. Obstawiam, że gdyby nie zaproszenie od koleżanki (i bardziej chęć spotkania z nią niż samego zwiedzania miasta), to po raz drugi bym tam nie zawitała. Ale że wyszło jak wyszło, to postanowiłam skorzystać z okazji i przyjrzeć się Helsinkom przystrojonym w świąteczne dekoracje.
Pierwszego dnia jeszcze nie było tak zimno... teoretycznie. Termometry pokazywały coś ok. -5 stopni, więc jak na skandynawski grudzień (pomińmy tu definicje, które kraje obejmuje termin Skandynawia ;) ) całkiem znośnie. Ale wiało i to tak, jak tylko potrafi wiać od morza na północy. Więc mając świadomość, że jeszcze trochę czasu musi upłynąć, zanim dekoracje świąteczne się zapalą, postanowiłyśmy schować się do środka - do muzeum, które akurat rzuciło mi się w oczy.
Muzeum miasta Helsinki znajduje się tuż obok katedry, w samym centrum fińskiej stolicy. Wstęp jest darmowy i chyba to miało największy wpływ na nasz wybór miejsca do rozgrzania się ;) I w sumie dobrze, bo raczej nie jest to miejsce warte wygórowanych na północy cen biletów. Chyba przede wszystkim spodziewałam czegoś związanego z historią Helsinek, dlatego dość duże muzeum, w którym było tak naprawdę wszystko i nic (dotyczące jednak bardziej czasów współczesnych, albo znowu nie tak odległych), nie potrafiło mnie zainteresować.
Po wyjściu z muzeum skierowałyśmy się jeszcze na obiad do włoskiej knajpki Il Siciliano - było za zimno na długie rozglądanie się i szukanie w ciemno jakiegoś miejsca... A pizza to pizza, prawie zawsze jest dobra ;). I kiedy już zjadłyśmy, mogłyśmy w końcu rozejrzeć się po przystrojonych świątecznie Helsinkach.
Naturalnie skierowałyśmy się od razu na Plac Senacki, gdzie u stóp katedry rozstawiono ogromny jarmark świąteczny. Mając w pamięci niewielki jarmark znajdujący się na sztokholmskiej starówce, temu w Helsinkach przyglądałam się z otwartymi ustami (a raczej przyglądałabym się tak, gdyby nie było za zimno na otwieranie ust ;) ). Na placu rozstawiono ponad setkę budek i stoisk z najprzeróżniejszymi towarami.
Ogromną popularnością wśród dzieci cieszyła się też świecąca karuzela, czego osobiście nie potrafiłam zrozumieć - jak tu wysiedzieć bez ruchu w czymś poruszającym się tak wolno na takim mrozie? Ale widać dzieci zimna nie czują ;). My czułyśmy, więc za całe 2 euro za papierowy kubeczek napiłyśmy się ciepłego glögga. Nigdy się nie przekonam do tych napojów - są one dla mnie zdecydowanie za słodkie... Ale na północy nie wyobrażają sobie bez nich świąt ;).
Uwielbiam wszystkie dekoracje świąteczne, choć na szczęście rozsądek bierze górę i nie kupuję wszystkiego, co tylko wpadnie mi w oko. Ale jestem w stanie zatrzymywać się niemal przy każdym stoisku - po prostu, żeby zrobić setkę zdjęć ;).
Gdy obeszłyśmy już cały jarmark, zbaczamy na chwilę w kierunku wybrzeża. Idziemy wzdłuż pięknie przystrojonej ulicy Pohjoisesplanadi (albo bardziej po ludzku: Norra Esplanaden - nie wiem, jak w ogóle bym przeżyła w tych Helsinkach, gdyby wszystkiego nie pisali też po szwedzku...). Przy placu Kauppatori (Salutorget) rozstawiono kolejny jarmark świąteczny, choć już znacznie mniejszy od tego na Placu Senackim. Przez chwilę myślimy też o wejściu na niedaleki diabelski młyn, jednak odkładamy plan na następny dzień - kiedy będzie już jasno.
Dekoracje świąteczne w centrum Helsinek bardzo przywodzą mi na myśl te w Sztokholmie (przykład). Ale chyba nie ma się co dziwić, oba państwa sporo łączy... Jednak patrząc obiektywnie (o ile w ogóle potrafię), w Sztokholmie jest ładniej ;).
Niedzielny poranek przywitał nas spadkiem temperatury do -10 stopni, ale przynajmniej wiatr ucichł. Dzięki temu dało się trochę pospacerować wzdłuż wybrzeża i popatrzeć na statki wmarznięte w morze :). Ale zdjęcie rękawiczek, żeby porobić zdjęcia telefonem, przekraczało moje zdolności adaptacji do niskich temperatur ;).
Jak już wspomniałam na początku - podczas mojej pierwszej wizyty w Helsinkach udało mi się zobaczyć prawie wszystko, co chciałam. A owo prawie dotyczy jednego jedynego budynku, który - co chyba nie zaskakuje w moim przypadku - jest kościołem. I to do tego prawosławnym. Mowa oczywiście o Soborze Uspieńskim. Rok temu dotarliśmy na miejsce kilka minut po zamknięciu i musiałam zrezygnować ze zwiedzania. Tym razem doczytałam w internecie godziny otwarcia i wyciągnęłam tam koleżankę, która na szczęście wie, że ze mną się czasem zagląda do kościołów i nie ma nic przeciwko ;)
Pełna nazwa kościoła to Sobór Zaśnięcia Matki Bożej, a wybudowano go w latach 1862-68. Bardzo lubię zwiedzać kościoły prawosławne, zawsze są przepięknie zdobione i tym razem też nie było inaczej. Swoją drogą, wyczytałam, że z soboru kilka lat temu skradziono ikonę przedstawiającą św. Mikołaja - w biały dzień, wśród tłumu turystów - i do dzisiaj jej nie odnaleziono. W 2010 r. ukradziono też inną ikonę, ale tę na szczęście udało się odzyskać kilka miesięcy później. Zakładam, że teraz jest to pewnie najlepiej strzeżony kościół w Helsinkach ;)
Skusiłyśmy się też na jeszcze jedną atrakcję turystyczną, skoro już robiłam (a właściwie obie robiłyśmy) za turystkę ;). Wysoki na ok. 40 m diabelski młyn (SkyWheel), z którego można podziwiać panoramę Helsinek. Szybko się okazało, że dobrze zrobiłyśmy, decydując się na przejażdżkę w dzień a nie poprzedniego wieczoru, bo budynku zasłaniały cały świątecznie ozdobiony obszar.
Bilet kosztuje 12 euro (53 zł) i za to mamy 4 rundki wokół diabelskiego młyna, całość trwa ok. 10-15 minut. Podobno wcześniej było to kilka euro tańsze i jedną rundkę krótsze... i chyba nie miałabym nic przeciwko, bo po dwóch okrążeniach ma się wrażenie, że już widziało się i obfotografowało wszystko ;).
Na koniec zajrzałyśmy jeszcze na chwilę na Plac Senacki, na jarmark i do katedry, która zaskoczyła mnie niemalże brakiem jakichkolwiek dekoracji świątecznych, poza niewielką szopką przy wejściu.
A same Helsinki? Cóż, miło było wrócić i spędzić weekend w pozytywnym towarzystwie, a do tego zobaczyć fińską stolicę w przedświątecznym wystroju. Szkoda tylko, że nie było śniegu. Wciąż jednak uważam, że w Sztokholmie mamy ładniej ;).

Publikowanie komentarza

0 Komentarze