austria

Laa an der Thaya to nie tylko termy

06:57

Laa an der Thaya nie jest najbardziej popularnym miejscem w Austrii i pewnie nigdy by mi nie przyszło do głowy, by się tam wybrać, gdyby nie termy. Choć w sumie do term też by mi nie przyszło do głowy się wybrać, bo fanką spa i chlorowanych basenów nie jestem, ale tu propozycja wyszła od koleżanki. Jakiś czas po powrocie z term zaczęłam sobie czytać coś więcej o Laa an der Thaya i ze zdziwieniem odkryłam, że to miasteczko to w sumie ma i ciekawą historię, i trochę zabytków... Więc jeśli połączycie to z chlapaniem się w wodzie, to i cały dzień idzie tutaj spędzić w sposób całkiem przyjemny ;).
Zacznijmy od podstawowych informacji, bo nie zdziwiłoby mnie, gdyby większość z Was miała o Laa an der Thaya takie samo pojęcie co ja przed wyjazdem do term. To znaczy nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje i że jest po co się tam wybrać. Zatem Laa an der Thaya, jak sama nazwa (an der Thaya) wskazuje, leży nad rzeką Dyją w północnej Austrii. Przy samej granicy z Czechami (przez co większość odwiedzających miejscowość pochodzi właśnie z tego kraju), kilkadziesiąt kilometrów na północ od Wiednia. Miasteczko jest nieduże, liczy sobie niewiele ponad 6.000 mieszkańców. A w ramach ciekawostek - wśród miast partnerskich Laa an der Thaya są też polskie Świętochłowice. O Świętochłowicach wiem mniej więcej tyle samo, co o Laa an der Thaya dwa lata temu, ale tam się póki co nie wybieram ;P. No to kiedy już mamy wszystkie istotne podstawy, przejdźmy do szczegółów, czyli co warto w Laa zobaczyć?
Oczywiście główną atrakcją miasteczka jest spa, ale ja o termach napiszę nieco więcej pod koniec tego posta. Do Laa an der Thaya kursują regularnie pociągi z Wiednia, ze stacji Floridsdorf, jazda trwa nieco ponad godzinę. Z dworca czeka nas jeszcze jakieś dziesięć minut spacerem do spa i dwadzieścia do centrum miasteczka. Co było dla mnie pozytywnym zaskoczeniem, w centrum znalazłam trochę tablic informacyjnych dla turystów - wszystko opisane po niemiecku, angielsku i czesku. Na jednej z nich przeczytałam: czy to historyczna trasa z przewodnikiem po mieście, muzeum powozów, Südmährermuseum, koncerty plenerowe, koncerty gospel w kościele, robiące wrażenie wystawy, pokazy kabaretowe i sztuka regionalna, w Laa an der Thaya zawsze jest sezon! Czyli generalnie sporo się tu dzieje, choć nie wszystko jest ciekawe z turystycznego punktu widzenia ;). Ja - jak to ja - zaczęłam od kościoła, choć chwilowo żadnych koncertów gospel w nim nie było. Kościół św. Wita to oryginalnie budowla romańska, powstała w XIII wieku. Wieżę dodano na przełomie XIV i XV wieku, a w trzysta lat później przebudowano całość w stylu barokowym. Dziś, powiedziałabym, szału nie ma, choć w środku znajdziemy wciąż trochę historycznych i artystycznych ciekawostek, w tym barokowe ołtarz i ambonę z połowy XVIII wieku.
Również z XIII wieku pochodzi pobliski kamienny zamek (Burg Laa), choć odnowiony tak dziwnie, że zabytkowe części zupełnie przeplatają się z tymi nowoczesnymi. Aż do 2007 roku zamek był w rękach prywatnych i dopiero wtedy miasto odkupiło go od Andreasa Hofera. Kilka lat trwały prace renowacyjne i w 2018 roku część zamku otwarto dla zwiedzających. Wchodzę na dziedziniec i korzystam z okazji, że zaledwie za 2 € można wejść też na wieżę zamkową (Butterfass-Turm). Zaglądając tu jednak, warto pamiętać, że nie ma tu żadnej kasy biletowej, tylko metalowa bramka - żeby przejść, trzeba wrzucić odliczoną kwotę.
Wspinam się po schodach do góry, zatrzymując się na półpiętrach z tablicami informacyjnymi (na szczęście też po angielsku). Poznaję tu historię miasta i zamku, a także legendę z nim związaną. Żył sobie raz okrutny hrabia Hagen von Drachenstein, który miał piękną córkę, jak to w baśniach i legendach. W dziewczynie zakochał się jeden z rycerzy, no ale córka wielmoży to były zdecydowanie za wysokie progi. Zakochani postanowili więc uciec i po długiej wędrówce skryli się właśnie na zamku w Laa. Hagen z wojskami przybył na miejsce, rozpoczął oblężenie zamku, które okazało się dla niego zwycięskie. Rycerz z żoną i nowo narodzoną córką schronili się w jeszcze niezdobytej wieży, ale wiedząc, że jej nie utrzymają, postanowili popełnić samobójstwo, wskakując do studni. Hrabia zdobył cały zamek i widząc, że jego działania przyczyniły się do śmierci córki i wnuczki, zaczął bardzo żałować swoich czynów. Na szczęście okazało się, że dno studni było bagniste i miękkie i rodzince nic się nie stało - ocaleli i wszyscy wrócili do twierdzy odmienionego już hrabiego, który stał się dobrym człowiekiem. Rodzina rycerza zaś zadbała o odbudowę zamku w Laa an der Thaya i sprawiła, że miasteczko funkcjonowało w dobrobycie... Ot, taki happy end ;)
A na tę legendarną wieżę warto wejść tak czy owak, bo stąd rozpościera się najlepszy widok na miasteczko :)
Inną wieżą, którą można zobaczyć w Laa, choć jedynie z zewnątrz jest Reckturm. To część dawnych fortyfikacji miejskich, pochodząca - jak i poprzednio wspomniane zabytki - z XIII wieku. Obok znajdziemy też pozostałości dawnych murów, a poza tym spory zielony teren i plac zabaw - rodzinki bawiące się tam z dziećmi aż mnie zmierzyły wzrokiem: co to za jedna łazi tu z aparatem, przecież tu nic ciekawego nie ma... ;)
Gdy obeszłam już średniowieczne zabytki w Laa an der Thaya, przyszedł czas, by zobaczyć też co nieco z nowszego centrum. Choć w gruncie rzeczy historia starego ratusza też sięga XIII wieku, jednak jego fasada, która najbardziej zwraca uwagę, to już pozostałość wieku XIX. Tablica informacyjna z kolorowymi rysunkami wskazuje, jak zmieniało się miasto na przestrzeni lat - parę wieków temu ulice Laa oraz wejście do budynku znajdowały się dobre dwa metry niżej niż obecnie.
Zdecydowanie większe wrażenie od starego robi jednak nowy ratusz. Zbudowany w latach 1898-99, by uczcić 50-lecie władzy cesarza Franciszka Józefa. Strzelista wieża, charakterystyczny dach i architektura sprawiają, że to chyba najbardziej wyróżniający się budynek w Laa an der Thaya. Swoją drogą, naprzeciwko ratusza znajduje się niewielka pizzeria Venezia, reklamująca się najlepszą pizzą w mieście - czy najlepsza (może jedyna? ;) ), to nie wiem, ale całkiem smaczna, a do tego mają naprawdę dobre piwo z lokalnych browarów, więc i tak polecam ;)
Parę kroków od centrum znajdziemy kolejną ciekawostkę w Laa - muzeum powozów (Kutschenmuseum). W środku wystawiono sporo historycznych powozów - zarówno tych bardziej użytkowych (np. pocztowych czy piekarskich), jak też należących do bogatych wielmożów. Większość wystaw została opisana nie tylko po niemiecku, ale również po angielsku i czesku. Nie jest to może najbardziej fascynujące muzeum na świecie, trzeba się trochę interesować tematem, ale wtedy można w środku spędzić i godzinę :). Jedyną niedogodnością jest fakt, że muzeum powozów jest otwarte w weekendy i święta od 14 do 18. Ja zwiedzanie Laa an der Thaya zaczęłam rano i cóż, to na tyle niewielkie miasteczko, że do 13 obeszłam już wszystko i na otwarcie muzeum musiałam jeszcze poczekać...
Ale zamiast plątać się po mieście, czekając, można też zajrzeć do wspomnianych już term. Byłam tu ze znajomymi latem 2018, nie korzystając jednak z oferty spa, ale po prostu opalając się na leżakach i kąpiąc w licznych basenach. Pamiętam, że w bardzo upalne dni termy w Laa oferowały zniżkowe bilety i się na to załapałyśmy, bo akurat było 38 stopni w cieniu... I po tamtym dniu, mimo że kilkakrotnie smarowałam się kremem do opalania, byłam tak zjarana, że nie mogłam zasnąć... ;)
Aktualną ofertę term znajdziecie tutaj, w 2020 roku wstęp 3-godzinny kosztuje 19,50 €, zaś dzienny (powyżej 5 godzin) - 29 €. Wszystko pomiędzy płaci się za każde rozpoczęte pół godziny 1,90 €. Na terenie ośrodka znajdziecie baseny zarówno otwarte, jak i w budynku, woda ma 30-parę stopni, w niektórych basenach są dodatkowe atrakcje w stylu biczów wodnych, wodospadów czy podwodnej muzyki. Są sauny, restauracje, zamykane schowki... Generalnie wszystko, czego moglibyście tutaj potrzebować. Na parkingu przy termach większość samochodów miała czeskie tablice, więc zakładam, że z dogadaniem się nie po niemiecku też nie powinno być problemów. Zatem jeśli szukacie pomysłu na dzień z mieszanką zwiedzania i relaksu w pobliżu Wiednia, wpadajcie do Laa an der Thaya, powinno Wam się spodobać ;).

Podobne posty

0 komentarze

Kraje

anglia (3) austria (110) belgia (1) chorwacja (15) cypr (6) czarnogóra (5) czechy (6) dania (1) ekwador (4) finlandia (7) francja (1) grecja (5) hiszpania (10) holandia (1) irlandia (3) islandia (4) kolumbia (21) kuba (3) litwa (2) luksemburg (1) łotwa (1) malta (2) monako (2) nepal (8) niemcy (2) norwegia (1) panama (13) polska (32) portugalia (1) rumunia (8) słowacja (3) słowenia (8) szwajcaria (8) szwecja (222) tajlandia (6) ukraina (2) węgry (7) włochy (13) zea (4)

Instagram