Advertisement

Main Ad

Białe Zielone Jeziorko

Austria zima Alpy
Oddalamy się na południowy zachód od Wiednia, zostawiając za sobą deszczową stolicę. Po pewnym czasie wzdłuż drogi zaczyna robić się coraz bardziej biało i widząc całą tą zimową krainę, nie mogę się oprzeć i sięgam po aparat. Ręce natrafiają jednak na termos, Jeżyki kokosowe, jakieś zapasowe rękawiczki... Trybiki w mózgu powoli wskakują na swoje miejsca - nie spakowałam aparatu. Faktycznie nie przypominam sobie, bym go wrzucała do plecaka, ale nawet o tym nie myślałam, bo ja przecież bez aparatu to prawie nie wychodzę, on gdzieś tam musiał być. Zawsze jest. Bez aparatu czuję się trochę jak bez ręki, ale po chwili wzruszam ramionami. Żyjemy w XXI wieku, trochę zdjęć zawsze mogę robić telefonem - gorszą jakość przeżyję, przecież nie po to jechałam, by robić zdjęcia. One są tylko potem fajną pamiątką, a najważniejsze to po prostu dobrze spędzić czas. Więc za nieco gorsze zdjęcia dziś przepraszam, choć nie jest mi szczególnie przykro, bo to i tak był dobry dzień ;).
Cel naszego wypadu to jeziorko Grüner See, położone w okolicy Leoben w Styrii. Dość popularne na jednodniowe wypady z Wiednia (choć pewnie częściej latem niż zimą) - większość moich wiedeńskich znajomych była tu już co najmniej raz. Ja dotąd nie, więc czas był to zmienić ;) Bałam się jedynie, że wyższe temperatury i deszcze dotarły też tutaj, ale mamy szczęście - im bardziej oddalamy się od Wiednia, tym piękniejsza zima nas otacza. 
Zostawiamy samochód na parkingu i kierujemy się na ścieżkę, którą w ciągu kilkunastu minut powinniśmy dotrzeć do jeziora. Niemal natychmiast dobiega nas czyjś krzyk, że tędy iść nie możemy, zrobiono tu trasę dla narciarzy na biegówkach. Cóż, cofamy się zatem przez parking i idziemy główną drogą wśród pięknie zaśnieżonego lasu. Gdzieś w końcu pojawia się też strzałka Seesteig i wchodzimy na ścieżkę okrążającą jeziorko.
Po krótkim spacerze docieramy na miejsce i już widać jeziorko... no prawie. Bo Grüner See to jezioro wypełniające się topniejącym śniegiem spływającym z całej okolicy (a trochę go tu jest, bo dolinę otaczają góry Hochschwab). Tyle, że w styczniu śnieg się jeszcze nie topi, więc wody właściwie nie ma - większość powierzchni jeziora jest albo sucha, albo skuta lodem i przykryta śniegiem. W najgłębszych miejscach, które zimą sięgają i tak ledwie 1-2 m głębokości, woda nie zamarzła, ale nie przybiera tego słynnego, szmaragdowego koloru, jaki znałam z letnich zdjęć.
Bo to późną wiosną i latem Grüner See staje się najpopularniejsze. Gdy śniegi stopnieją, woda tu może mieć nawet 12 m głębokości i pokrywać obszar, po którym teraz spokojnie spacerujemy. Szlaki, ławki, mostki, niektóre drzewa - wszystko to za kilka miesięcy znajdzie się głęboko pod wodą. Ze względu na przejrzystą wodę o pięknym odcieniu i te zatopione trasy spacerowe, Zielone Jezioro stało się jednym z najpopularniejszych miejsc do nurkowania w Austrii. Kiedy w 2015 roku w jeziorze nurkowało ok. 2500 osób, lokalne władze stwierdziły, że turystyka turystyką, ale przyroda czegoś takiego dłużej nie zniesie. Woda zaczęła tracić swoją przejrzystość i zielony odcień. Od 2016 roku wprowadzono zakaz nurkowania w Grüner See - pojawiły się oczywiście głosy o zabijaniu turystyki, ale (słusznie) postawiono na naturę. A turystyka nad jeziorem raczej nie umarła, biorąc pod uwagę, ile osób ciągle tu przyjeżdża, by po prostu pospacerować i pozachwycać się okolicą :).
Ścieżka biegnie przez las wokół Grüner See, ale czasem z niej zbaczamy po cudzych śladach, by iść bliżej brzegu, a czasem nawet i po wyschniętych częściach jeziora. W pewnym momencie szlak i tak się łączy z trasą narciarską, ale i tych narciarzy nie ma znowu tak dużo, byśmy sobie nawzajem przeszkadzali. Jedyny minus jest taki, że Grüner See jest po prostu niewielkie (a zimą to już w ogóle) - Wikipedia podaje powierzchnię ok. 6,5 ha, choć wiadomo, że jest to bardzo zmienna wielkość. Zatem nie mija dużo czasu, gdy dociera do nas, że już właściwie obeszliśmy jezioro...
Ale nie po to człowiek jedzie kawałek od domu, by od razu do niego wracać - postanawiamy więc kontynuować spacer drogą. Fakt, że czasem musimy usunąć się na bok dla pojedynczych przejeżdżających samochodów, ale wciąż idziemy przez biały las, a ponad drzewami górują ośnieżone szczyty Hochschwabu. Droga biegnie lekko pod górkę, więc przy okazji mamy rozgrzewkę... Nie myślimy tylko o tym, że powrót będzie w dół - po białej, wyślizganej drodze... ;)
Pogoda zaczyna się jednak trochę psuć. Niebieskie niebo już dawno znikło za kłębiącymi się chmurami, do tego zerwał się wiatr, przenikający do szpiku kości. W końcu stwierdzamy, że czas już zawracać - telefon wylicza, że zdrową ilość kroków i tak zrobiliśmy ;). Gdy docieramy do niewielkiego jeziorka Pfarrerteich (położonego tuż koło parkingu), mijamy już prawdziwe tłumy. Parking, który o 10 był właściwie pusty, teraz jest już nieźle zastawiony - widać okoliczni Austriacy wybrali się na spacer po obiedzie. Dobrze, że przyjechaliśmy tu nieco wcześniej (i że wciąż nie wymagano ode mnie wstawania o 6 ;) ) i na niedzielny spacer mieliśmy ciszę, spokój, śnieg i góry... :)

Publikowanie komentarza

0 Komentarze