admont

Przez śnieg do Klinkehütte

1.2.21

- W niedzielę jedziemy w góry - usłyszałam. - Nie masz ochoty się z nami zabrać?
Ochotę, oczywiście, miałam. Nawet jeśli po górach właściwie nie chodzę - a już zwłaszcza zimą - i mogłam się spodziewać, że moja kondycja będzie na dość niskim poziomie. Wymęczymy cię i zobaczymy, czy będziesz chciała nas potem jeszcze znać! O to się akurat nie martwiłam, dobre znajomości w końcu zawsze warto utrzymać ;). Pytanie brzmiało dla mnie raczej: czy jeszcze gdzieś potem z Wami pojadę, czy ograniczymy się do umawiania na wino? Biorąc pod uwagę, że tydzień później znów siedziałam na tylnym siedzeniu ich samochodu, wyszło jednak całkiem dobrze :). Ale może zacznijmy jednak od początku...
A początek oznaczał wstawanie o 5:50 w niedzielę - zdecydowanie nie jest to moja godzina. Potem nałożenie na siebie tylu warstw ubrań, ile zmieściłam pod kurtką, bo zapowiadano minus kilkanaście stopni, a wiadomo, że łatwiej rozebrać się z nadmiaru ciuchów, niż założyć te, których się nie wzięło. Herbata w termos, czekolada do plecaka i portfel w kieszeń, by na stacji zaopatrzyć się jeszcze w jakieś kanapki, no i o 6:15 wyjazd. Kiedy wzeszło słońce, widoki zza okna zaczęły się robić niesamowite, przejeżdżaliśmy przez okrytą śniegiem zimową krainę. Umówieni byliśmy na 9, a że chwilę nam zajęło znalezienie właściwego parkingu - zwłaszcza przy braku zasięgu w telefonach - to już na nas czekano. I we wspaniałym ludzkim i psim towarzystwie wyruszyliśmy w drogę :).
Choć na początku pogoda wydawała się przepiękna, to słońce i niebieskie niebo towarzyszyło nam może przez dwadzieścia minut. Chmury rozciągnęły się na niebie w błyskawicznym tempie, a po chwili zaczął prószyć śnieg, który towarzyszył nam potem przez większość czasu. Wystartowaliśmy z parkingu nieopodal Sportalm Kaiserau, a naszym celem było Klinkehütte (tzn. podobno oryginalny cel był nieco dalej, ale już na tym skończyliśmy) - wszystko kilka kilometrów na południe od słynnego z opactwa benedyktynów Admontu (które też kiedyś będę musiała odwiedzić... koniecznie).
Zima była w pełni, a niewiele osób szło tędy przed nami tego dnia - były pojedyncze ślady stóp czy nart, ale nie można było tego nazwać wydeptaną ścieżką. Czasem śnieg był twardy i szło się po nim dobrze i szybko. Czasem z każdym krokiem człowiek się zapadał co najmniej do połowy łydki. Psy przez śnieg to czasem niemal płynęły ;). Choć trzeba było uważać na każdy krok, to przedzieranie się przez śnieg miało swoje plusy - szybko się zgrzałam i kompletnie nie odczuwałam panujących mrozów.
Aparatu właściwie nie chowałam, tylko co rusz wycierałam go z opadających płatków śniegu. Mimo zmarzniętych palców nie chciałam założyć cieplejszych rękawiczek, bo w nich przecież nie dałoby się robić zdjęć, a ja chciałam robić zdjęcia co chwilę! Od wieków nie widziałam już takiej ilości śniegu, a wyłaniające się ponad lasem góry sprawiały, że właściwie każdy widok odpierał dech w piersiach (no bo przecież nie brak kondycji, nie?).
Tuż przed dotarciem do celu (a przynajmniej chciało się w to uwierzyć, bo już od jakiegoś czasu słyszeliśmy, że to już niedaleko!) dotarliśmy na mostek z panoramą widokową. Aparat poradził sobie z widokiem całkiem nieźle - w rzeczywistości padający śnieg znacznie bardziej ograniczał widoczność. Jak to usłyszeliśmy: stąd jest bardzo piękny widok, po prostu nie dzisiaj ;). Biorąc pod uwagę przepiękny, biały krajobraz dookoła, uważam, że widoki i tak były cudowne :).
No i dotarliśmy w końcu do Klinkehütte, położonej na wysokości 1504 m n.p.m. Niestety, w czasach covidowych wszystko było zamknięte na cztery spusty i nie mogliśmy nawet wejść do środka, by schronić się od śniegu i wiatru. Zrobiliśmy tu sobie dłuższy postój, by coś zjeść i wypić, ale stojąc na dworze, szybko odczuliśmy panujący mróz. Dokuczliwy jeszcze bardziej po tym, gdy marsz przez śnieg skutecznie nas rozgrzał. Swoją drogą, Klinkehütte ma także polską wersję strony internetowej - gdybyście byli zainteresowani wypadem w te okolice.
Wracaliśmy tą samą trasą, tym razem już nieco łatwiejszą do przejścia. Nie tylko przez to, że szliśmy w dół (i z powrotem do samochodów, a wiadomo, że z powrotem to człowieka bardziej ciągnie), ale już i trasa w śniegu była lepsza, bo minęło nas przez ten czas jednak trochę osób na nartach. Do tego znów zaczęło przedzierać się słońce i choć w pełni niebieskiego nieba już nie zobaczyliśmy, to nie zaprzeczę, że i to mieniące się w śniegu światło miało wpływ na ten uśmiech na mojej twarzy... ;)
Telefon wyliczył mi, że zrobiliśmy tego dnia ledwo 11 km, przewyższenie też nie było duże, a jednak następnego dnia obudziłam się z zakwasami w nogach - uroki przedzierania się przez śnieg ;). No i jak dobrze mi się spało potem - zresztą zaczęłam przymulać już w samochodzie, w drodze powrotnej do Wiednia... Ale to przecież przez to wstawanie przed 6, a nie że się zmęczyłam, prawda? ;)

Podobne posty

0 komentarze

Kraje

anglia (3) austria (136) belgia (1) chorwacja (15) cypr (6) czarnogóra (5) czechy (6) dania (1) ekwador (4) finlandia (7) francja (1) grecja (11) hiszpania (10) holandia (1) irlandia (3) islandia (4) kolumbia (21) kuba (3) litwa (2) luksemburg (1) łotwa (1) malta (2) monako (2) nepal (8) niemcy (3) norwegia (1) panama (13) polska (33) portugalia (1) rumunia (8) słowacja (3) słowenia (8) szwajcaria (9) szwecja (222) tajlandia (6) ukraina (2) węgry (7) włochy (15) zea (4)

Instagram