Kiedy na sylwestrowy wypad wybrałam południe Włoch, nie kierowała mną jedynie myśl o nieco wyższych temperaturach niż te, na które mogłam liczyć w Austrii. Zresztą, jak widać na powyższym zdjęciu, zimowe ubrania i tak okazały się potrzebne. Jednak wypad do południowych Włoch w okresie świąteczno-noworocznym marzył mi się już od lat, bo Apulia - a szczególnie położone zaledwie godzinę jazdy od Bari Locorotondo - to prawdziwa bożonarodzeniowa stolica Włoch. Miałam w planach oglądanie tylu świątecznych światełek i dekoracji, aż będę miała tego dość... co jednak nie nastąpiło ;). Wizytę w Locorotondo połączyłam z pobliskim (niecałe 9 km) Alberobello - zwiedzanie tych dwóch miasteczek w świątecznym klimacie to idealny pomysł na grudniowy dzień :).
Alberobello - piękne drzewo - to miasteczko wpisane na listę UNESCO od lat dziewięćdziesiątych ze względu na swoją charakterystyczną zabudowę, białe domki ze stożkowymi dachami zwane trulli. Miałam już okazję odwiedzić Alberobello przed laty, więc bardziej szczegółowy wpis o zwiedzaniu znajdziecie tutaj, ale z przyjemnością przyjechałam tu ponownie - zwłaszcza, że M. nigdy tutaj nie był. Oczywiście, najbardziej mnie kusił spacer po miasteczku wieczorową porą, bo zdążyłam już wypatrzyć w internecie, że naprawdę pięknie wszystko oświetlono. Zatem przyjechaliśmy tutaj krótko przed południem, połaziliśmy po Alberobello trochę czasu, następnie ruszyliśmy do Locorotondo, gdzie zostaliśmy do wieczora... i w drodze powrotnej znów zatrzymaliśmy się w Alberobello. Połączenie, którego nie dałabym rady ogarnąć transportem publicznym, więc jeszcze bardziej doceniłam wynajęty samochód. W internecie znaleźliśmy parking płatny kilka euro za cały dzień, ale okazał się zamknięty i musieliśmy skorzystać z niewielkiego (udało się złapać ostatnie wolne miejsce) miejskiego... Ten - według internetów - jeszcze parę miesięcy temu kosztował 6 € za dobę i całkiem niedawno musieli podnieść ceny. Z 6 na 16, doklejając krzywo jedynkę przed szóstką - niezła inflacja... Z całodobowego więc nie korzystaliśmy, tylko w appce zapłaciliśmy za czas, który faktycznie tu spędziliśmy - 2 €/godzinę.
Pospacerowaliśmy wśród trulli, odwiedziliśmy parę sklepików z pamiątkami i kupiliśmy regionalne likiery, mocno zachwalane przez znającego całkiem nieźle polski sprzedawcę. Zresztą polski w Apulii słyszeliśmy bardzo często - wyglądało na to, że turyści z naszego kraju zdominowali Alberobello i Locorotondo w tym okresie ;). Miasteczko nie było jednak tak zatłoczone, jak to pamiętałam ze swojej ubiegłej wizyty, no ale wtedy byłam w okresie wakacyjnym, jakby nie patrzeć. Teraz skupiałam się na dekoracjach świątecznych i szybko zdałam sobie sprawę, że Alberobello światełkami stoi. Poza widocznymi na jednym z powyższych zdjęć kwiatowymi ozdobami większość dekoracji miała się rzucić w oczy dopiero po zmroku, gdy zapali się światła. Wiedziałam, że nie ma innej opcji, niż wrócić tu wieczorową porą :).
Do Locorotondo - okrągłego miejsca - ruszyliśmy przed 14, żeby zdążyć zjeść jeszcze obiad, zanim większość restauracji zamknie się na popołudniową sjestę. Udało się znaleźć ostatnie wolne miejsce na darmowym parkingu kawałek od centrum, a potem spokojnym spacerem ruszyliśmy na zwiedzanie starego miasta. Nie było co się spieszyć, słońce zachodziło dopiero ok. 16:30, a jednak prawdziwą świąteczną magię tutaj też można było odczuć dopiero po zmroku. W przeciwieństwie do Alberobello, Locorotondo miało na szczęście mnóstwo innych dekoracji świątecznych, nie tylko światełka... W efekcie tłumy krążyły po miasteczku już za dnia, a im później, tym więcej ludzi. Udawało się czasem złapać kadr bez większych tłumów, ale jeśli komuś się marzą piękne zdjęcia z opustoszałymi uliczkami Locorotondo po zmroku, to cóż... chyba trzeba przyjść w środku nocy, gdy wszyscy już padną spać ;).
Wystarczy spojrzeć na mapę zabytkowego centrum Locorotondo, by stwierdzić, że nazwa bardzo pasuje do tego miasteczka - stare miasto to okrąg wypełniony charakterystyczną, białą zabudową ze stromymi dachami. Locorotondo założono na przełomie X i XI wieku, choć tereny te były zamieszkane już od czasów starożytnych. My tu jednak przyjechaliśmy nie dla zabytków, ale dla świątecznych klimatów. Niestety, przyjeżdżając tu z końcem grudnia, przegapiliśmy już jarmark bożonarodzeniowy, który na pewno dodałby jeszcze uroku temu miejscu. Brakowało nam miejsc - w ramach samej starówki - gdzie można by było się zatrzymać na coś ciepłego do picia. Nieliczne kawiarnie były wypełnione po brzegi, a poza nimi znaleźliśmy dwa stoiska z grzanymi napojami i tylko w jednym była obsługa... i bardzo niesmaczne wino, niestety ;).
Ale całkowicie zwiedzania nie mogłam sobie odpuścić, zwłaszcza że na brak czasu nie mogliśmy narzekać ;). Kościół św. Jerzego Męczennika stanowi centralny punkt Locorotondo, do którego prowadzą chyba wszystkie uliczki starego miasta. To neoklasycystyczna budowla z przełomu XVIII i XIX wieku o dość prostym wnętrzu, ale z paroma perełkami - mi najbardziej wpadły w oko boczne ołtarze. No i, jak zawsze w tym sezonie, lubię oglądać szopki bożonarodzeniowe, ale ta w kościele św. Jerzego była dość zwyczajna. Bardziej przypadły mi do gustu różne świąteczne dekoracje rozwieszone na placu przed świątynią.
Nie spodziewałam się za to, że uda mi się odwiedzić inny kościółek, który miałam na swojej liście, a tymczasem poszczęściło mi się i również był otwarty ;). Kościół św. Mikołaja zbudowano w drugiej połowie XVII wieku w miejscu poprzedniej świątyni pod tym samym wezwaniem. Co najbardziej przyciąga wzrok w tym niewielkim kościółku, to kolorowe XVII-wieczne freski, przedstawiające głównie żywot św. Mikołaja - i to dla nich właśnie chciałam tutaj przyjść. Choć świątynia położona jest w centrum Locorotondo, jest dość niepozorna i większość ludzi po prostu ją mijało (może przez brak kolorowych dekoracji świątecznych na zewnątrz ;) ) i w środku byliśmy sami. No i bardzo spodobała mi się miniaturowa szopka bożonarodzeniowa obok ołtarza - w kompletnie innym klimacie niż te, które dotąd oglądałam.
Tak sobie myślę, że przyjechaliśmy tu trochę za wcześnie, bo zanim się ściemniło obeszliśmy całe stare miasto kilka razy. Odbijaliśmy w co rusz inną uliczkę i choć czasem udało się odkryć coś nowego, to jednak szybko zdaliśmy sobie sprawę, że już rozpoznajemy trasę, wiemy, gdzie wyjdziemy i co zobaczymy za rogiem. A widząc po raz trzeci te same dekoracje, przestały one wzbudzać ten sam zachwyt ;). Zaczęliśmy marznąć, bo było ledwie kilka stopni powyżej zera, coraz dłużej musieliśmy się czaić na zrobienie zdjęcia bez ludzi i coraz bardziej niecierpliwie spoglądaliśmy na zegarki (w telefonach ;) ), by odliczać czas do zachodu słońca.
Sam zachód słońca najlepiej oglądać z miejsca oznaczonego na Google Maps jako Punto Panoramico Locorotonto. Rozpościera się stamtąd fajny widok na pola i winnice, białe trulli i zwykłe domki, a gdy do tego dojdzie zachodzące słońce... byłam tak zafascynowana, że nawet nie zrobiłam żadnego zdjęcia ;). Kawałek dalej, na obrzeżach starego miasta urządzono też piękne dekoracje z balonami i choinkami, pokrywającymi całą ścianą budynku. Do zdjęcia w balonowym koszu trzeba było chwilę poczekać, ale nawet mnie to nie dziwiło - to zdecydowanie jedna z piękniejszych miejscówek w miasteczku.
I w końcu przyszedł czas na spacer po nie tylko świątecznie udekorowanym, ale także pięknie podświetlonym Locorotondo :). W pełni rozumiem popularność tego miasteczka, nazywanie go świąteczną stolicą Włoch i wszelkie zachwyty. Locorotondo jest ładne samo w sobie: wąskie uliczki i białe domki, a gdy do tego dodamy naprawdę wszechobecne dekoracje (bo dba o nie zarówno miasto, jak i jego mieszkańcy), to gdzie się człowiek nie obróci, tam coś pięknego wpadnie mu w oko. Podobno w którejś uliczce padał nawet sztuczny śnieg, ale to raczej nie przez cały czas, bo jakoś na to nie trafiliśmy, a naprawdę zajrzeliśmy chyba w każdy zaułek, i to więcej niż raz. Nie wiem, ile zdjęć zrobiłam, ale we Włoszech przyszło mi usuwać starsze zdjęcia z nagle zapełnionej karty pamięci ;).
A potem przyszedł czas na powrót do Alberobello, skąd było trochę bliżej do Matery, gdzie mieliśmy nocleg. No a jak już wspominałam, Alberobello wieczorową porą naprawdę mnie kusiło :). Tym razem udało się zaparkować na tym samym parkingu bez rozglądania się za wolnym miejscem - sporo osób zwiedzało to miasteczko tak jak my Locorotondo, więc zobaczywszy światełka po zmroku, zaczęli się już rozjeżdżać. Wykupiliśmy parking na jakieś 1,5 godziny, uznając, że tyle nam wystarczy na oglądanie dekoracji - jakby nie patrzeć, zwiedzaliśmy już wcześniej i wiedzieliśmy, gdzie się kierować.
Nie cały obszar pełen zabytkowych trulli został świątecznie przyozdobiony, ale na tyle duża część, że wystarczy wejść w labirynt uliczek, by mieć pewność, że szybko natrafimy na jakieś światełka. Koniecznie trzeba podejść pod kościół trulli, na fasadzie którego wyświetlano kolorowe mappingi. Obok znajdują się też domki z różnymi wzorami na dachach, a przed nimi urządzono ogród ze światełkowych słoneczników. Do popularnych ozdób należały też rozświetlone i udekorowane drewniane gwiazdy. A, co istotne, tłumy były tu zdecydowanie mniejsze niż w pobliskim Locorotondo i często można było mieć jakieś miejsce tylko dla siebie, żeby w spokoju porobić zdjęcia :).
W Alberobello udało nam się też załapać na jarmark bożonarodzeniowy, który tutaj otwarty był od 6 grudnia do 6 stycznia. Jarmark był całkiem spory, choć pod kątem oferty nie przypominał tego, do czego przyzwyczaiłam się w Austrii. Owszem, można się tu napić grzanego wina lub gorącej czekolady, poza tym dominują jednak napoje na zimno oraz różne lokalne przekąski - szczególnie panzerotti, coś w stylu pierogów z ciasta drożdżowego z mozzarellą i pomidorami. Były też różne drobiazgi w rodzaju taniej biżuterii - ot, jak na jakimś bazarze. Dla miejscowych na pewno atrakcją było lodowisko, w końcu na południu Włoch zazwyczaj jest nieco cieplej, niż nam się to trafiło. Obeszliśmy jarmark, ale na grzańca i pieroga skusiliśmy się już dalej, w budce na głównej uliczce biegnącej przez centrum Alberobello.
Za widoczną na powyższym zdjęciu światełkową budką zaczynała się jedna z najpiękniej udekorowanych uliczek w Alberobello. Choć czy naprawdę mogę tu mówić o jednej uliczce? :) Tu zaczyna się trasa prowadząca do światełkowej szopki, a po drodze możemy zobaczyć sporo postaci - ludzi i zwierząt - oraz lamp, płomieni i roślin, rozświetlających całą trasę. Naprawdę fajnie to zrobiono, zwłaszcza że warto patrzeć też do góry czy zaglądać do różnych zakamarków, bo światełka potrafią być rozstawione w nieoczywistych miejscach.
Choć oba miasteczka - pięknie udekorowane na Boże Narodzenie - naprawdę bardzo mi się podobały, to jednak Alberobello przypadło mi do gustu bardziej. Może dlatego, że tłumy były nieco mniejsze, może przez fascynującą architekturę, która zachwyca i bez świątecznych dekoracji, a może przez moje własne oczekiwania...? W końcu Locorotondo musiało być super, tyle się o nim wcześniej naczytałam i naoglądałam się zdjęć. A w Alberobello już byłam, nie oczekiwałam nic specjalnego i ten świąteczny klimat, zwłaszcza wieczorową porą, bardzo mnie zachwycił. Więc myślę, że to był świetny pomysł, by odwiedzić oba miasteczka jednego dnia i pozwolić południowym Włochom się zauroczyć. To było jedno z moich marzeń do spełnienia i na pewno nie poczułam się rozczarowana, gdy przyszło co do czego ;).



0 Komentarze