Dla miłośników ogrodów światła Wiedeń nie miał szczególnie bogatej oferty. Gdy chciałam oglądać różne światełkowe figury czy temu podobne atrakcje, musiałam wybierać się do pobliskiego Laxenburga - tamtejszy park Illumina faktycznie urządzono z rozmachem. A to niby niedaleko, ale jednak dojechać trzeba, do tego ogród jest duży, więc cała wyprawa rosła do kilku godzin. Już nie wspominając o nienajniższej (naprawdę od tego roku muszę to już pisać łącznie? Mój mózg tego nie akceptuje...) cenie biletów wstępu. No ale cenę przeboleję, w Austrii mało co jest tanie, a do ogrodu światła pójdzie się raz w roku i na jakiś czas wystarczy ;). Jednak w Laxenburgu byłam w poprzednim sezonie i nie odczuwałam potrzeby, by wracać tam od razu rok później. I nagle Wiedeń postanowił wyjść mi naprzeciw z całkiem nowym ogrodem świateł, do tego urządzonym akurat w bliskim mi Schönbrunnie... Lepiej być nie mogło! :)
Ogród świateł w parku przypałacowym nosił nazwę Imperial Lights i był otwarty od 6 listopada 2025 do 6 stycznia 2026 roku. Czyli opisuję Wam fajne miejsce w Wiedniu, które już zdążyli zamknąć, ale cóż... dużo mam zaległych wpisów ;). Wejście do ogrodu znajdowało się tuż przy bramie Meidlinger Tor, czyli dla mnie idealnie, skoro szłam z Meidlingu. Na miejscu były kasy biletowe, choć zalecało się zakup przez internet - my przyszliśmy na tygodniu na samym początku grudnia, więc szczególnych tłumów nie było. Kupno przez internet i tak się opłacało, bo skorzystaliśmy z promocji na Black Friday, dzięki czemu udało się oszczędzić parę euro. Ceny biletów zaczynały się od 22 € w tygodniu i 24 € w weekend, w popularniejszych godzinach trzeba było dopłacić dodatkowe 2 €.
Co ciekawe, Imperial Lights to nie był pierwszy taki ogród świateł na terenie Schönbrunnu. Podobną atrakcję urządzono tu na przełomie 2023 i 2024 roku pod nazwą Winter Wonderland – der magische Lichterpark. Nawet byłam tym zainteresowana, ale zniechęciły mnie wtedy wysokie ceny biletów w połączeniu z komentarzami o niewielkich rozmiarach całej atrakcji. Świadomość, że w podobnej lub niższej cenie mogłabym mieć bilet do dużo większego Laxenburga, wtedy zwyciężyła ;). Tegoroczny ogród świateł w Schönbrunnie był całkiem spory (choć do Illuminy nie ma co porównywać), szacowany czas spaceru wynosił 60-90 minut i były to trafione szacunki, jako że nam zeszło prawie 1,5 godziny, a jakby nie patrzeć, mieliśmy sporo postojów na zdjęcia.
Po przejściu przez bramę i tunel prowadzący do głównej części ogrodu znaleźliśmy się przy szerokim trawniku, na którym światła rysowały zygzaki w rytm muzyki - całość w otoczeniu pięknie podświetlonych drzewek. Chwilę tu postaliśmy, po czym ostrożnie (grudzień był dość deszczowy, więc część chodników zamieniła się w śliskie błoto pełne kałuż) przeszliśmy dalej, gdzie już z pewnej odległości widzieliśmy liczne światełkowe figury. To była jedna z głównych części Imperial Lights, pełna różnych dekoracji, w tym powozu konnego, pawia, korony, masek i tańczących postaci, nie zabrakło też nawiązań do dynastii Habsburgów.
Co szybko rzuciło nam się w oczy podczas spaceru po tym ogrodzie, to fakt, że do większości dekoracji nie dało się podejść. Były one albo umiejscowione na trawnikach, gdzie nie było dojścia, albo ogrodzone barierkami, by jeszcze komuś nie przyszło do głowy zrobić sobie z nimi zdjęcia. Kilka takich punktów do zdjęć było przygotowanych, więc cieszyły się one sporą popularnością, ale poza tym zostało oglądanie z pewnej odległości. Wydawało mi się to trochę dziwne, bo przecież robienie sobie zdjęć wśród światełek i dekoracji jest jedną z głównych idei takich miejsc, no ale najwidoczniej nie w Schönbrunnie ;).
Jedną z najfajniejszych atrakcji w Imperial Lights były tunele, których przecież w ogrodach Schönbrunnu nie brakuje. Tym razem nie porastały ich jednak róże i wisterie, ale wszelakie światełkowe dekoracje. Jako że wiele ozdób było związanych z muzyczną tematyką (co w Wiedniu dziwić nie powinno ;) ), to nie zabrakło też światełkowych instrumentów muzycznych. O motywach roślinnych nie ma nawet co wspominać, bo te są popularne chyba w każdym ogrodzie światła, jaki dotąd miałam okazję odwiedzić.
W takich miejscach zazwyczaj pojawia się też pytanie, czy jest gdzie się zatrzymać i złapać oddech. Na szczęście w Imperial Lights przygotowano dwie strefy gastronomiczne - jedna na początku trasy, druga bliżej końca. Nie było się co nastawiać na jakąś wymyślną ofertę, ale sprzedawano gorące napoje oraz drobne przekąski w stylu precli. Szczerze powiedziawszy, uważam, że to w zupełności wystarczy na godzinę-półtorej, które spędzi się w ogrodzie świateł. A jeśli miałoby się ochotę na coś więcej, to przecież tuż obok był jarmark bożonarodzeniowy i nic nie stało na przeszkodzie, by na niego zawitać po skończonym spacerze wśród światełek :).
Jedną z najfajniejszych atrakcji w Imperial Lights były tunele, których przecież w ogrodach Schönbrunnu nie brakuje. Tym razem nie porastały ich jednak róże i wisterie, ale wszelakie światełkowe dekoracje. Jako że wiele ozdób było związanych z muzyczną tematyką (co w Wiedniu dziwić nie powinno ;) ), to nie zabrakło też światełkowych instrumentów muzycznych. O motywach roślinnych nie ma nawet co wspominać, bo te są popularne chyba w każdym ogrodzie światła, jaki dotąd miałam okazję odwiedzić.
W takich miejscach zazwyczaj pojawia się też pytanie, czy jest gdzie się zatrzymać i złapać oddech. Na szczęście w Imperial Lights przygotowano dwie strefy gastronomiczne - jedna na początku trasy, druga bliżej końca. Nie było się co nastawiać na jakąś wymyślną ofertę, ale sprzedawano gorące napoje oraz drobne przekąski w stylu precli. Szczerze powiedziawszy, uważam, że to w zupełności wystarczy na godzinę-półtorej, które spędzi się w ogrodzie świateł. A jeśli miałoby się ochotę na coś więcej, to przecież tuż obok był jarmark bożonarodzeniowy i nic nie stało na przeszkodzie, by na niego zawitać po skończonym spacerze wśród światełek :).
Jeśli znacie ogrody Schönbrunnu, to zapewne kojarzycie, że w ich płatnej części znajduje się platforma widokowa, skąd można się rozejrzeć po okolicy. Ta platforma była też częścią ogrodu światła, a że na górze mogła znajdować się ograniczona liczba osób, to przed schodami ustawiła się spora kolejka. Faktycznie, fajnie było spojrzeć na wszystkie te dekoracje i oświetlony pałac z góry, ale na platformie tak niemiłosiernie wiało, że szybko chcieliśmy zejść z powrotem na ziemię ;). Zaś stamtąd było już tylko parę kroków do wyjścia z Imperial Lights, tu kończyła się światełkowa trasa. Całość mi się podobała, ale ja generalnie lubię takie miejsca, więc mogę nie być do końca obiektywna ;). Ładnie to urządzili, choć nie ma co ukrywać - Laxenburg zrobiony jest z większym rozmachem, a cena zbliżona. Więc jeśli miałabym wybrać tylko jedne miejsce, wyskoczyłabym jednak poza Wiedeń. Ale kto wie, co wymyślą w kolejnym sezonie... bo mam nadzieję, że Imperial Lights nie było tylko jednorazową atrakcją :).

0 Komentarze