Algarve - strzeliste klify, błękitny ocean i portugalskie słońce... Ile ja już widziałam zdjęć z tego regionu, a jakoś ciągle było nie po drodze. Choć w gruncie rzeczy patrzyłam czasem na ten kierunek, zwłaszcza odkąd Rynair otworzył połączenia między Wiedniem a Faro, ale ceny były zazwyczaj zbyt wystrzelone w kosmos w stosunku do tego, ile byłabym w stanie zapłacić za kilkudniowy wypad. Kiedy zaczęłam szukać pomysłów na weekendowy wypad na przełomie lutego i marca, ze zdziwieniem zobaczyłam w propozycjach Skyscannera Faro od piątkowego wieczoru do poniedziałkowego popołudnia - i to tylko za 65 € w obie strony. Właściwie się nie zastanawiałam, zwłaszcza gdy pomyślałam o tym, o ile ładniej i cieplej będzie w tym okresie w Portugalii. A potem śledziłam prognozy, bo okazało się, że tegoroczny luty uderzył w te rejony pogodą raczej niezwyczajną w tym okresie - nawet w Algarve było chłodniej i padało dużo więcej niż zazwyczaj. Na szczęście na kilka dni przed naszym przylotem pogoda się ustabilizowała, a Algarve... Algarve nas zachwyciło :). Ten długi weekend to był tylko przedsmak, jestem pewna, że któregoś dnia tam wrócę.
Zacznijmy od podobno jednej z najpiękniejszych otoczonych klifami plaż w Algarve, czyli Praia da Marinha. Położona pomiędzy miejscowościami Carvoeiro i Armação de Pêra, w sezonie jest masakrycznie oblegana - z tego, co słyszałam, jeśli chcesz znaleźć miejsce parkingowe, przyjedź lepiej z samego rana. Na szczęście koniec lutego to nie sezon, choć nawet wtedy parking na szczycie klifu przy plaży był niemal pełen, co mnie trochę zaskoczyło. Może temperatura wody nie sprzyjała kąpielom, ale słońce przygrzewało na tyle przyjemnie, że miło było po prostu posiedzieć na plaży, zwłaszcza z takimi widokami... Do Praia da Marinha trzeba najpierw zejść po schodach, a tych trochę jest, ale to chyba urok wielu plaż w Algarve ;). Ale gdy już znajdziemy się na dole, mamy przed sobą takie widoki... A że część ludzi zdecydowała się na spacer po klifach, to plaża wcale nie wyglądała na zatłoczoną, jak można by się spodziewać, patrząc na parking.
Tak, stwierdziłam, że mogę sobie zrobić fajne zdjęcie na plaży - podwinęłam trochę jeansy, by zamoczyć stopy... i fala postanowiła mi zmoczyć spodnie do połowy uda, bo czemu nie ;). Dobrze, że jeszcze trochę świeciło słońce i zdążyły wyschnąć do wieczora, bo na weekendowy wypad zapasowych nie brałam... Spędziliśmy trochę czasu na plaży, robiąc tonę zdjęć, a potem weszliśmy z powrotem na górę, by pospacerować po klifach - w końcu z tej perspektywy widoki były kompletnie inne, ale też robiły wrażenie. Niestety, tutaj już na dłuższy spacer nie było czasu, bo dostałam telefon, by się zbierać na kolejną - i już ostatnią na ten dzień - atrakcję.Od początku za nami chodziło, żeby zobaczyć klify od strony wody. Tutaj M. zajął się przeglądaniem rejsów w internecie, bo ja jakoś wtedy miałam milion rzeczy na głowie, i postawiliśmy na rejs do jaskiń Benagil. Tutaj ofert też było sporo - mimo braku sezonu łódki wyruszały regularnie z portu w Portimão, dokąd z Praia da Marinha mieliśmy ok. pół godziny jazdy. Skorzystaliśmy z oferty firmy Atlantis Tours, z którą wybraliśmy się na rejs o zachodzie słońca trwający niecałe półtorej godziny - za taką rozrywkę zapłaciliśmy po 20 €. Firma kazała być na miejscu w porcie na kilkadziesiąt minut wcześniej, żeby wyjaśnić co i jak, rozdać kamizelki ratunkowe oraz podzielić ludzi na grupy. Turyści hiszpańsko- i portugalskojęzyczni płynęli oddzielną łódką od nas, całej anglojęzycznej reszty :).
Jeszcze nim słońce zaczęło zachodzić, pomyślałam sobie, że trzeba było jednak wybrać się na taki rejs za dnia. Bo o ile wcześniej słońce przygrzewało na tyle, że mogliśmy chodzić w krótkim rękawku, to potem niemal natychmiast narzuciłam na siebie bluzę i kurtkę... i żałowałam, że nie mam ze sobą więcej ubrań. Wiatr od oceanu i brak słońca szybko przypomniały mi, że jest to mimo wszystko tylko koniec lutego. Wymarzłam już w porcie, czekając te kilkadziesiąt minut na łódkę, a później wcale nie było lepiej. A gdy niebo coraz bardziej spowijały chmury i z zachodu słońca i tak nic nie wyszło - cóż, nieszczególnie poprawiło mi to humor ;). W ogóle uważam, że trochę miałam pecha z tym rejsem - po pierwsze przez nietrafioną godzinę i brak zachodu słońca, a po drugie przez miejsca na łódce, gdzie nas usadziła załoga. Siedzieliśmy z tyłu i po prawej stronie. Przez cały rejs klify były po lewej stronie, więc musiałam patrzeć nad głowami innych ludzi (w drodze powrotnej łódka już sunęła szybko w linii prostej, kawałek od brzegu, więc możliwości podziwiania widoków i robienia zdjęć były potem bardzo ograniczone), a gdy wpływaliśmy do jaskiń, to z tylnego siedzenia widziałam tylko rząd uniesionych przede mną telefonów komórkowych. Oczywiście nie było tak, że z mojego miejsca nie miałam żadnych fajnych widoków, jednak były one baaardzo ograniczone w stosunku do tego, co widzieli ludzie z przodu czy po lewej stronie łódki.
Załoga chodziła wzdłuż łódki, oferowała robienie zdjęć naszymi telefonami i opowiadała, starając się przekrzyczeć ryk silnika i szum wiatru, co ciekawego właśnie mijamy. Sporo było różnokształtnych formacji skalnych - czy widzicie głowę kaczki na jednym z powyższych zdjęć? ;) Czasem potrzeba było jednak więcej wyobraźni i pomagały tu odpowiednie zdjęcia w rękach załogi, na których były zarysowane wskazywane kształty. Moją uwagę jednak najbardziej przykuły liczne dziury w skałach, wśród których spacerowali ludzie. Usłyszeliśmy, że miejsce to nazywa się Algar Seco, to podobno świetna miejscówka na oglądanie zachodów słońca, ale generalnie naprawdę warto tam zajrzeć. Natychmiast zapisałam sobie to miejsce w telefonie, bo choć nie mieliśmy go w planach na taki krótki pobyt, to to był właśnie ten moment, gdy plany się mogą spontanicznie zmienić ;).
No i jaskinie - to one były w końcu głównym celem tego rejsu! Najbardziej znana tutaj jest jaskinia Benagil, którą kojarzy na pewno każdy posiadacz Windowsa 10, bo kadr z niej znajdziemy na windowsowej tapecie. Tylko tamto zdjęcie zrobione zostało z plaży wewnątrz jaskini, skąd świetnie było widać otwór w jej sklepieniu. My takiej możliwości nie mieliśmy. Po pierwsze, silne fale nie pozwoliły wpłynąć tak głęboko do jaskini, choć kapitan starał się podpłynąć na tyle blisko, byśmy wszyscy zobaczyli otwór na górze. A po drugie, od jakiegoś czasu wychodzenie z łódek wewnątrz jaskini zostało zabronione i grożą za to dość wysokie kary pieniężne - zakaz ma na celu zarówno ochronę przyrody, jak i turystów, którzy często podpływali tam na kajakach czy SUPach, a potem mieli problem z wydostaniem się przy silnych falach. Zatem my oglądaliśmy Benagil tylko z łódki, ale nie da się zaprzeczyć, że jaskinia jest naprawdę ładna. Mając więcej czasu, można też podjechać autem na klif i spojrzeć do środka od góry :). Benagil nie była jedyną jaskinią, którą odwiedziliśmy podczas rejsu, ale w większości przypadków wyglądało to podobnie: wpływało się do środka na tyle, na ile pozwalała woda, zatrzymywaliśmy się na chwilę, po czym wycofywaliśmy się i płynęliśmy dalej.
O ile rejs do samej jaskini Benagil trwał z dobrą godzinę, bo często płynęliśmy wolno wśród klifów i mieliśmy sporo postojów, by wpłynąć do jaskiń lub przyjrzeć się bliżej konkretnym formacjom skalnym, to powrót był już dużo szybszy. Ot, płynęliśmy szybko prostu do Portimão - już nie zbliżając się do klifów ani nie zatrzymując po drodze. To był już ten moment, gdy kuliłam się z zimna i marzyłam, by wrócić do samochodu i schować się przed wiatrem ;). Choć chmury skryły przed nami zachód słońca, to dopłynęliśmy do portu przy pięknie zaróżowionym niebie, co stanowiło wspaniałe zakończenie rejsu. Mimo wszystko uważam, że o ile nie płyniecie w środku upalnego lata, wybierzcie raczej rejs za dnia, odczuwalna temperatura na łódce jest naprawdę niższa niż to, co wskazują termometry ;).
Plany na następny dzień skupiały się na Lagos, w którym umówiliśmy się z moją mieszkającą w okolicy koleżanką z klubu książkowego (i autorką dopiero co wydanej książki o Portugalii, jeśli szukacie lektury w tym temacie ;) ). Zakładałam, że na spokojnie się wyśpimy, wstaniemy, podjedziemy z Faro (to jakaś godzina jazdy) i wciąż będziemy mieć trochę czasu, by jeszcze połazić po Lagos, zanim przyjdzie pora wspólnego lunchu. No ale poprzedniego wieczoru zobaczyliśmy z łódek Algar Seco... I trzeba było zrezygnować z wyspania się ;). Pełne jaskiń klify leżą mniej więcej pośrodku między Faro i Lagos, ale trzeba tu jechać mniejszymi drogami i jest to odpowiednio dłuższa jazda. O czasie potrzebnym na odkrywanie samego Algar Seco nie wspominając - bądź co bądź, trzeba było wstać wcześnie, by ze wszystkim zdążyć. Na szczęście w Portugalii jest godzina do tyłu, więc wstając koło 7, miałam wrażenie, że jest już 8, a to trochę ułatwiało zadanie ;). A kiedy dojechaliśmy na miejsce, o tej porze niemal nie było tu innych odwiedzających, więc mogliśmy nie tylko swobodnie sobie spacerować, ale też robić zdjęcia w miejscach, gdzie później (a już zwłaszcza w sezonie) pewnie ustawiały się kolejki...
Do Algar Seco dojechaliśmy, podążając najpierw za mapami Google'a, a potem już za oznakowaniem w okolicy. Dotarliśmy do sporego, darmowego parkingu, obok którego zaczyna się trasa po klifach. Urządzono tutaj średniej długości ścieżkę, wszystko z wygodnymi, drewnianymi podestami, umożliwiającą podziwianie widoków każdemu, niezależnie od sprawności fizycznej czy towarzystwa w postaci np. wózka z dzieckiem. Jednak nie ma co tu ukrywać, najpiękniejsze miejsca na klifach nie są aż tak łatwo dostępne. Tu już trzeba chodzić po wąskich schodkach, skakać po skałach, przechodzić przez otwory wyrzeźbione przez wodę i wiatr... Nie jest to szczególnie wymagające (choć też zależy, gdzie chce się wejść - były miejsca, gdzie raczej bym się nie zapuszczała, choć M. właził, gdzie się dało :P), ale wiadomo, z wózkiem tu się już nie wejdzie. Widzieliśmy jednak np. rodziny z kilkuletnimi dziećmi, które radośnie łaziły po formacjach skalnych. O ile podczas spaceru po drewnianym podeście na górze otulałam się trochę kurtką (z rana słońce nie grzało na tyle mocno, by przebić się przez wiatr), to gdy schowałam się przed wiatrem w zacisznych jaskiniach, kurtka szybko trafiła do plecaka ;).
Najpopularniejszym punktem w Algar Seco jest jaskinia Boneca - to w niej zrobiłam (albo precyzyjniej: M. mi zrobił ;) ) główne zdjęcie do tego wpisu. Dwa charakterystyczne otwory wyglądające jak okna, w których można przysiąść i popatrzeć na ocean, to przepiękna miejscówka. My mieliśmy ją dla siebie z rana, ale później trzeba się liczyć z tłumami chętnych do zdjęcia ;). Na szczęście w Algar Seco więcej jest ciekawych okien i innych dziur w skałach, choć nie zawsze widok jest tak spektakularny jak w przypadku Boneci. Dla głodnych i spragnionych obok znajdzie się też Boneca Bar - po ocenach widzę, że może jedzenie niezbyt wybitne, ale fajnie byłoby usiąść tam z drinkiem i podziwiać widoki. Piszę w trybie przypuszczającym, bo jak się łatwo domyślić, z samego rana bar i tak był zamknięty ;).
Zgodnie uznaliśmy, że Algar Seco to najfajniejsze miejsce, jakie odwiedziliśmy w Algarve - klify pełne grot, schodów i punktów widokowych robią niesamowite wrażenie. Na pewno zachęcający jest też fakt, że wstęp tutaj jest darmowy :). Teren nie jest duży, całość można na spokojnie obejść w ok. godzinę - zakładając brak tłumów i kolejek do popularnych miejscówek na zdjęcia ;). Oglądałam też trochę zdjęć w internecie i jestem pewna, że o zachodzie słońca Algar Seco również wygląda magicznie, no ale wtedy trzeba się liczyć z większą liczbą odwiedzających. My Algarve opuściliśmy z myślą, że na pewno tu kiedyś wrócimy, najchętniej jesienią i zdecydowanie na dłużej niż tylko trzy dni...


.jpg)
.jpg)
.jpg)

0 Komentarze