Advertisement

Main Ad

Tydzień na Gran Canarii

To był chyba spontan życia! ;) Generalnie żadnego dłuższego urlopu (a za taki uważam już tygodniowy wyjazd) poza majem i listopadem w tym roku już nie planowaliśmy. Rozmawiając o ślubie, zakładaliśmy, że odbędzie się on późną wiosną i połączymy przypadające tu 3 dni urlopu okolicznościowego z weekendem i wyskoczymy do marzącej się nam od dawna Kapadocji. Wyszło jednak na to, że ślub braliśmy na początku marca, co jest terminem nieco za wczesnym na tureckie balony - jeszcze za chłodno, zbyt niestabilna pogoda... Trzeba było rozejrzeć się za innymi kierunkami - najlepiej ciepłymi, a to wymagałoby już kilku godzin w samolocie. Dobraliśmy więc dodatkowe dwa dni urlopu i mogliśmy zaplanować już tygodniowy wyjazd. Przeglądając oferty, w sensownej cenie (jak na spontaniczną rezerwację z bardzo krótkim wyprzedzeniem) były dwa kierunki: Bliski Wschód i Wyspy Kanaryjskie. Odrzuciłam tę pierwszą opcję, bo Ramadan, a już kilka dni później obserwowałam, co się tam dzieje i naprawdę cieszyłam się, że postawiliśmy na Kanary... W pasującym nam terminie mieliśmy sensowne loty na Gran Canarię, Fuerteventurę i Lanzarote, ceny lotów były bardzo zbliżone, więc zaczęliśmy pokrótce czytać opisy każdej z wysp, po czym uznaliśmy, że Gran Canaria wydaje się tu być najbardziej zróżnicowana. Zresztą nie bez powodu nazywana jest kontynentem w miniaturze. Mimo wszystko nie nastawialiśmy się tu na cuda - wręcz przeciwnie, obawialiśmy się nawet, że te Kanary okażą się przereklamowane. Tymczasem Gran Canaria zachwyciła nas już od pierwszego dnia :).
Lotnisko Gran Canaria położone jest we wschodniej części wyspy i pierwsze, co zrobiliśmy po odebraniu bagażu, to rozglądanie się za wypożyczalnią samochodów. Auto zarezerwowaliśmy w wypożyczalni TopCar - ceny nawet z pełnym ubezpieczeniem były naprawdę przystępne, ale okazało się, że wypożyczalnie mają na lotnisku całkiem sporo stanowisk. TopCara na ten przykład znaleźliśmy aż trzy - przy pierwszym podpisaliśmy umowę i kazali iść po kluczyki do innego... ale nie tego, które znaleźliśmy jako drugie, tylko jeszcze innego ;). I, niestety, trafił nam się dość felerny samochód (ta biała Dacia z poniższego zdjęcia), który po dwóch dniach zareklamowaliśmy, bo wydawał dziwne dźwięki podczas wolnej jazdy. Pan techniczny wsiadł do zaparkowanego auta, wycofał się może z pół metra i od razu zaparkował z powrotem. Czasami tak jest, że coś nie działa dobrze, ale gdy przychodzi do pokazania tego komuś, nagle wszystko się magicznie naprawia. Nasza Dacia postanowiła zaprezentować się w drugą stronę i zapiszczała panu na start tak bardzo, że my usłyszeliśmy to bardzo dobrze, stojąc ładnych parę metrów dalej. I było tylko: proszę zabrać wszystko ze środka, wymieniamy wam samochód. Na szczęście nowy okazał się już bezproblemowy, a M. stwierdził, że jeździ się nim dużo lepiej, więc dobrze na tej wymianie wyszliśmy ;).
O ile znalezienie przystępnego cenowo samochodu z kilkudniowym wyprzedzeniem nie było problemem, tak z noclegami było dużo gorzej. Gdy ustawiłam sobie filtr na 140 € / noc, co dałoby koło 1000 € za cały tydzień, to niemal cała mapka zaświeciła mi się na czerwono, pokazując wszystko fully booked. Zwłaszcza w południowej części Gran Canarii, bo to tam chcieliśmy nocować ze względu na dużo bardziej optymistyczne prognozy pogody. Najchętniej w Maspalomas czy innym większym ośrodku, bo skoro to miała być podróż poślubna, to człowiek chciał mieć wybór restauracji czy barów na miłe spędzanie wieczorów po zwiedzaniu ;). Zarezerwowaliśmy ostatni dostępny na Bookingu pokój w hotelu Fayna niedaleko Playa del Inglés i byliśmy całkiem zadowoleni, bo lokalizacja fajna, z parkingiem w okolicy nie było problemu, na plażę blisko, a sklepów i restauracji w okolicy naprawdę sporo. Szkoda tylko, że woda w basenie zimna jak diabli, weszłam po kostki i natychmiast się wycofałam, no ale nie można mieć wszystkiego... ;)

DZIEŃ 1. MASPALOMAS / DROGA GC-200 / AGAETE

Nie liczę tu dnia przylotu, kiedy to wieczorem zdążyliśmy się tylko przespacerować po plaży i zjeść kolację - dniem pierwszym niech będzie więc ten, kiedy zaczęliśmy zwiedzanie w pełni ;). Południowo-zachodnia część Gran Canarii zapowiadała się całkiem dobrze pogodowo tego dnia, więc to tutaj zaczęliśmy zwiedzanie. Najpierw jednak wstaliśmy na wschód słońca, który trochę przykryły nisko wiszące chmury, i poranny spacer po słynnych wydmach Maspalomas - z samego rana byliśmy tu niemal sami. Po śniadaniu zaś wyruszyliśmy trasą GC-200, wijącą się licznymi serpentynami wśród górzystych, zielonych krajobrazów drogą łączącą południe wyspy z Agaete. To taka trasa, gdzie chce się zatrzymywać niemal na każdym zakręcie, takie są tu widoki, a najpopularniejszy punkt to kolorowe skały zwane Los Azulejos de Veneguera. Zatrzymaliśmy się też przy pięknym punkcie widokowym Mirador del Balcón (wspaniałe klify i masakryczny wiatr...), a potem przy coraz ciemniejszym niebie i kropiącym czasem deszczu dotarliśmy do Puerto de las Nieves, portowej części Agaete. Ze względu na dość nieprzyjemną pogodę ograniczyliśmy się tylko do portu, choć podobno samo miasteczko i pobliska dolina też są warte uwagi. My jednak szybko zebraliśmy się z powrotem do Maspalomas - trzeba było się trochę wygrzać po takim dniu ;).

DZIEŃ 2. BARRANCO DE GUAYADEQUE /AGÜIMES / BARRANCO DE LAS VACAS

Znów nie mogliśmy odbijać za daleko na północ, bo już gdy dojeżdżaliśmy do Agüimes - oddalonego od Maspalomas o zaledwie 30 km - horyzont pokrywały ciemne chmury. Tutaj jednak prognozy zapowiadały przejaśnienia i nie to, że jakoś wybitnie wierzę prognozom pogody, ale chyba lepiej jechać tam, gdzie mają być przejaśnienia niż tam, gdzie zapowiadają deszcz i więcej deszczu, a tak było na większości Gran Canarii. Zaczęliśmy od położonego na obrzeżach miasteczka wąwozu Guayadeque z bujną roślinnością i domami w jaskiniach. Nie połaziliśmy tu tak długo, jak planowałam, bo pogoda się naprawdę niemiło załamała, ale co nieco udało się zobaczyć. Podjechaliśmy potem do samego Agüimes - zajrzeliśmy do muzeum w informacji turystycznej, kościoła św. Sebastiana, lokalnej kawiarni (bo przy wietrze i braku słońca naprawdę potrzebowałam już czegoś ciepłego do picia) i pospacerowaliśmy po zabytkowej starówce. Jako że wiatr zaczął spychać chmury trochę na północ, podskoczyliśmy jeszcze do innego pobliskiego wąwozu - Barranco de las Vacas to popularna instagramowa miejscówka, więc i my chcieliśmy tu zawitać. Wąwóz faktycznie jest ładny i ciekawy, ale też mega króciutki, przez co robi się w nim tłoczno - no i nie spędzi się tu dużo czasu. Mimo że było jeszcze wcześnie, postanowiliśmy wrócić do Maspalomas i zareklamować samochód, co trochę trwało. A resztę dnia spędziliśmy już na luzie z drinkami i tapasami... ;)

DZIEŃ 3. REJS Z PUERTO RICO / PUERTO DE MOGAN

To miał być ostatni dzień, gdy ładna pogoda ograniczała się tylko do południa wyspy, postawiliśmy więc na atrakcję, która od początku chodziła nam po głowie - rejs w poszukiwaniu delfinów (i wielorybów, ale na to nie liczyliśmy). Z rana podjechaliśmy do Puerto Rico, skąd miał wypływać statek i już na start zaskoczyło nas jedno: gdzieś na tej wyspie nie ma wiatru! Chyba po raz pierwszy na Gran Canarii poczułam, że jest mi faktycznie bardzo ciepło w słońcu, co oczywiście potrwało tylko chwilę i na łódce natychmiast nałożyłam bluzę ;). Na rejsie mieliśmy sporo szczęścia, bo bardzo szybko udało się wypatrzeć delfiny, było ich naprawdę dużo i do tego bez strachu podpływały blisko statku, płynęły równo z nim czy nurkowały pod spodem... Nie spodziewałam się, ile radości mogło mi sprawić ich oglądanie :). Po zakończonym rejsie podjechaliśmy do chyba najpiękniejszego miasteczka na południowym wybrzeżu Gran Canarii, czyli Puerto de Mogán. Był spacer pośród pięknie okwieconych uliczek, łapanie słońca na plaży - M. nawet poszedł się kąpać w oceanie, były tapasy na wybrzeżu... I może gdyby tak wyglądała większa część naszego pobytu na Kanarach, to wróciłabym stamtąd trochę opalona, ale trudno się opalać, gdy większość czasu chowa się przed wiatrem w bluzie z kapturem, a czasem i kurtce ;).

DZIEŃ 4. LAS PALMAS / TEROR / CALDERA DE BANDAMA

W końcu słońce miało dotrzeć i do stolicy wyspy, więc kierunek na ten dzień mógł być tylko jeden: Las Palmas de Gran Canaria! Po drodze chcieliśmy zajrzeć jeszcze na krater Bandama, ale ledwo zjechaliśmy z drogi wzdłuż wybrzeża, na szybę zaczęły spadać pierwsze krople deszczu... Cofnęliśmy się więc i skierowaliśmy bezpośrednio do Las Palmas - to wyglądało aż śmiesznie, że słońce świeciło na wąski pasek lądu przy wybrzeżu, a dalej w głąb wyspy całe niebo tonęło w ciemnych chmurach. Trochę się martwiliśmy, że nawieje je nad stolicę, ale na szczęście wiatr wiał w dobrą stronę ;). W Las Palmas pospacerowaliśmy po zabytkowej dzielnicy Vegueta, zajrzeliśmy do paru kościołów, zjedliśmy lunch i uznaliśmy, że fajnie, ale bez szału - można ruszać w dalszą drogę ;). Najpierw do słynącego z kolonialnej zabudowy miasteczka Teror, na które nie potrzebowaliśmy dużo czasu, a potem kolejne podejście do krateru... Tym razem zdążyło się już trochę wypogodzić, więc najpierw wjechaliśmy na szczyt pobliskiego wzgórza, by zajrzeć do krateru z góry, a potem wybraliśmy się na 3,5-kilometrowy spacer dookoła Bandamy - momentami było dość stromo i nieprzyjemnie, ale przeżyłam ;).

DZIEŃ 5. ARUCAS / FIRGAS / CENOBIO DE VALERÓN

To był dzień spontanicznych zmian planów ;). Nareszcie w miarę ładna pogoda miała być też w sercu wyspy i to właśnie tam planowaliśmy się skierować, ale doczytaliśmy, że destylarnia rumu w Arucas - miasteczko zaplanowane na kolejny dzień, sobotę - jest nieczynna w weekendy. Więc jeśli chcemy tam zajrzeć, to tylko dzisiaj. Zamiast planu góry i miasteczka w centrum Gran Canarii powstał nowy plan: góry i Arucas, a raczej Arucas i góry, bo to od tego miasta postanowiliśmy zacząć. Najpierw zwiedzanie zabytkowego centrum, potem wizyta w monumentalnym kościele św. Jana Chrzciciela, a na koniec wspomniana już destylarnia Arehucas. W międzyczasie doczytywałam trochę o kolejnych planach i nagle odkryłam, że na Roque Nublo nie wejdziemy ot tak - od ubiegłego roku wpuszcza się tam ograniczoną liczbę osób i trzeba zarezerwować wejściówkę. Na ten dzień ich już nie było, ale zarezerwowałam na kolejny, uznając, że góry zostawimy na sobotę, a dzisiaj skupimy się już całkowicie na północnej części Gran Canarii. Z Arucas pojechaliśmy do Firgas, następnego uroczego i pięknie położonego miasteczka, gdzie ciągnęły mnie głównie schody przedstawiające poszczególne Wyspy Kanaryjskie oraz miasteczka Gran Canarii. Ostatnim punktem podczas tej wycieczki były jaskinie Cenobio de Valerón, które kiedyś stanowiły spichlerze dla rdzennej ludności wyspy. Jakby nam mało było pięknych widoków po drodze, zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę nad oceanem przy Los Charcones - chcieliśmy zobaczyć baseny, a naszą uwagę przyciągnęły dziesiątki łażących po skałach krabów... :)

DZIEŃ 6. FATAGA / PICO DE LAS NIEVES / TEJEDA / ROQUE NUBLO

I wreszcie ruszyliśmy w głąb wyspy! Niestety, widoczność nie była najlepsza, ale i tak zachwycałam się widokami po drodze, bo znów ruszyliśmy trasą wśród gór i wąwozów. Pierwszy przystanek urządziliśmy sobie w niewielkiej, ale pięknie położonej wiosce Fataga, gdzie właściwie nie chce się wyłączać aparatu :). Potem podjechaliśmy na Pico de las Nieves - na najwyższy szczyt Gran Canarii da się wjechać samochodem i wszyscy polecają to zrobić, bo widoki są podobno nieziemskie. Może to kwestia słabej widoczności tego dnia, ale uznaliśmy, że no spoko, jest ładnie, ale nie żeby jakieś wow - mi się najbardziej tu podobały latające wokół kanarki :). Kolejny punkt tego dnia to jeszcze jedno pięknie położone w górach miasteczko - Tejeda, która zachwyciła mnie chyba jeszcze bardziej niż Fataga. Niestety, trzeba było się zmyć stamtąd trochę wcześniej, niż bym tego chciała, bo mieliśmy zarezerwowaną wejściówkę na Roque Nublo, a ta jest ważna tylko o określonej porze. Na szlaku prowadzącym do tych charakterystycznych skał zakończyliśmy ten dzień, zgodnie uznając, że przyrodniczo Gran Canaria jest niesamowitym miejscem.

DZIEŃ 7. SALINAS DE TENEFE / TELDE / CUARTO PUERTAS

No i przyszedł czas, by zakończyć naszą pogodę z Gran Canarią... Oj, bardzo się nie chciało stąd wylatywać ;). Na szczęście lot mieliśmy dopiero ok. 17, samochód trzeba było zdać o 15, więc wciąż mieliśmy jeszcze trochę czasu na zwiedzanie. Ostatni poranny spacer wzdłuż Playa del Inglés skróciliśmy, bo wiało tak niemiłosiernie, że wszędzie mieliśmy piasek. A jakby tego silnego wiatru było mało, to na pierwszy przystanek wybraliśmy sobie wioskę Pozo Izquierdo słynącą... no właśnie, z silnych wiatrów i idealnych warunków do windsurfingu ;). My tu jednak zawitaliśmy, żeby zobaczyć kolorowe saliny - ot, ciekawostka, choć jedynie na krótki spacer. Tego dnia skupialiśmy się już tylko na atrakcjach w pobliżu lotniska, by daleko nie jeździć, więc następnie skierowaliśmy się do Telde, jednego z najstarszych miast Gran Canarii. Zabytkowe dzielnice San Juan i San Francisco naprawdę mnie zauroczyły, ale zobaczyliśmy, co chcieliśmy, a wciąż było trochę czasu i niezbyt mi się chciało jechać za wcześnie na lotnisko. Zeskanowałam więc kod QR z mapy Telde, a tam wyświetliły mi się pobliskie stanowiska archeologiczne... Szybki rzut oka na mapę i stwierdziłam, że możemy jeszcze zahaczyć o Cuarto Puertas - Cztery Drzwi - kompleks jaskiń po drodze (w miarę ;) ) na lotnisko. Miejsce to okazało się znacznie ciekawsze, niż się tego spodziewałam po zdjęciach, i stanowiło świetne pożegnanie z Gran Canarią.

Od początku wiedzieliśmy, że chcemy ten wyjazd ogarnąć na luzie. Nie było czasu na szczegółowe planowanie, jedynie pozaznaczałam sobie zawczasu na mapce parę miejscówek polecanych na różnych blogach i na bieżąco uzupełniałam je, przeglądając Google Maps... albo po prostu zatrzymując się, gdy coś fajnego wpadło w oko po drodze. Zatem dałoby się na Gran Canarii w tydzień zobaczyć dużo więcej, ale ja nie odczuwałam takiej potrzeby - zobaczyliśmy wszystko, co mnie ciekawiło, w miarę wypoczęłam, popróbowałam dużo różnego jedzenia i napojów (będą później polecajki knajp z Maspalomas, bo to tam głównie testowaliśmy miejscówki). Podsumowania wydatków nie robię, bo nie ma to sensu - ten wyjazd w żaden sposób nie odzwierciedlał przykładowych kosztów, bo bukowane z niewielkim wyprzedzeniem loty i hotel były droższe niż zazwyczaj, a że to była nasza podróż poślubna, to naprawdę zaszaleliśmy z knajpkami. Myślę jednak, że przy regularnym planowaniu Gran Canarię da się zwiedzić w naprawdę rozsądnej cenie, co też było dla mnie pozytywnym zaskoczeniem, bo ceny na miejscu naprawdę nie były wystrzelone w kosmos. Mówię tu naturalnie o marcu, bo w sezonie to pewnie inna bajka. My już stwierdziliśmy, że na Kanary na pewno zechcemy wrócić - jakby nie patrzeć trochę wysp nam jeszcze zostało, więc może to być akurat pomysł na kolejne wiosny i rocznice ślubu... ;)

Prześlij komentarz

0 Komentarze