Jeszcze pod koniec ubiegłego roku wypatrzyłam przystępne cenowo bilety na Wielkanoc od Air Serbia. Zdecydowałam się niemal bez wahania, bo w Serbii dotąd nie byłam, a nasza Wielkanoc to u nich zwykły weekend, bo świętują tydzień później. Ja zaś zdecydowanie wolę się w tym okresie wybrać tam, gdzie akurat nie ma świąt i można na spokojnie pozwiedzać. Loty były dopasowane idealnie, by nie musieć brać urlopu: piątek wieczór - poniedziałek wieczór. Linie Air Serbia nie przypadły nam szczególnie do gustu, zwłaszcza że już na start zaserwowały nam ponadgodzinne opóźnienie, więc do Belgradu dolecieliśmy bardzo późnym wieczorem. Na tyle późno, że nie planowaliśmy nawet rozglądać się za transportem publicznym, tylko od razu postawiliśmy na taksówkę mimo dość dużej różnicy w cenie. Wiedzieliśmy, że na belgradzkim lotnisku trzeba omijać nachalnych kierowców oferujących kurs do miasta, ale należy najpierw podejść do automatu, gdzie wpisuje się adres docelowy, a maszyna drukuje kupon z tym adresem i ustaloną odgórnie ceną. Następnie podchodzi się do kolejki taksówek, gdzie pan wskazuje samochód, do którego mamy wsiąść. Tu jednak na start pojawił się problem - ustalona cena 3500 dinarów (126,60 zł) obowiązuje jedynie przy płatności gotówką. Niektóre samochody, owszem, mają terminale, ale za płatność kartą naliczają sobie dodatkowe 500 dinarów (18,10 zł). Chcieliśmy uniknąć wypłacania pieniędzy na lotnisku, ale nie mieliśmy wyjścia, a opłata bankomatowa wyniosła tyle samo: 500 dinarów. Gotówka poza tym przydała nam się tylko jeden raz: w jednej z restauracji nie można było dać napiwku kartą, więc mogliśmy zostawić jakieś banknoty. Poza tym za wszystko wszędzie płaciliśmy Revolutem i tylko z taksówką na początku był ten zgrzyt.
Nocleg mieliśmy w samym centrum, obok słynnego Placu Republiki. Stamtąd niemal wszędzie mogliśmy dostać się piechotą, a to jednak mocno ułatwia zwiedzanie. Nawet w takim mieście jak Belgrad, gdzie transport publiczny jest całkowicie darmowy - włącznie z większością autobusów lotniskowych (poza minibusem A1), więc mieliśmy tu zdecydowaną różnicę w cenie między nocną taksówką a autobusem miejskim... ;) Inna bajka, że autobus 72, którym w poniedziałek jechaliśmy na lotnisko, ma po drodze z milion przystanków i jedzie się dobrą godzinę (taksówką to było ledwo 20 minut) w kompletnym ścisku i braku klimatyzacji, więc za darmo to uczciwa cena za takie warunki :P. Wróćmy jednak do wspomnianego Placu Republiki, jednego z centralnych punktów w Belgradzie. W centrum placu stoi pomnik księcia Michała Obrenowicia, a wśród najważniejszych otaczających plac budynków znajduje się Muzeum Narodowe i Teatr Narodowy. Tuż obok zaczyna się też słynna ulica Księcia Michała (Kneza Mihaila), klimatyczny deptak i ulica handlowa w jednym. Dojdziemy nią aż do twierdzy belgradzkiej, mijając po drodze liczne stoiska z popcornem (który w Serbii sprzedają niemal na każdym rogu) oraz pamiątkami - magnesy w Belgradzie kosztowały 250 dinarów (9 zł), ale przyjmowali też euro, co się trochę bardziej opłacało, bo wtedy płaciło się tylko 2 € ;).
Zatem ulicą Księcia Michała dotarliśmy do Kalemegdanu, na którego terenie mieści się potężna twierdza belgradzka. Z punktu widzenia Dunaju forteca położona jest na wzgórzu, więc rozciąga się stąd piękny widok na rzekę oraz jej wybrzeże (a właściwie rzeki, bo to tutaj Sawa wpada do Dunaju), jednak idąc od centrum miasta, byliśmy na plus minus tym samym poziomie i nie musieliśmy się wspinać do góry :). Kalemegdan to najstarsza część Belgradu, jeszcze w III w. p.n.e. rozwinęła się tu celtycka osada Singidunum. Z tamtej epoki do zwiedzania nic już nie zostało, ale wciąż zachowały się pozostałości starożytnych umocnień z czasów rzymskich. Belgrad wielokrotnie zmieniał przynależność państwową, a twierdzę rozbudowywano i odbudowywano po zniszczeniach. Choć są tu pozostałości z różnych epok, większość tego, co można zobaczyć, to efekt prac austriackich z XVII i XVIII wieku.
Jednak co najlepsze, to fakt, że wstęp na teren twierdzy belgradzkiej jest darmowy! Z czego w piękny, wiosenny dzień skorzystało też mnóstwo miejscowych, którzy spokojnie spacerowali po rozległych terenach zamkowych. Są tu też dodatkowo płatne atrakcje - dzieciom na pewno rzuci się w oczy położony niedaleko wejścia park dinozaurów, ale za dodatkową opłatą (zazwyczaj ok. 150-200 dinarów, czyli 5,40-7,20 zł) można też np. wejść na wieżę czy zajrzeć do dawnej, rzymskiej studni. Oddzielną atrakcją jest znajdujące się w samym budynku cytadeli Muzeum Wojny, z wstępem za 350 dinarów (12,60 zł). My sobie te atrakcje odpuściliśmy, bo choć bilety nie były drogie, to uznaliśmy, że wystarczy nam to, co można zobaczyć w ramach zwykłego spaceru po terenie fortecy. Zwłaszcza, że Muzeum Wojny wiele swoich obiektów w stylu pojazdów wojskowych i tak trzyma na dworze, gdzie każdy może je zobaczyć.
Jak wiadomo, jestem fanką architektury sakralnej, więc spodobało mi się, że na terenie twierdzy znajdziemy i cerkwie, do których wstęp jest bezpłatny. Ciekawostką jest tu niewątpliwie cerkiew Ružica, będąca pierwotnie prochownią w fortecy. W drugiej połowie XIX wieku budynek przerobiono na świątynię, która jednak nie przetrwała I wojny światowej. W okresie międzywojennym rozpoczęto odbudowę, a zdobienia wnętrza skończono już po II wojnie. Warto tu zajrzeć głównie dla ładnie pomalowanego sklepienia. Pamiątką po wojskowej przeszłości tego miejsca są rzeźby strzegące wejścia do cerkwi, przedstawiające serbskich wojowników.
Wystarczy zejść po schodach w dół od cerkwi, a znajdziemy się przy kolejnej budowli sakralnej - kaplicy św. Petki. Zbudowana w okresie międzywojennym w miejscu starszej kaplicy, pierwotnie również miała wnętrze pokryte malowidłami. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zostały one jednak zastąpione mozaikami autorstwa Duro Radulovicia. Jest to więc fajna kombinacja dwóch pięknie zdobionych wewnątrz świątyń, jedna z freskami, druga z mozaikami. Niestety, kaplicy ciężko było się dobrze przyjrzeć, bo w środku był tłum, a do wejścia ustawiła się spora kolejka ludzi, którzy w rządku podchodzili do popa. Nie wiem, co się tu działo, ale jakby nie patrzeć, dla Serbów był to dzień przed Niedzielą Palmową (o tym później) i ruch w cerkwiach był zaskakująco duży.
Gdy skończyliśmy spacer po Kalemegdanie, odbiliśmy do położonej niedaleko świątyni, która w przeciwieństwie do cerkwi świeciła pustkami. Mowa tu o meczecie Bajrakli z XVI wieku - jedynym pozostałym do dziś po latach panowania tutaj Imperium Osmańskiego (jeśli wierzyć Wikipedii, w Belgradzie było kiedyś ponad 200 meczetów). Do środka można swobodnie zajrzeć (wiadomo, zdjąć buty, zakryć włosy, standard), choć wnętrze jest tu proste. Zresztą meczet był w czasach austriackich zamieniony w kościół, potem znów pełnił swoją funkcję, zaś na początku XXI wieku podłożono tu ogień (jako odwet za niszczenie cerkwi w Kosowie) i budynek wymagał kolejnego remontu. Wciąż jest to jedna z najbardziej zabytkowych świątyń w serbskiej stolicy i warto tu podejść na chwilę, bo w środku nie spędzi się jednak dużo czasu.
Następnie postanowiliśmy pozwiedzać inną część centrum Belgradu, na południowy wschód od Placu Republiki, czyli w kierunku kompletnie przeciwnym niż wzgórze z twierdzą. Minęliśmy elegancki budynek Parlamentu Republiki Serbii oraz pochodzący z okresu międzywojennego potężny gmach poczty głównej. Teraz, jak o tym myślę, to nawet nie rozejrzałam się za pocztówkami w Belgradzie... Dobrze, że chociaż magnes kupiłam ;). Podeszliśmy też pod Muzeum Nikoli Tesli, najpopularniejsze muzeum w serbskiej stolicy. Nie było moim must-see, bo czytałam o nim dość skrajne opinie, wszyscy byli jednak zgodni w tym, że wystawa jest niewielka. Popularność jednak zrobiła swoje i do wejścia ustawiają się spore kolejki, podobno normą jest tu czekanie ponad godzinę na wejście. Przyszliśmy tu z założeniem, że jeśli nie trzeba długo czekać, to wchodzimy, ale jeśli jest spora kolejka, to odpuszczamy. Odpuściliśmy ;).
Można było za to zwiedzać więcej cerkwi! Jaki M. musiał być ze mną szczęśliwy... ;) Tuż za budynkiem poczty głównej wznosi się cerkiew św. Marka, przed którą i w której kręciło się mnóstwo ludzi. Zaskoczyło mnie to, bo o ile w Niedzielę Palmową spodziewałabym się sporego ruchu w przybytkach religijnych, to przecież była sobota. Lesson learnt, w kulturze prawosławnej jest to Sobota Łazarza i to od niej zaczyna się tydzień wielkanocny. Okolice cerkwi wyglądają, jakby odbywał się tam jakiś odpust, a sprzedawane są głównie dzwonki, które dzieciaki noszą na szyi, oraz wianki i gałązki, choć raczej wierzbowe niż palmowe. Zwiedzać w spokoju się więc nie dało, ale na szczęście nie było żadnego nabożeństwa, to zajrzeliśmy i do wnętrza cerkwi. Świątynię zbudowano w latach trzydziestych XX wieku w miejscu wcześniejszej, drewnianej, która przestała wystarczać potrzebom rozrastającej się wspólnoty. Ikonostas jest prosty i dość nowy, bo pochodzi zaledwie z lat dziewięćdziesiątych. Największym skarbem cerkwi jest sarkofag średniowiecznego króla Stefana Uroša IV Dušana.
Cerkiew św. Marka nie wywarła na nas szczególnego wrażenia, ale też nie na zwiedzeniu jej zależało nam (no dobra, mi) najbardziej. Cerkiew św. Sawy jest największą w Serbii i jedną z największych w Europie, choć historycznie to całkiem nowy budynek. Fakt, że jego budowę rozpoczęto w połowie lat trzydziestych, ale szybko ją przerwano - ani podczas wojny, ani za czasów komunistycznych wznoszenie ogromnej świątyni nie należało do priorytetów. Zmiany polityczne w latach osiemdziesiątych pozwoliły na kontynuację budowy, wstrzymanej znów pod koniec lat dziewięćdziesiątych przez bombardowania NATO. Dziś cerkiew jest już ukończona (choć gdzieś czytałam, że w środku jeszcze wciąż coś robią), odbywają się regularne nabożeństwa, no i można ją zwiedzać. W Sobotę Łazarza przed świątynią też był istny jarmark, a w środku trwały przygotowania do jakichś uroczystości i ludzi było od groma, ale udało się obejść cerkiew i przyjrzeć zrobionym z rozmachem mozaikom.
Obok cerkwi znajduje się druga, znacznie mniejsza świątynia, do której też warto zajrzeć, skoro już i tak tu przyszliśmy. Nosi ona bardzo oryginalną nazwę małej cerkwi św. Sawy ;). I znów, jak to miało też miejsce w przypadku Kalemegdanu, jedna świątynia była zdobiona mozaikami, a druga - malowidłami. Cerkiew zbudowano w okresie międzywojennym, nie przetrwała jednak II wojny światowej. Jako że nie wymagała jednak takich nakładów jak sąsiednia, ogromna świątynia, mała cerkiew została odbudowana po wojnie, za freski odpowiadali radzieccy malarze, zaś sam ikonostas pochodzi z lat trzydziestych i najwidoczniej przetrwał burzliwe następne lata. Cóż, historia nie obeszła się z Belgradem łagodnie i najbardziej znane świątynie w mieście nie są szczególnie zabytkowe, ale myślę, że i tak ciekawie było do nich zajrzeć.
A skoro już mowa o wojnach i bombardowaniach NATO... Miejscem, które najbardziej rzuca się tu w oczy jest budynek A Ministerstwa Obrony, który w 1999 roku uległ potężnym zniszczeniom. Części budynków ministerstwa postanowiono nie wyburzać ani nie naprawiać, ale pozostawić te ruiny zabezpieczone jako świadectwo tamtych wydarzeń. W okolicy kręcą się żołnierze i rozstawiono tabliczki o zakazie fotografowania, z drugiej strony zdjęcia tutaj robią chyba wszyscy, a żołnierze to ignorują... Więc chyba dopóki się fotografuje ruiny a nie współczesne budynki, to nie ma problemu ;). Stąd ruszyliśmy z powrotem do centrum, uznając, że te kilkanaście kilometrów, które przeszliśmy, powinno wystarczyć na jeden dzień. Po drodze zerknęliśmy jeszcze na słynny hotel Moskwa, jeden z najstarszych, funkcjonujących do dziś hoteli w Belgradzie.
A gdzie najlepiej zakończyć dzień w Belgradzie? Takim must-visit miejscem na mapie serbskiej stolicy jest zdecydowanie Skadarlija, czyli ulica Skadarska. To krótka, brukowana uliczka, położona niedaleko od Placu Republiki - wręcz pasuje do niej określenie hipsterska ;). Była to artystyczna okolica już na przełomie XIX i XX wieku, dziś jest to zagłębie kawiarni i tradycyjnych restauracji, gdzie jedzeniu i piciu towarzyszy muzyka na żywo. My podeszliśmy tu na tyle wcześnie, że nie było jeszcze dużych tłumów, choć co niektóre popularne restauracje były już pełne. Zamiast się skusić na jedną z tutejszych knajpek, postawiliśmy jednak na bar przy sąsiedniej uliczce - Noble Roots Cocktail Bar oferował drinki inspirowane bałkańskimi legendami i okazał się prawdziwym strzałem w dziesiątkę :).
Nasz weekend w Belgradzie był nie tak dosłownie weekendowy, bo niedzielę spędziliśmy w Wojwodinie na północy kraju, a serbskiej stolicy poświęciliśmy znów dopiero poniedziałek. A przynajmniej jego znaczną część, bo późnym popołudniem przyszło nam się zbierać na lotnisko. Poniedziałki, jak wiadomo, mają ten urok, że raczej odpada wtedy zwiedzanie muzeów. Nas to jednak nie ruszyło, bo mieliśmy na ten dzień inny plan. Była to dzielnica Zemun, położona w północno-zachodniej części Belgradu, aż do XX wieku stanowiąca oddzielne miasteczko. Tutaj naprawdę można się poczuć jak w małym, zabytkowym mieście i jest to ciekawa odskocznia od tego turystycznego i tętniącego życiem Belgradu. Zajrzeliśmy do pochodzącej z połowy XVIII wieku cerkwi św. Ojca Mikołaja - najstarszej w Zemunie, a jeśli wierzyć i Wikipedii, to podobno i w całej stolicy. Najbardziej rzuca się tu w oczy piękny barokowy ikonostas z 1761 roku, ale generalnie budowla miała inny wystrój niż te odwiedzone w centrum miasta i spodobała mi się najbardziej :).
Centralny punkt Zemunu to wzgórze Gardoš, na którym na przełomie XIV i XV wieku powstała twierdza o tej samej nazwie. Jej pozostałości wciąż znajdziemy na szczycie wzgórza, z którego rozciąga się ładny widok zarówno na dzielnicę, jak i przepływający obok Dunaj. Nad wszystkim góruje wieża Gardoš, zwana też Wieżą Milenijną, bo ukończono ją w 1896 roku z okazji tysiąclecia powstania państwa węgierskiego. Nawet jeśli Węgry (i Belgrad) były wtedy częścią państwa Habsburgów... ;) Za wieżą ciągnie się cmentarz zemuński z zamkniętą podczas naszej wizyty cerkwią św. Dymitra - skoro już tu byliśmy, pospacerowaliśmy i po cmentarzu, ale nie jest on jakoś szczególnie ciekawy czy zabytkowy.
Naszą przygodę z Belgradem zakończyliśmy długim spacerem promenadą wzdłuż Dunaju - bliżej wzgórza Gardoš było trochę knajpek i kawiarni tuż nad samą rzeką, dalej na południe było już więcej zieleni... i całe mnóstwo łabędzi :). Cieszę się, że odwiedziliśmy Belgrad, bo w Serbii mnie jeszcze nie było, ale po tym, co widziałam, Serbia spodobała mi się najmniej na Bałkanach. Belgrad może Podgoricy nie przebije, jeśli chodzi o najnudniejszą stolicę, ale zgodnie stwierdziliśmy, że szału nie ma, wracać tu nie musimy. Jedzenie świetne, wiadomo, ale to akurat bałkańska norma ;). Cenowo, no, może poza tą taksówką z lotniska, też było bardzo fajnie, no i wyjątkowo dopisała nam pogoda. Ale Belgrad nie wciągnął mnie swoją atmosferą, nie zachwycił zabytkami - raz mi wystarczył :).







0 Komentarze