Maspalomas - jedno z najpopularniejszych turystycznych miasteczek na południu Gran Canarii - było miejscem, które wybraliśmy na swoją bazę noclegowo-wypadową. Jako że wyjazd planowaliśmy z krótkim wyprzedzeniem i mogliśmy już patrzeć na prognozy pogody, wiedzieliśmy, że chcemy się zatrzymać na południu wyspy. A że planowaliśmy spędzać wieczory, spacerując nad oceanem i testując różne knajpki, musieliśmy wybrać resort na tyle popularny, by mieć jakiś wybór restauracji i barów ;). Rozważaliśmy trzy miejsca: Puerto de Mogán, Puerto Rico i właśnie Maspalomas. Wybraliśmy to ostatnie głównie ze względu na ceny noclegów (nie za bardzo już było w czym wybierać...), ale też mniejszą odległość od lotniska i stolicy, bo w tym kierunku wiele razy zdarzało nam się wyruszać.
O Maspalomas zahaczy każdy zwiedzający Gran Canarię, bo to właśnie tu znajdują się wydmy będące jedną z największych atrakcji naturalnych wyspy. Teren o powierzchni ok. 400 ha ciągnie się od położonej tuż przy miasteczku plaży (Playa del Inglés) po latarnię morską (Faro de Maspalomas) i od 1987 roku jest to obszar chroniony. Wydmy to jak kawałek pustyni wciśnięty pomiędzy oceanem i miasteczkiem, jednak na tyle duży, że można zapomnieć o bliskości obu :). Fragmenty rezerwatu są ogrodzone, by pozwolić przyrodzie się zregenerować, ale po zdecydowanej większości tego terenu można swobodnie spacerować. Warto tu przyjść z samego rana, gdy nie ma jeszcze ludzi, a na piasku zobaczymy jedynie wzory wyrysowane przez wiatr w ciągu nocy - zresztą obserwowanie piasku przesuwanego przez wiatr to była naprawdę fajna rzecz. A w Maspalomas jest wietrznie, czasem nawet bardzo, więc po spacerze po wydmach piasek będzie się miało wszędzie ;).
Wydmy przechodzą płynnie w plażę, jedną z najpopularniejszych na Gran Canarii, wspomnianą już Playa del Inglés. Zresztą cały położony tutaj kurort przyjął tę nazwę, więc jeśli znajdziecie hotel w Playa del Inglés niekoniecznie będzie on tuż przy samej plaży, choć odległość nie powinna być duża ;). Warto też wspomnieć, że linia brzegowa Gran Canarii zakręca tutaj w taki fajny sposób, że chociaż jesteśmy na południu wyspy, to możemy oglądać wschód słońca nad oceanem... Założywszy, oczywiście, że pogoda pozwoli. My na wschód słońca wstaliśmy dwa razy i za każdym z nich nad oceanem unosiły się ciemne chmury - słońce zobaczyliśmy dopiero, jak było już wysoko na niebie. I, jak widać, tutaj też z rana tłumów nie było ;). Za to za dnia to co innego, nawet trochę ludzi w oceanie się kąpało, choć dla mnie temperatura wody w marcu była zdecydowanie nieakceptowalna...
Wzdłuż wydm i plaży biegnie górą też promenada (Paseo Marítimo) - idealne miejsce do spacerów, gdy już mamy dość piachu unoszącego się wokół nas wraz z wiatrem ;). Rozpościerają się stąd fajne widoki na wydmy i plażę oraz dalszą okolicę, w oddali widać nawet podchodzące do lądowania samoloty. Moja uwielbiająca koty dusza cieszyła się też podczas każdego spaceru promenadą, bo wygrzewających się w słońcu futrzaków tu nie brakuje - a przyzwyczajone do turystów, zazwyczaj dają się pogłaskać ;). Gdy dojdzie się do placu z wielkimi literami MASPALOMAS (z którego - tak jakoś wyszło - akurat nie mam żadnego zdjęcia), można się zagłębić w świat restauracji i barów, których jest tu naprawdę bez liku.
I chyba przyszedł czas, bym się z wami podzieliła paroma gastro-polecajkami z Maspalomas ;). Bo choć większość pobytu spędziliśmy, kursując po wyspie, to jednak na wieczór zawsze wracaliśmy tutaj na obiado-kolacje. Pierwszego dnia poszliśmy jeszcze na śniadanie na miasto, ale szybko zorientowaliśmy się, że jeśli chcemy jadać w knajpkach 2-3 razy dziennie, to ten wyjazd wyjdzie troszeczkę za drogo... ;) W efekcie przetestowaliśmy tylko dwie restauracje ze śniadaniami, w pozostałe dni jadając w pokoju:
- Calma café przy centrum handlowym Cita - przyjemne miejsce ze śniadaniami głównie w formie kanapek i wrapów. Ładnie podane, smaczne, choć bez takiego wow, że chciałoby się wracać ;). Warto uwzględnić, że miejsce to jest nieczynne we wtorki.
- Cafe Sonnenland na obrzeżach Maspalomas, więc trzeba tu specjalnie podjechać - dla nas było idealnie po drodze na północ. To mała miejscówka, tylko kilka stolików i jeden pan wszystko ogarniający, więc chwilę przyszło nam czekać. Mają tu bardzo dobre smoothie i soki, choć kanapka z jajkiem po benedyktyńsku mnie nie powaliła.
Co do śniadań, mieliśmy jeszcze na oku miejscówkę Casa KAti, która ma najlepsze oceny, ale są zamknięci w piątki i soboty, a my chcieliśmy tam zajrzeć akurat w któryś z tych dni, już na koniec pobytu...
![]() |
| [ Calma Salmon, czyli kanapka z łososiem, jajecznicą i warzywami w Calma Cafe - za 13 € ] |
![]() |
| [ Jajka po benedyktyńsku z łososiem i szpinakiem w Cafe Sonnenland - za 12,90 € ] |
Do wspomnianej części restauracyjnej przy plaży del Inglés zajrzeliśmy tylko raz, bo choć parę miejsc wyglądało ciekawie, to jednak te knajpki zazwyczaj nie miały najwyższych ocen, ot, turystyczne pułapki przy plaży. Przyszliśmy tu więc raz, do miejscówki, która miała zaskakująco dobre oceny - do baru Tipsy Hammock. I kurczę, gdy większość mijanych knajp późnym popołudniem była jeszcze dość pusta, tutaj załapaliśmy się na przedostatni wolny stolik, a miejsc mieli naprawdę sporo. Jak to bar, miejscówka ta słynie przede wszystkim z własnych koktajli (jeśli lubicie orzechowe klimaty, bardzo polecam tutaj Tasty Nuts), a jedzenie jest... no, barowe. Ale pizzę i hamburgery mają naprawdę spoko :). Jednak trzeba tu wziąć poprawkę na lokalizację, bo przy plaży jest najzwyczajniej w świecie drożej niż w innych częściach Maspalomas i to też jeden z powodów, dla których raczej jadaliśmy gdzie indziej. Na pizzę - tym razem już w prawdziwych włoskich klimatach - wybraliśmy się też do Il Sapore di Napoli. Fakt, trafiła się nam nieogarnięta kelnerka, która najpierw przyniosła nam cudzą pizzę, z kompletnie innymi składnikami i próbowała się kłócić, że to ta inna pizza tak wygląda... Ale poza tym jedzenie dobre, tiramisu na deser oraz włoskie wina też fajne, ceny przystępne - warto tu zajrzeć, jak najdzie ochota na inną kuchnię niż hiszpańska.
![]() |
| [ Pizza Burrata Star w Tipsy Hammock - za 16,80 € ] |
![]() |
| [ Tiramisu i ciastko czekoladowe w Il Sapore di Napoli - po 5 €. Pizzę zjedliśmy, zanim pomyślałam o zrobieniu zdjęcia ;) ] |
No ale nie po to człowiek leci do Hiszpanii, by jeść pizzę i hamburgery, prawda? ;) No to czas na tapas, w końcu to jest to, co w kuchni hiszpańskiej lubimy najbardziej, a restauracji serwujących tapasy w Maspalomas na szczęście nie brakuje. Na pierwszy ogień poszła niewielka knajpka Olive w centrum handlowym Jumbo. Jedzenie bardzo dobre, ceny trochę turystyczne, choć mają swoje własne menu degustacyjne złożone z różnych tapasów za 19,90 € za osobę (przy min. 2 osobach) - nie skorzystaliśmy, bo dużo ich dań zawiera owoce morza, których ja nie jadam. Ale złożyliśmy sobie swój własny zestaw, po którym ledwo mogliśmy wstać od stołu :P. I przy każdych tapas musieliśmy koniecznie zamawiać tutejsze ziemniaczki po kanaryjsku (papas arrugadas / Canarian potatoes) z przegenialnym sosem mojo. Bądź co bądź, Olive to fajna miejscówka do jedzenia, ale bardzo nietrafiony wybór jeśli chodzi o drinki / koktajle. Zamówiliśmy po jednym i stwierdziliśmy, że w zupełności nam wystarczy ;).
W tym samym centrum handlowym Jumbo odkryliśmy potem jeszcze inną restaurację tapasową... Tak przezajebistą, że wróciliśmy tam i kolejnego dnia i miejsce to było naszym zdecydowanym numerem jeden na Gran Canarii :). Tapalavaca ma na Google Maps ocenę 4,9/5 i to naprawdę nie jest przypadek. Nie mają dużo miejsca, więc jeśli przychodzicie wieczorową porą, z wolnym stolikiem może być problem - my przychodziliśmy krótko po otwarciu i za drugim razem już powitano nas jak starych dobrych znajomych ;). Raz wzięliśmy menu dla dwojga z ogromnym wyborem tapasów, których nie byliśmy w stanie przejeść, następnego dnia wiedzieliśmy już więc, co konkretnie zamówić. M. przetestował też lokalne ciasto z karmelem, które dla mnie było jednak nieco za słodkie. No i Tapalavaca to miejsce, gdzie na koniec żegnano nas shotem miejscowego rumu z miodem, który uwielbiamy (podobno to dość powszechna praktyka na Kanarach, ale nam się jakoś wcześniej nie trafiało...).
![]() |
| [ Deska tapasów dla dwojga w Tapalavaca - za 54 € ] |
A na koniec miejsce, od którego zaczęliśmy i na którym skończyliśmy naszą przygodę z Gran Canarią. Do baru Good Vibes przyszliśmy pierwszego wieczora, zaraz po przylocie, na kolację i sangrię - mieli tu świetne tacos, ale to właśnie sangria nas zachwyciła najbardziej: na białym winie, rumie i z marakują. Musieliśmy tu więc wrócić, by spróbować drugiej, tym razem różowej (wino rose, aperol, melon). Niestety, tym razem zamówiłam hamburgera, który podszedł mi tak sobie (M. twierdził, że jego był bardzo dobry, więc może ja źle wybrałam) - trzeba się było trzymać tacos... ;) No i przyszliśmy tu też ostatniego dnia, na brunch - można tu zjeść też burrito czy tacos śniadaniowe, z jajecznicą, które okazało się bardzo fajną opcją. Lemoniady też mają świetne. A do tego bardzo pozytywna, wesoła obsługa... Więc nawet jak nie przepadacie za kuchnią opartą na tacos, burrito czy hamburgerach, to wpadnijcie tu chociaż na sangrię - wymiata!
![]() |
| [ Dzbanek sangrii - 17,90 € i tacos - 14,90 € w barze Good Vibes ] |
![]() |
| [ Breakfast burrito z nachosami - 10,90 € ] |
A przygodę z Maspalomas najlepiej zakończyć tam, gdzie się ją zaczęło, czyli... na wydmach :). Warto po nich pospacerować w ciszy i spokoju z samego rana, ale warto też przyjść tutaj o zachodzie słońca, nawet jeśli ludzi będzie wtedy znacznie więcej. I po prostu dołączyć do nich, siedzących i stojących na brzegach wydm i podziwiających spektakl, który serwuje tutaj zachodzące słońce. To miejsce ma naprawdę wspaniały klimat o tej porze dnia, gdy wszystko nabiera złotych barw :).













0 Komentarze