Wystarczył szybki rzut oka na prognozę pogody, by wiedzieć, że tego dnia na większości Gran Canarii nie mamy czego szukać. W miarę słonecznie zapowiadało się tylko w południowo-zachodniej części wyspy, więc to tam postanowiliśmy się skierować. Na szczęście tę okolicę i tak mieliśmy w planach, bo prowadziła tam słynna droga GC-200. Startując niedaleko Mogán na południu, rusza się górzystym, pełnym serpentyn szlakiem w kierunku zachodniego wybrzeża, by dalej jechać już wzdłuż oceanu aż do Agaete. W międzyczasie można się rozglądać za miejscami postojowymi, bo pięknych widoków po drodze nie brakuje, ale to nienajlepszy pomysł, by na pełnej zakrętów trasie zatrzymywać się gdzie popadnie ;). Na szczęście z fotelu pasażera mogłam się zachwycać widokami i podczas jazdy.
Droga GC-200 biegnie przez teren górzysty, a co za tym idzie może tutaj wiać - i to całkiem mocno. Na niektórych punktach widokowych wyglądało to tak, że wyskakiwaliśmy z auta, przytrzymując drzwi, by nie wyłamał ich wiatr, rozglądaliśmy się krótko, robiąc kilka zdjęć, i z radością wskakiwaliśmy z powrotem do samochodu... ;) Na szczęście nie wszędzie było tak samo, niekiedy akurat góra zasłaniała przed wiatrem, a słońce przyjemnie przygrzewało i można było zatrzymać się na dłużej. Czasem przy lepszych punktach widokowych urządzono parkingi na kilka samochodów, a że marzec to nie sezon, to bez problemu znajdywaliśmy na nich miejsce. Najgorzej, kiedy taki parking był po drugiej stronie drogi i nie było jak zjechać na bok albo potem zawrócić, ale cóż... parę minut jazdy dalej i można było spodziewać się kolejnego pięknego widoku.
Jednym z najpopularniejszych punktów na trasie jest tzw. Los Azulejos de Veneguera, kolorowe skały kawałek za Veneguerą, od której wzięły swoją nazwę. Ten charakterystyczny krajobraz Gran Canaria zawdzięcza wulkanicznej przeszłości i różnorodnym minerałom, które tutejszym skałom nadały różne kolory: od bieli, przez pomarańcz i czerwień, aż po zieleń. Los Azulejos de Veneguera widać już dobrze z drogi, ale warto się tu zatrzymać na dłużej, zwłaszcza że urządzono tu dość spory parking, znajdziemy też niewielki sklepik, gdzie można napić się świeżego soku z owoców. Wielobarwne skały widać też na zboczach sąsiednich gór, więc dobrze odejść kawałek od parkingu wzdłuż drogi i rozejrzeć się po całej okolicy.Krętą drogą, mijając czasem pojedyncze wioski, ruszyliśmy dalej w kierunku zachodniego wybrzeża. Po jakimś czasie gdzieniegdzie w oddali zaczął wyłaniać się też ocean i zdarzało się tu kilka punktów widokowych naprawdę robiących wrażenie - jeden z najbardziej polecanych to Mirador de San Nicolás. Czy przełażąc tu przez barierkę, nabiłam sobie nad kolanem ogromnego, czarnego siniaka, który pięknie potem zdobił moje zdjęcia z kolejnych dni wyjazdu? Być może... ;) Cóż zrobić, gdy człowiek taki zapatrzony w piękne widoki, że nie patrzy pod nogi :P. Jazda trasą GC-200 przypominała mi trochę naszą objazdówkę po Islandii: długa jazda z ładnymi widokami za oknem i liczne, choć krótkie postoje na zdjęcia ;).
Jednak najpiękniejszy i najbardziej znany punkt widokowy na trasie GC-200 nie znajduje się na górzystych serpentynach, ale już nad samym oceanem. To słynny Mirador del Balcón, niewielka oszklona platforma wysunięta nad wodę, z której możemy podziwiać sąsiednie klify. Ich charakterystyczny kształt sprawia, że nazwano je Ogonem Smoka. Nie było tu tłoczno, ale znów - byliśmy tu poza sezonem, a prognozy na ten dzień nie były najlepsze. Zresztą nawet po zdjęciach widać, że coraz bardziej się chmurzyło. Przy punkcie widokowym znajduje się niewielki parking, ale wyobrażam sobie, że w szczycie sezonu trzeba się już zatrzymywać wzdłuż ulicy, bo nie starczy miejsca. Ale na Mirador del Balcón podjechać i tak trzeba, bo to zdecydowanie jedno z najpiękniejszych miejsca na Gran Canarii.
Tuż za punktem widokowym na trasie GC-200 stały znaki z zakazem wjazdu, Google Maps również kazało się wycofać i jechać dalej na północ nową drogą GC-2. Z tego, co wyczytałam w internecie, część drogi GC-200 została zniszczona przez osuwiska, więc odcinek za Mirador del Balcón jest już od dłuższego czasu zamknięty. Owszem, widywałam też komentarze ludzi, którzy mimo zakazu tamtędy przejechali, ale my się nie pchamy, gdzie nie wolno i za Google Maps pojechaliśmy nową, szybką drogą. Ta zresztą po jakimś czasie ponownie wyprowadziła nas na dostępny już odcinek GC-200 i znów rozpostarły się przed nami widoki na góry i ocean :). Niestety, wszystko to spowijały coraz ciemniejsze chmury, a od czasu do czasu zaczął nas łapać niewielki deszcz. W końcu Agaete leży już bardziej na północy Gran Canarii, a prognozy zapowiadały słońce bardziej na południu... Na szczęście nie rozpadało się za mocno, bo ten odcinek GC-200 był gęsto oznaczony znakami zakazu ruchu w deszczu - za duże ryzyko osuwisk.
Jednak najpiękniejszy i najbardziej znany punkt widokowy na trasie GC-200 nie znajduje się na górzystych serpentynach, ale już nad samym oceanem. To słynny Mirador del Balcón, niewielka oszklona platforma wysunięta nad wodę, z której możemy podziwiać sąsiednie klify. Ich charakterystyczny kształt sprawia, że nazwano je Ogonem Smoka. Nie było tu tłoczno, ale znów - byliśmy tu poza sezonem, a prognozy na ten dzień nie były najlepsze. Zresztą nawet po zdjęciach widać, że coraz bardziej się chmurzyło. Przy punkcie widokowym znajduje się niewielki parking, ale wyobrażam sobie, że w szczycie sezonu trzeba się już zatrzymywać wzdłuż ulicy, bo nie starczy miejsca. Ale na Mirador del Balcón podjechać i tak trzeba, bo to zdecydowanie jedno z najpiękniejszych miejsca na Gran Canarii.
Tuż za punktem widokowym na trasie GC-200 stały znaki z zakazem wjazdu, Google Maps również kazało się wycofać i jechać dalej na północ nową drogą GC-2. Z tego, co wyczytałam w internecie, część drogi GC-200 została zniszczona przez osuwiska, więc odcinek za Mirador del Balcón jest już od dłuższego czasu zamknięty. Owszem, widywałam też komentarze ludzi, którzy mimo zakazu tamtędy przejechali, ale my się nie pchamy, gdzie nie wolno i za Google Maps pojechaliśmy nową, szybką drogą. Ta zresztą po jakimś czasie ponownie wyprowadziła nas na dostępny już odcinek GC-200 i znów rozpostarły się przed nami widoki na góry i ocean :). Niestety, wszystko to spowijały coraz ciemniejsze chmury, a od czasu do czasu zaczął nas łapać niewielki deszcz. W końcu Agaete leży już bardziej na północy Gran Canarii, a prognozy zapowiadały słońce bardziej na południu... Na szczęście nie rozpadało się za mocno, bo ten odcinek GC-200 był gęsto oznaczony znakami zakazu ruchu w deszczu - za duże ryzyko osuwisk.
No i wreszcie dotarliśmy do końca trasy GC-200, czyli miasteczka Agaete w północno-zachodniej części wyspy. Białe domki, zabytkowa starówka, wszystko otoczone górami i położone tuż nad oceanem... Zdjęcia z internetu zachwycały. Zwłaszcza że wszystkie robiono w pełnym słońcu, gdy niebieskie niebo intensywnie kontrastowało z białą zabudową. My niepewnie spoglądaliśmy w mocno zachmurzone niebo, gdy silny wiatr co i rusz przynosił ze sobą krople deszczu. Uznaliśmy, że w Agaete nie spędzimy dużo czasu, lepiej się zbierać z powrotem na słoneczne południe. Zaparkowaliśmy więc od razu w części portowej miasteczka - w Puerto de las Nieves - i to do tego miejsca ograniczyliśmy nasz spacer. Bez problemu znaleźliśmy darmowy parking w centrum portu, ale raczej nie ma na to co liczyć w słoneczny dzień w sezonie ;).
Zaczynamy od spaceru po samym porcie, który przy wzburzonym oceanie raczej świeci pustkami. Jednak po jakimś czasie do brzegu dobił spory prom, co na chwilę pobudziło ruch w tej okolicy - z Puerto de las Nieves kursują regularne promy na sąsiednią Teneryfę. Obok znajdziemy też kamienistą plażę, która przy ładnej pogodzie na pewno przyciąga tłumy, tego dnia jednak tylko kilka osób spacerowało po falochronach, chowając się przed wiatrem. Na szczęście portowe knajpki też oferowały osłonięcie od wiatru, bo inaczej ciężko byłoby wysiedzieć na dworze - a tak skusiliśmy się na gorącą herbatę i deskę lokalnych serów i szynek w jednej z restauracji. Wyboru dużego nie mieliśmy, bo większość restauracji była w marcu pozamykana na cztery spusty...
Centralnym punktem Puerto de las Nieves jest ulica maryjna, czyli Calle Ntra. Sra. de las Nieves. To przy niej znajduje się niewielki kościółek (również maryjny), na który mogliśmy jednak tylko spojrzeć przez zamkniętą bramę. Główny plac, sklepy, kilka knajpek (w większości nieczynnych), informacja turystyczna, również zamknięta podczas naszego pobytu... Jestem sobie w stanie wyobrazić, że ta okolica tętni życiem, ale w marcowe popołudnie było tu cicho, pusto i spokojnie. M. skusił się na lody w jednej z cukierni, ja tylko opatuliłam się bardziej kurtką, bo na tym wietrze zimno mi było na samą myśl o lodach ;).
Naszą przygodę z Agaete oraz Puerto de las Nieves zakończyliśmy spacerem po promenadzie. Gdzieś w oddali na południu słońce przebijało się nad klifami, ale tutaj wciąż było pochmurnie i nieprzyjemnie. Minęliśmy pomnik trzech kanaryjskich poetów: Saulo Torona, Tomasa Moralesa i Alonsa Quesady i dotarliśmy do naturalnych basenów. Znów, jak to ładnie wygląda na zdjęciach przy pięknej pogodzie... ;) Tego dnia obowiązywał tu zakaz kąpieli, a potężne fale przelewały się co chwila do basenów. Fajnie tu było podejść (i generalnie, podjechać do miasteczka), ale przy niesprzyjającej pogodzie Puerto de las Nieves nie potrafiło nas zauroczyć. Zdecydowanie wcześniejsze miejsca na trasie GC-200 wpadły nam w oko dużo bardziej :).
Zaczynamy od spaceru po samym porcie, który przy wzburzonym oceanie raczej świeci pustkami. Jednak po jakimś czasie do brzegu dobił spory prom, co na chwilę pobudziło ruch w tej okolicy - z Puerto de las Nieves kursują regularne promy na sąsiednią Teneryfę. Obok znajdziemy też kamienistą plażę, która przy ładnej pogodzie na pewno przyciąga tłumy, tego dnia jednak tylko kilka osób spacerowało po falochronach, chowając się przed wiatrem. Na szczęście portowe knajpki też oferowały osłonięcie od wiatru, bo inaczej ciężko byłoby wysiedzieć na dworze - a tak skusiliśmy się na gorącą herbatę i deskę lokalnych serów i szynek w jednej z restauracji. Wyboru dużego nie mieliśmy, bo większość restauracji była w marcu pozamykana na cztery spusty...
Centralnym punktem Puerto de las Nieves jest ulica maryjna, czyli Calle Ntra. Sra. de las Nieves. To przy niej znajduje się niewielki kościółek (również maryjny), na który mogliśmy jednak tylko spojrzeć przez zamkniętą bramę. Główny plac, sklepy, kilka knajpek (w większości nieczynnych), informacja turystyczna, również zamknięta podczas naszego pobytu... Jestem sobie w stanie wyobrazić, że ta okolica tętni życiem, ale w marcowe popołudnie było tu cicho, pusto i spokojnie. M. skusił się na lody w jednej z cukierni, ja tylko opatuliłam się bardziej kurtką, bo na tym wietrze zimno mi było na samą myśl o lodach ;).
Naszą przygodę z Agaete oraz Puerto de las Nieves zakończyliśmy spacerem po promenadzie. Gdzieś w oddali na południu słońce przebijało się nad klifami, ale tutaj wciąż było pochmurnie i nieprzyjemnie. Minęliśmy pomnik trzech kanaryjskich poetów: Saulo Torona, Tomasa Moralesa i Alonsa Quesady i dotarliśmy do naturalnych basenów. Znów, jak to ładnie wygląda na zdjęciach przy pięknej pogodzie... ;) Tego dnia obowiązywał tu zakaz kąpieli, a potężne fale przelewały się co chwila do basenów. Fajnie tu było podejść (i generalnie, podjechać do miasteczka), ale przy niesprzyjającej pogodzie Puerto de las Nieves nie potrafiło nas zauroczyć. Zdecydowanie wcześniejsze miejsca na trasie GC-200 wpadły nam w oko dużo bardziej :).

0 Komentarze