Advertisement

Main Ad

Chiny na własną rękę: Chongqing, Zhangjiajie i Chengdu

To był swojego rodzaju spontan, bo jeszcze na początku kwietnia byliśmy przekonani, że w maju wyskoczymy na 1,5 tygodnia do Uzbekistanu i Tadżykistanu. Tymczasem Rainbow, z którym mieliśmy jechać, odwołał potwierdzony termin wycieczki, nie udało nam się z nimi dogadać odnośnie zamiany na sam Uzbekistan, więc zwrócili nam zaliczkę, a my stanęliśmy przed dylematem: co zrobić z majowym urlopem? Nie chcieliśmy go odwoływać, bo to był fajny termin - między dwoma długimi weekendami w Austrii, więc wystarczyło wziąć 6 dni urlopu i można było wyjechać na 1,5 tygodnia. No i fajnie by było wyskoczyć gdzieś poza Europę, ale z drugiej strony tak, żeby podróż nie trwała kilkunastu godzin, bo to zjadłoby za dużą część mimo wszystko dość krótkiego wyjazdu. Normalnie pewnie bez problemu byśmy coś znaleźli, ale to nie są normalne czasy - na start odrzuciłam przesiadki na Bliskim Wschodzie, a ceny innych kierunków z zaledwie miesięcznym wyprzedzeniem były wystrzelone w kosmos. I nagle M. wypatrzył Chengdu. Loty bezpośrednie z Wiednia, ok. 10-godzinne i w znośnej cenie... Właściwie długo się nie zastanawialiśmy, po prostu upewniłam się, czy w tym okresie nie ma żadnych chińskich świąt (bo to naprawdę byłby poroniony pomysł, by pchać się do Chin, gdy wszyscy Chińczycy mają wolne...) i zarezerwowałam loty. Państwo Środka chodziło już nam po głowach, ale raczej w perspektywie 2-3 najbliższych lat, a nie już teraz. No ale skoro tak wyszło... ;) Mając zaledwie miesiąc na planowanie, zaczęliśmy w wolnych chwilach przeglądać internet. Nie ma co ukrywać, Chiny to kraj dość specyficzny, więc jechać tam bez przygotowania, to prosić się o mnóstwo większych i mniejszych problemów, które mogą kosztować nas czas i nerwy. Poniżej znajdziecie parę przydatnych informacji i ode mnie - wszystko aktualne na maj 2026, ale jak długo pozostanie takie przy szybko rozwijających się Chinach? Kto to wie :).
Pierwszą rzeczą, którą musieliśmy zrobić przed podróżą do Chin, to ściągnięcie i zainstalowanie na telefonie świętej trójcy chińskich aplikacji:
- WeChat - przede wszystkim komunikator, z którego Chińczycy na co dzień korzystają. Hotele, organizatorzy wycieczek, każdy będzie proponował WeChata do komunikacji. Język nie jest tu problemem, bo apka ma wbudowane automatyczne tłumaczenie wiadomości i pomiędzy chińskim i angielskim radzi sobie bardzo dobrze. Ponadto WeChat działa tak samo jak Alipay do płatności (choć raz nam się zdarzyło, że z Alipaya nie chciało pobrać środków, a z WeChata było ok) i sprawdza się zdecydowanie lepiej do skanowania kodów QR, np. gdy trzeba gdzieś kupić bilety czy zamówić jedzenie. W internecie często pojawiają się komentarze, że do aktywacji konta na WeChacie potrzeba akceptacji lokalnego użytkownika i że warto o nią poprosić w restauracji czy w hotelu. Cóż, nie wiem, czy coś się zmieniło, czy mieliśmy szczęście, ale żadne z nas nie potrzebowało czegoś takiego - WeChat działał nam zaraz po zainstalowaniu.
- Alipay - podstawowa i najpopularniejsza wśród turystów aplikacja płatnicza. Podpinasz kartę (Revolut sprawdził się tu świetnie), uzupełniasz dane i skanujesz paszport - jest to konieczne, jeśli planujemy większe wydatki, a tych nie unikniemy już po kilku dniach pobytu. A potem albo pokazujesz kod QR, który skanują w sklepie, albo sam skanujesz kod przy kasie, wprowadzasz podaną kwotę i tadam, zapłacone. Warto pamiętać, że przy transakcjach przekraczających 200 juanów (ok. 107 zł) Alipay pobiera od zagranicznych kart 3% prowizji, więc czasem warto rozbijać rachunki. Ale Alipay to nie tylko apka do płatności - mamy tu wbudowane całe mnóstwo mini-aplikacji, z których warto korzystać, a dzięki Alipay'owi nie musimy ich instalować oddzielnie. Przez apkę rezerwowaliśmy taksówki (DiDi - chiński odpowiednik Ubera), można tu też bukować hotele czy pociągi... ale o pociągach będzie później. Do tego jest tu wbudowana karta na transport publiczny, którą można aktywować i zapomnieć o kupowaniu papierowych biletów - będziemy tylko skanować kod QR na bramkach. Generalnie Chiny są obecnie właściwie bezgotówkowe, a naszych kart płatniczych możemy używać naprawdę w niewielu miejscach, więc Alipay i/lub Wechat to naprawdę must.
- Amap - podobno mapy Apple'a radzą sobie w Chinach całkiem nieźle, ale o Google Maps można zapomnieć. Alternatywą jest tu Amap, która na początku wydawała się mi dziwna, ale do której szybko się przyzwyczaiłam. Wyznacza trasy, szuka najlepszych połączeń dla komunikacji miejskiej, można też przez nią zarezerwować taksówkę (podobno czasem są nawet lepsze oferty niż w DiDi, ale że my korzystaliśmy tylko z tego drugiego, więc nie porównam). Wyszukiwanie lokalizacji działa dobrze zarówno po chińsku, jak i po angielsku, co wielokrotnie ułatwiało nam dotarcie do celu.
Oczywiście wszystkie powyższe aplikacje będą działały na chińskiej karcie SIM czy wi-fi, czego niestety nie można powiedzieć o różnych naszych aplikacjach jak Whatsapp czy Instagram. Na pewno wszyscy słyszeli o chińskim Wielkim Firewallu, blokującym wiele europejskich i amerykańskich stron i aplikacji, więc powtarzać się nie będę. Można tu korzystać z VPN-a, ale warto zrobić własny research, czy dany VPN działa w Chinach - Chińczycy regularnie rozprawiają się z coraz to innymi opcjami. Do tego VPN mocno spowalnia działanie niektórych aplikacji, a do tego mogłoby zabraknąć mi cierpliwości ;). Wybraliśmy więc drugą opcję, czyli zakup eSIMa. Taka wirtualna karta łączy się z zagranicą i wtedy nie potrzebujemy żadnego VPN-a, by korzystać z naszych aplikacji. My za internetowymi polecajkami kupiliśmy eSIMy z Airalo - mają pakiety na określoną liczbę danych i dni, my za pakiety bez limitu na 10 dni zapłaciliśmy po 31 €. Musieliśmy mieć ustawione ręczne wybieranie sieci, bo baaardzo często ją gubiło, zwłaszcza za miastem, ale też bardzo szybko łączyło się z powrotem. Internet może nie śmigał z jakąś zawrotną prędkością, ale dało się to znieść. Nie wiem też, czy to kwestia eSIMa czy samych tych aplikacji, ale niektóre opcje na WeChacie czy Alipay'u nieźle nam przymulały...
Alipay'a można użyć też do wypełnienia formularza wjazdowego do Chin - znajdziemy go, wpisując w wyszukiwarkę na górze numer 12367. Można to też zrobić bezpośrednio na lotnisku, znajdziemy tam kilka automatów, no ale na pewno szybciej będzie to ogarnąć wcześniej online. Uzupełniamy dane paszportowe, informacje o lotach i noclegu, o celu wizyty i wymaganiach wizowych (obywatele polscy obecnie nie potrzebują wizy do Chin w celach turystycznych do 30 dni). Po przylocie do kraju do kontroli paszportowej mogli ustawić się tylko ci, którzy mieli już wypełniony formularz wjazdowy. Sama kontrola poszła szybko i sprawnie - mnie pan zapytał o cel podróży, jakie miejsca planuję odwiedzić i czy to mój pierwszy raz w Chinach. Za to M. musiał powiedzieć tylko, że przyjeżdża turystycznie na 9 dni i w odpowiedzi usłyszał, że bezwizowo może zostać przecież całe 30 ;). Krótka rozmowa, zdjęcie, odciski palców, pieczątka w paszporcie i welcome to China!
Biorąc pod uwagę, jak wszechobecnie się w Chinach używa telefonu, powerbanki są koniecznością przy całodziennym zwiedzaniu. A jeśli korzystacie z krajowych lotów (niektóre źródła mówiły też o szybkich pociągach), z naszym europejskim powerbankiem nie polecicie. Jedyne dozwolone na takich połączeniach urządzenia to te z chińskim certyfikatem CCC - my powerbanka po prostu kupiliśmy w Chinach. Jeśli nie chcecie jednak kupować nowego sprzętu, nie ma problemu - wypożyczycie go na każdym rogu, i to dosłownie. Stoiska z powerbankami do wypożyczenia, płatnymi (jakże by inaczej) aplikacją są wszędzie, na ulicach, w sklepach, hotelach, nawet w parku narodowym. Co więcej, wiele z nich ma wystające kabelki, by podładować już padnięty telefon na tyle, by móc wypożyczyć powerbanka. Wszystko świetnie ogarnęli ;). A jak już jesteśmy przy prądzie, to gniazdka elektryczne... Żeby nie było za łatwo, w Chinach napotkamy najczęściej jedno lub więcej z trzech typów gniazdek: C (czyli nasz standardowy europejski), A (amerykański) i I (australijski), no i często są też porty USB do podpięcia kabelka. Wzięliśmy ze sobą przejściówki amerykańskie i przydały nam się w jednym z hoteli - w pozostałych nasze ładowarki mogliśmy podpinać do gniazdek bezpośrednio.
Dalej... taksówki. Tutaj właśnie najlepiej sprawdza się DiDi, czyli chiński Uber. Aplikacja podpięta do Alipaya, więc z automatu ma nasze dane i metodę płatności, wystarczy więc tylko potwierdzić miejsce odbioru, podać adres docelowy i chwilę poczekać :). Najdłużej, w środku nocy, czekaliśmy jakieś 10-15 minut, ale zazwyczaj samochód podjeżdżał w niecałe 5 minut - jako że nie wszędzie mogą się zatrzymywać na dłużej, zazwyczaj poleca się, by DiDi zamawiać, będąc już w miejscu, z którego chcemy ruszyć. W przypadku lotnisk i dworców warto pamiętać, że samochody zamawiane przez internet nie odjeżdżają z postoju dla taksówek. Tutaj trzeba się kierować na (na szczęście dobrze oznaczone) punkty e-hailing, a na miejscu ignorować dziesiątki naganiaczy, próbujących przekonać turystów do jazdy z nimi, bez aplikacji :). DiDi podaje szacunkową cenę za przejazd w wybranym przez nas standardzie, do której czasem mogą być potem doliczone dodatkowe kwoty np. za opłatę lotniskową czy przejazd autostradą. U M. aplikacja od razu przy zamawianiu samochodu pobierała szacunkową kwotę i ewentualną różnicę trzeba było dopłacić potem. U mnie cała kwota do zapłaty pojawiała się po skończonej jeździe - pewnie to kwestia jakichś ustawień w aplikacji, ale nie doszłam do tego, skąd się ta różnica bierze ;). Bądź co bądź, jazda DiDi w Chinach jest bardzo tania - za kilkukilometrowe przejazdy po mieście płaciliśmy zazwyczaj po 2-3 €, a rekordowe prawie 20 € zapłaciliśmy za nocną jazdę na lotnisko - było to ponad 60 km, z opłatą za autostradę i wjazd na samo lotnisko.
Jak już jesteśmy przy transporcie, podczas podróży po Chinach zapewne nieraz przyjdzie Wam skorzystać z szybkich chińskich kolei. Najpopularniejszą wśród turystów apką/stroną do rezerwacji biletów kolejowych jest Trip.com - wszystko po angielsku, łatwe w obsłudze, choć pobiera sobie jakiś procent prowizji, co przy dłuższych trasach może wynosić nawet kilka euro za bilet. Dla mnie największą wadą Trip.com jest to, że choć wyświetla się tam informacja o dostępnych biletach, to kliknięcie w przycisk buy nie oznacza natychmiastowego zakupu biletów. Aplikacja pobiera pieniądze z karty i dopiero sprawdza, czy bilety są naprawdę dostępne, a jeśli nie, to pojawia się komunikat o nieudanej transakcji i pieniądze są zwracane... po kilku dniach. My tak próbowaliśmy zarezerwować bilety z Chongqing do Zhangjiajie jednego wieczoru i natychmiast po zakupie wyskoczył komunikat, że na ten pociąg już nie ma biletów, proponujemy inne, za kilka dni oddamy pieniądze. To kupiłam na kolejny, znów pobrali kilkadziesiąt euro i pojawił się komunikat, że już tego dnia nie mogą sprawdzić, czy są dostępne bilety - spróbują po 6 rano... I z rana znów informacja o nieudanej transakcji, brak dostępnych biletów, oddamy pieniądze... Podobno do trzech razy sztuka, ale mi wystarczyło, że miałam już ponad 100€ zablokowane w tej apce. Postanowiłam więc skorzystać z oficjalnej aplikacji kolejowej dostępnej w Alipay'u - Railway 12306. Tutaj, ku mojemu zaskoczeniu, na oba wybrane w Trip.com pociągi wciąż były dostępne bilety. Rozpoczęłam więc żmudny proces rezerwacji, wymagający podania sporej ilości danych, by po kilkudziesięciu minutach użerania się z aplikacją dojść do momentu, gdy wymagano podania chińskiego numeru telefonu. Bez wpisania kodu SMS wysłanego na chiński numer nie mogłam zarezerwować biletów. Ostatnie podejście - strona internetowa 12306, gdzie można założyć konto po angielsku i wystarczy adres e-mail, nie trzeba mieć chińskiego numeru. Wpisywanie tam danych paszportowych to droga przez mękę, ale na szczęście wystarczyło to zrobić raz i na przyszłe zakupy biletów wybierało się już po prostu zapisanego pasażera. I tak sobie myślę, że dobrze, że to wszystko robiłam po 6 rano, gdy niewiele osób korzystało ze strony. Bo gdy później próbowałam rezerwować bilety za dnia, to naprawdę każdy krok ładował się przez wieki, strona się często zawieszała i wyrzucała błędy... Ale bilety się kupić udało. Bez prowizji (poza tą z Alipay'a przy biletach powyżej 200¥), więc taniej niż w Trip.com. Zatem do kupna biletów kolejowych polecam oficjalną stronę - nie aplikację - 12306, najlepiej w godzinach porannych ;).
Biletów w formie fizycznej nie dostaniecie - paszport jest biletem. Strona 12306 nawet nie zawsze wysyła maila potwierdzającego zakup biletów, więc dobrze zrobić print screena rezerwacji, bo tam macie zapisany numer wagonu i miejsca. Na dworzec warto przyjechać kilkadziesiąt minut wcześniej, bo chińskie dworce są ogromne jak lotniska, a przed wejściem na nie trzeba przejść kontrolę bagażową, do której mogą się ustawić kolejki. Dobrze poczytać w internecie o tym, czego nie można wziąć do pociągu, bo są tu ograniczenia dość zbliżone do tych lotniskowych, a chyba nikt nie chce wyrzucać części bagażu. Na stacjach Chongqingdong i Zhangjiajiexi wszystko szło szybko i sprawnie, wystarczyło być tam jakieś 45 minut przed odjazdem pociągu. Ale patrząc już na rozmiary Chengdudong i ilość ludzi tam, nie zaryzykowałabym przyjazdu na dworzec, mając mniej niż godzinę czasu. Po przejściu przez kontrolę bagażu siadaliśmy we wspólnej poczekalni w pobliżu bramek na peron. No właśnie, na peron można wejść dopiero na 15 minut przed odjazdem pociągu, a bramki są otwarte tylko przez 10 minut. Krótko mówiąc, jeśli dotrzesz na miejsce na 5 minut przed odjazdem pociągu, jesteś już spóźniony i musisz iść do kas biletowych, by zmienić bilet. Co więcej, jako obcokrajowcy nie możemy się ustawić do którejkolwiek bramki - większość z nich otwiera się tylko na chiński dowód. Bez problemu więc wypatrzymy tę jedyną bramkę, gdzie stoi pracownik dworca, a do niego dłuższa lub krótsza kolejka obcokrajowców - tylko tędy przejdziemy z zagranicznym paszportem. A potem już tylko krótki spacer na peron, szukanie swojego wagonu i miejsca, no i można ruszać :). Szybkie koleje poruszają się z prędkością przekraczającą 300 km / godz. i są świetną alternatywą dla lotów wewnętrznych. Nie są też najtańsze - za naszą najdłuższą podróż z Zhangjiajie do Chengdu zapłaciliśmy 408¥ (218,25 zł) za osobę, ale kurczę, jakieś 860 km przejechaliśmy w 5 godzin, szybko i wygodnie. Naprawdę warto :).
Zatem trzymajmy się tematu transportowego i przejdźmy do lotów... bo tu się dopiero zaczęła nasza zabawa ;). Postawiliśmy na bezpośrednie loty Wiedeń-Chengdu i z powrotem chińskimi liniami Hainan Airlines. Trasa istnieje już od dobrych dwóch lat, na żadne zawieszenia się nie zanosiło, więc kupiliśmy bilety i rozpoczęliśmy przygotowania do podróży. Z samego rana w dniu wylotu zajrzałam na Flight Radar i zobaczyłam, że samolot z Chengdu już doleciał do Wiednia, więc liczyłam na punktualność. Jednak krótko potem dostałam maila, że lot został odwołany z powodów technicznych. Nie zdążyłam jeszcze pomyśleć, co dalej, gdy dostałam telefon od linii lotniczych. Niestety, dzwoniący pracownik znał tylko chiński... Gdy odkrył, że ja chińskiego jednak nie znam, powiedział chyba (bo zrozumieć na pewno się nie dało), że lot odwołany, a ktoś zadzwoni później. Stwierdziliśmy, że i tak jedziemy zgodnie z planem na lotnisko, coś się ogarnie na miejscu. Tutaj też nie popisało się wiedeńskie lotnisko, bo pracownik w informacji na terminalu 3, skąd mieliśmy lecieć, skierował nas do informacji na terminalu 1. Tam pracowniczka powiedziała, że z pytaniami to do położonego obok punktu odpowiedzialnego za te mniej popularne linie. A tam z kolei pani stwierdziła, że nie wie, czemu wszyscy odsyłają ludzi do niej, bo powinniśmy iść do punktu check-in dla odwołanego lotu. Położonego tuż obok informacji w terminalu 3 :). To jak już sobie pobiegaliśmy z bagażami po terminalach, trafiliśmy we właściwe miejsce, a tam dostaliśmy dwie opcje do wyboru: kupić sobie nowe bilety i wnioskować o zwrot pieniędzy, albo przebukować rezerwację na miejscu. Wybraliśmy to drugie. Niestety, bezpośrednich połączeń do Chengdu tak szybko nie było, najlepsza opcja to lot do Xi'an, a stamtąd szybki pociąg do Chengdu, jakieś 750 km. Jako że my w Chengdu mieliśmy spędzić tylko jeden dzień i następnego ranka ruszyć do Chongqing zapytaliśmy o ten drugi kierunek, a tu połączenia były już dużo lepsze. Lot do Xi'an, krótka przesiadka i lot wewnętrzy do Chongqing - zaakceptowaliśmy to rozwiązanie i mieliśmy czekać na boku na przebukowanie. Po kilkudziesięciu minutach pan podszedł do nas, żeby się upewnić, jaki lot chcemy - i dobrze, bo okazało się, że patrzył tylko na samo Xi'an, bez dalszej podróży... My jednak zaczęliśmy się trochę niecierpliwić, bo do wylotu do Xi'an zostało zaledwie 2,5 godziny, a trzeba jeszcze nadać bagaże, przejść kontrolę i takie tam... Po kolejnych 30 minutach dowiedzieliśmy się, że mają problemy techniczne i nie są w stanie przebukować naszej rezerwacji. Mamy sami kupić nowe bilety i napisać na podany adres o zwrot pieniędzy. Napisałam od razu po zakupie, po tygodniu się przypomniałam, zero odpowiedzi. Po powrocie z Chin puściłam już dużo bardziej oficjalnego maila - nie tylko na podany adres, ale i na kilka innych znalezionych w internecie - domagając się zwrotu pieniędzy za nowy lot, odszkodowania w myśl przepisów unijnych, oraz zwrotu środków za wykupione miejsca siedzące w anulowanym locie. Na razie odpisali mi tylko odnośnie tego ostatniego, ale to jest już postęp, bo w ogóle coś odpisali... - trzymajcie kciuki za resztę ;).
Czyli zamiast bezpośrednim lotem do Chengdu ruszyliśmy przesiadkowym Wiedeń-Xi'an-Chongqing z China Eastern. Jako że bilety kupiliśmy na dwie godziny przed wylotem, a kolejki do odprawy i nadania bagażu były dość spore, wszystko było nieco na tempo. Do bramek podeszliśmy akurat, jak się miały otwierać... :) Czekając na check-in, zdążyłam wysłać rachunek za nowe bilety do Hainan Airlines, od nowa wypełnić formularz wjazdowy do Chin (w końcu zmieniły się szczegóły lotu i miejsce przekroczenia granicy), anulować rezerwację noclegu w Chengdu i przedłużyć nocleg w Chongqing o tę jedną wcześniejszą noc. China Eastern nie dało nam miejsc obok siebie, ale na szczęście ktoś chciał się zamienić, a to zawsze milej ;). Czytałam komentarze, że China Eastern to takie chińskie tanie linie lotnicze na długich dystansach i ciężko się z tym nie zgodzić. Ekran do rozrywki pokładowej prawie nie działał, więc jak już udało mi się ustawić widok lotu, to nic więcej nie dotykałam. Jedzenie takie sobie, wybór napojów mocno ograniczony. Do tego lot do Xi'an był trochę opóźniony i wyglądało na to, że nie zdążymy na przesiadkę... Na szczęście na lotnisku wszystko poszło bardzo szybko i sprawnie, a sam lot do Chongqing to ledwo ponad godzina, zleciało nie wiedzieć kiedy. Niekoniecznie wybrałabym jednak znowu China Eastern na długiej trasie ;).
Z Hainan Airlines kontynuowaliśmy naszą przygodę, gdy przyszedł czas powrotu z Chin do Wiednia. Na lotnisku w Chengdu podeszliśmy do check-inu... i staliśmy tam tyle czasu, że pozostałe stanowiska obsłużyły wszystkich pasażerów ;). Jak już wspomniałam, w Wiedniu próbowali przebukować nasz lot na ten Chongqing, ale nie wyszło. W efekcie system pokazywał, że mieliśmy 4 loty: jeden do Chengdu, jeden do Chongqing i dwa powrotne ;). Pani na stanowisku do odprawy zgłupiała i zawołała kolegę, który zawołał kolejnego kolegę. Okazało się, że nawet nie zaznaczono w systemie, że pierwszy lot był odwołany i dla nich to wyglądało, jakbyśmy się po prostu nie stawili na poprzednie połączenie, a w takim przypadku lot powrotny przepada. Zaczęli kombinować, anulować bilety, rezerwować nam nowe, no w ogóle było z tym sporo czasochłonnej zabawy i trochę stresu, ale w końcu dostaliśmy do ręki karty pokładowe. Plus w tym taki, że już wszyscy przeszli przez bramki z kontrolą bagażu i paszportów, więc tutaj poszło nam szybko i gładko, bo nie było kolejek ;). Przez zmiany biletów przepadły nam zarezerwowane obok siebie miejsca, ale ja dostałam przy oknie i wyjściu ewakuacyjnym, więc było dużo miejsca na nogi - a obok mnie było pusto, więc M. się szybko dosiadł. Rozrywka pokładowa bez rewelacji, ale nieco lepsza niż w China Eastern - ale że to był lot nocny, to i tak woleliśmy przysypiać niż cokolwiek oglądać. Jedzenie też w porządku, choć nie powiem, żebym miała szczególną ochotę na chińskie śniadanie przed 5 rano... tylko owoce dobrze weszły ;). Mimo wszystko był to wygodniejszy i lepszy lot niż z China Eastern, więc szkoda, że w tamtą stronę tak wszystko namieszali...


DZIEŃ 1. CHONGQING

Plan obejmował poranny przylot do Chengdu, wypad do Leshan na zobaczenie słynnego wielkiego Buddhy i popołudniowy spacer po mieście, walcząc z jetlagiem ;). Ale dotarliśmy do Chongqing, w hotelu byliśmy jakoś po 11 i nie za bardzo mieliśmy konkretne plany. Za oknem lało, więc odświeżyliśmy się i zdecydowaliśmy na godzinną drzemkę, bo zmęczenie jednak brało górę. Potem przestało padać, więc najpierw szybki obiad, a następnie pierwszy spacer po Chongqing. Kuixinglou - słynny mostek, gdzie człowiek nagle odkrywa, że stoi na 22 piętrze, a przecież wydawało się, że to parter... Przejazd metrem na stację Liziba, by zobaczyć pociąg przejeżdżający przez budynek. Główny plac Jiefangbei i położona nad brzegiem rzeki Hongya Dong, gdzie myśleliśmy, że doczekamy zapalenia świateł, ale zmęczenie znów z nami wygrało. Skoro i tak mieliśmy dodatkowy dzień w Chongqing nie było co się spieszyć, a lepiej nadrobić trochę snu... ;)
Na nocleg w Chongqing wybraliśmy hotel MC Maiyue, tuż naprzeciwko słynnego Raffles. Hotel zajmuje piętra 44-49 w dzielonym budynku, a nam przypadł przestronny apartament na 44 piętrze. Bez problemu wydłużyli nam pobyt o dodatkową noc, skoro przybyliśmy dzień wcześniej, zameldowali nas już o 11, a do tego bezpłatnie podnieśli standard pokoju. To był naprawdę świetny wybór na początek pobytu, mieliśmy duże i wygodne łóżko, dwuosobową wannę z widokiem (to chyba dość popularna rzecz w Chongqing, ale w pełni to rozumiem, bo kąpiel z widokiem na pięknie oświetlone miasto to świetna rzecz...), prysznic, podgrzewaną toaletę, projektor... Aż się nie chciało potem stąd wyjeżdżać ;) To był też najdroższy nocleg podczas całej naszej podróży, ale i tak było warto (no i nie okłamujmy się, chińskie najdroższy to i tak ok z europejskiego punktu widzenia). Jeszcze zaznaczę, że my wszystkie noclegi rezerwowaliśmy przez Booking i działało wszystko ok :).

DZIEŃ 2. CHONGQING

Może jeszcze nieszczególnie wyspani i wypoczęci, ale jednak z już większą dawką energii niż poprzedniego dnia, wyruszyliśmy na dalsze zwiedzanie miasta Cyberpunka. Na pierwszy ogień poszła ciekawie kontrastująca z otaczającymi ją wieżowcami świątynia Luohan, w której spędziliśmy całkiem sporo czasu. Potem zaczęło trochę padać, więc dobrze było schować się pod dach - i tak pojechaliśmy metrem do centrum handlowego The Ring, gdzie z właściwym dla Chin rozmachem urządzono w środku wodospad i wiszące pod sufitem drzewa. Na obiad wybraliśmy się na danie popisowe dla Chongqing, czyli hot pot - do popularnej restauracji utworzonej w wojennym bunkrze... Pogoda się nieco poprawiła, my mieliśmy trochę energii, więc ruszyliśmy do zabytkowej dzielnicy Shibati, pełnej sklepów, restauracji i zabytkowej architektury. Stamtąd przeszliśmy na drugi brzeg rzeki Jangcy, gdzie znajdują się dwie położone obok siebie zabytkowe dzielnice/uliczki: Xiahaoli i Longmenhao - warto po nich pobłądzić za dnia, ale jeszcze lepiej po zapadnięciu zmroku, gdy wszystko jest pięknie oświetlone. A my i tak chcieliśmy zostać w tej okolicy do zmroku, bo w soboty o 21 w Chongqing urządzany jest pokaz dronów, a tej atrakcji to zdecydowanie nie chcieliśmy przegapić.

DZIEŃ 3. DAZU & CHONGQING

Jeszcze nie wiedząc o tym, że przyjdzie nam spędzić w Chongqing dodatkowy dzień, stwierdziłam, że chcę wyskoczyć na jednodniową wycieczkę za miasto. Dwie najpopularniejsze miejscówki to Wulong i Dazu. Wulong to piękny kanion w górach, ale położony dalej od miasta, więc na jeden dzień byłoby to bardzo intensywne - a do tego my i tak mieliśmy potem góry w planach. Postawiłam więc na Dazu, a dla większej wygody zdecydowałam się na wycieczkę zorganizowaną. Dazu słynie z rzeźb skalnych sięgających IX wieku i od 1999 roku wpisane jest na listę UNESCO. Najpierw podjechaliśmy do kompleksu Beishan, żeby oglądać najstarsze rzeźby, potem zawitaliśmy do lokalnego muzeum, by zakończyć zwiedzanie w wywierającym największe wrażenie kompleksie rzeźb Baodingshan. Niezmiernie fascynujące miejsce i świetna odskocznia od nowoczesnego Chongqing. Ale wieczór spędziliśmy w mieście - robiąc to, na co zabrakło czasu i energii w poprzednie wieczory. Najpierw podeszliśmy zobaczyć pięknie oświetloną Hongya Dong, a potem wjechaliśmy na słynny taras widokowy na szczycie Raffles. Długi dzień skończyliśmy w hotelowym Skybarze z widokiem na centrum miasta :).


DZIEŃ 4. CHONGQING & PRZEJAZD DO ZHANGJIAJIE

Wolę twierdzić, że to niebo płakało za naszym wyjazdem, a nie, że mieliśmy deszczową pogodę podczas naszego pobytu i miało się wypogodzić akurat od kolejnego dnia... ;) Na spokojnie ogarnęliśmy się, zjedliśmy śniadanie, ostatni raz patrząc na ten widok z 44 piętra, zostawiliśmy rzeczy w recepcji i ruszyliśmy na ostatni spacer po Chongqing. Zaczęliśmy od kompleksu gildii Huguang, potem przejechaliśmy się kolejką linową nad rzeką Jangcy, a że do pociągu do Zhangjiajie zostało wciąż trochę czasu, posiedzieliśmy w klimatycznej chińskiej herbaciarni. Jako że nie mieliśmy jeszcze doświadczenia z chińską koleją, to na dworzec pojechaliśmy ponad godzinę wcześniej - w końcu Chongqing to metropolia, więc spodziewaliśmy się tłumów... a poszło szybko i sprawnie, więc mieliśmy trochę czasu na czytanie i wrzucanie filmików na instagrama ;). Pociąg z Chongqing do Zhangjiajie to trochę ponad 2,5 godz. jazdy, a z dworca czekał nas jeszcze przejazd DiDi do Wulingyuan, gdzie mieliśmy nocleg - na miejscu byliśmy na tyle późno, że już tylko kolacja, zakupy i spać ;).
Zdecydowaliśmy się na nocleg w Wulingyuan a nie samym Zhangjiajie, bo stąd mieliśmy dużo bliżej do parku narodowego. Nasz Zhangjiajie Riverside hotel znajdował się zaledwie 10 minut piechotą od wschodniej bramy parku, a my chcieliśmy sobie odpuścić trochę kursowania taksówką w tę i z powrotem. Hotel był dość prosty, ale łóżko duże i wygodne, a za oknem widok na rzekę i góry (gdy tylko pogoda pozwalała na widoki ;) ). W cenie mieliśmy też śniadanie w pobliskiej restauracji, ale tutaj już bez rewelacji, bo typowe chińskie śniadania niezbyt do mnie trafiają. Głównym atutem hotelu jest zdecydowanie jego lokalizacja, ale nie można narzekać też na obsługę, która starała się być miła i pomocna - nawet zabukowali nam w sobie tylko znany sposób bilet na górę Tianmen na wybrany dzień, gdy Trip.com pokazywało, że wszystkie bilety już wyprzedane :).

DZIEŃ 5. PARK ZHANGJIAJIE

Bilety do parku mieliśmy zarezerwowane na najwcześniejszy przedział czasowy, czyli między 6:30 a 7 i dobrze, że do bramy mieliśmy tylko krótki spacer. Niestety, kompletnie nie współpracowała z nami pogoda, prognozy zapowiadały deszcz niemal przez cały dzień, a w Zhangjiajie chmury i deszcz często oznaczają zerową widoczność. Z samego rana było jednak pochmurnie, ale jeszcze nie padało, więc mogliśmy zobaczyć trochę charakterystycznych skał, wśród których gdzieniegdzie przesuwały się chmury. Wybraliśmy popularną trasę B, która zaczyna się od wjazdu na górę słynną windą Bailong i spaceru po obszarze Yuanjiajie - to tu znajdziemy Avatar Mountains, dla których przyjeżdża tu większość turystów. Trochę padało, ale widoczność była całkiem niezła, więc właściwie nie mogliśmy narzekać. Potem przenieśliśmy się do drugiej części parku, Yangjiajie, gdzie z pogodą i widocznością było bardzo różnie, czasem trzeba było czekać, aż przewieje chmury, czasem gdzieś się cofnąć, gdy przestawało padać, ale znów - mogło być gorzej ;). Było tak na ostatniej zaplanowanej na ten dzień części - góra Tianzi tonęła w zimnej mgle i deszczu. Widoczność zerowa i również zero szans na poprawę, bo prognozy się tylko pogarszały. Odpuściliśmy. I tak przeszliśmy jakieś 17 km w nieprzyjemnej pogodzie, pokonując ponad 100 pięter przewyższenia, i nie da się ukryć, czuliśmy się zmęczeni, zwłaszcza dodając do tego poranną pobudkę. Robić kolejne kilometry w deszczu i mgle, bez żadnych widoków, tylko dla samego zaliczenia kolejnego punktu? Bez sensu :). Wróciliśmy więc nieco wcześniej do hotelu, by wyschnąć, wygrzać się i pójść coś zjeść.

DZIEŃ 6. WIELKI KANION & PARK ZHANGJIAJIE

Początkowy plan na ten dzień zakładał przedpołudnie w Wielkim Kanionie lub w innej niż poprzedniego dnia części parku Zhangjiajie, a popołudnie/wieczór w miasteczku Furong. Jednak zaskakująco dobre prognozy pogody na ten dzień sprawiły, że miasteczko przełożyliśmy, a całą środę postanowiliśmy spędzić na łonie natury. Zaczęliśmy od Wielkiego Kanionu, gdzie było nieco chłodno i pochmurnie, ale nie padało, no i najważniejsze - były widoki! ;) Przeszliśmy słynnym szklanym mostem, M. zjechał w dół tyrolką (ja wybrałam bezpieczniejszą windę :P), popływaliśmy łódkami, pospacerowaliśmy wzdłuż rzeki, zajrzeliśmy do ładnie oświetlonej jaskini... To ładna i ciekawa miejscówka, nawet jeśli głównej części parku Zhangjiajie widokowo nie dorównuje ;). Potem wsiedliśmy w taksówkę i pojechaliśmy do południowej bramy parku, a tam przywitało nas piękne słońce i idealne widoki. Aż żal ścisnął serce, że nie mieliśmy takiej pogody poprzedniego dnia... Park Zhangjiajie zamykają o 18, więc mieliśmy dość ograniczony czas - wybraliśmy więc kilkukilometrowy szlak Golden Whip Stream. Prosta droga wzdłuż rzeki, niewymagająca trasa, ale pełna przepięknych widoków, do tego po drodze można było spotkać mnóstwo dziko żyjących małpek. Tym dniem byliśmy naprawdę zachwyceni :). A że trasa kończyła się przy wschodniej bramie (tzn. trzeba było podjechać jeszcze wewnętrznym shuttle busem, ale wciąż), więc mieliśmy już hotel na wyciągnięcie ręki. Ale tym razem nie na odpoczynek, tylko na zabranie bagaży. W Wulingyuan zatrzymaliśmy się tylko na czas zwiedzania parku, zaś pod kątem naszych kolejnych planów lepiej sprawdziło się już samo Zhangjiajie.
Może przenoszenie się z rzeczami co dwa dni nie jest najwygodniejszym rozwiązaniem, ale biorąc pod uwagę odległości w okolicy, nie widziało nam się kursowanie taksówkami codziennie. Dlatego na kolejne dwie noce wybraliśmy Xiangxi Dream Weaver Inn w samym Zhangjiajie, zaledwie kilka minut jazdy taksówką do obu kolejek na górę Tianmen. Także na dworzec kolejowy Zhangjiajiexi było stąd znacznie bliżej. Mieliśmy tu śniadania w cenie, ale nie miałam okazji skorzystać, bo pierwszego ranka czułam się tak sobie po ostatniej kolacji, a drugiego wyjeżdżaliśmy do Chengdu z samego rana, zanim jeszcze zaczęli serwować śniadanie. Sam hotel był fajnie położony, pokój dostaliśmy na 9 piętrze, więc i widoki były niczego sobie ;). No i znów trafiła się bardzo miła obsługa - pani opowiedziała, co warto wiedzieć o zwiedzaniu góry Tianmen, kupiła nam bilety wstępu do Furong, kierowca hotelowy odwiózł nas za darmo na dworzec ostatniego dnia... Wygodna była ta zmiana noclegu :).


DZIEŃ 7. GÓRA TIANMEN & FURONG

Znów poranna pobudka i przejazd DiDi pod stację kolejki ekspresowej na górę Tianmen. Było już trochę ludzi, ale zdecydowanie nie były to jeszcze szalone tłumy, więc w miarę szybko znaleźliśmy się przy słynnych schodach do nieba. M. ambitnie wszedł 999 schodów do góry, ja zdecydowałam się na ruchome schody, bo i tak tego dnia przeszliśmy prawie 20 km i zrobiliśmy niemałe przewyższenie, po co jeszcze dobijać kolana i stopy schodami... ;) Niestety, na samym szczycie góry Tianmen szybko otoczyły nas chmury i towarzyszyły nam przez całą resztę spaceru - o jakichkolwiek widokach mogliśmy zapomnieć. I tak zrobiliśmy całe kółeczko wokół szczytu, ale odpuściliśmy sobie dodatkowo płatne szklane podesty - po co, skoro i tak nie widać nic oprócz wszechobecnej bieli? Gdy zjechaliśmy z powrotem do Zhangjiajie i zjedliśmy szybki obiad, skierowaliśmy się na dworzec kolejowy, by stamtąd wyruszyć do Furong. Zabytkowe miasteczko położone tuż nad wodospadem robi wrażenie i za dnia, jednak dopiero po zmroku, gdy wszędzie pozapalają światła, dzieje się tu prawdziwa magia :). Aż żałowaliśmy, że nie mamy tu dodatkowego noclegu, bo zbieranie się stamtąd koło 21 na ostatnie pociągi do Zhangjiajie pozostawiło w nas poczucie, że byliśmy tu zdecydowanie za krótko...

DZIEŃ 8. CHENGDU

I kolejna pobudka z samego rana (wysypiania się nie było w planach na tę podróż), bo o 7:30 mieliśmy pociąg do Chengdu. To była nasza najdłuższa podróż pociągiem w Chinach, wspomniane już 860 km w ok. 5 godzin. Chengdu przywitało nas chmurami, ale też temperaturami sięgającymi 30 stopni, więc miło było w końcu poczuć lato ;). Zostawiliśmy rzeczy w hotelu, szybki prysznic, przebranie się i można było ruszać na miasto. Zaczęliśmy od świątyni Wuhou i przylegającej do niej turystycznej uliczki Jinli, która jest zdecydowanie jedną z najfajniejszych miejscówek w Chengdu. Potem ruszyliśmy do nowoczesnego centrum, czyli Chunxi Road, a gdy zaczęło się ściemniać, wsiedliśmy w metro na południe. Mieliśmy tu w planach dwie miejscówki, które trzeba zobaczyć po zmroku ze względu na fajne oświetlenie: bambusowe fontanny przy centrum handlowym SKP oraz charakterystyczne Twin Towers. To miał być spokojny dzień, w końcu połowę spędziliśmy w pociągu, a i tak wyszło nam prawie 15 km spaceru w upale... W Chinach się nie da zwiedzać na spokojnie ;).
No i nasz ostatni chiński nocleg: Echeng Hotel w Chengdu. Nowoczesny, bardzo dobrze położony, bo w zasięgu spaceru od Chunxi Road czy placu Tianfu. Tutaj już nie było europejskich gniazdek, ale zapewnili przejściówkę + mieliśmy swoje, więc w zupełności wystarczyło. Wybór śniadań bardzo dobry - zarówno azjatyckich, jak i bardziej europejskich, więc każdy znalazłby coś dla siebie. Dla własnej wygody zapłaciliśmy tutaj za dodatkową noc - wylot mieliśmy o 2:55, więc na lotnisko zbieraliśmy się ok. 22:30. Teoretycznie moglibyśmy wymeldować się o tej 11 i zostawić bagaże, ale przy chińskich cenach hoteli wolałam zapłacić za tę kolejną dobę i wymeldować się po 22. Móc na spokojnie wieczorem wrócić do hotelu, wziąć prysznic, spakować się, podładować telefony i trochę odpocząć przed całonocną podróżą.

DZIEŃ 9. DUJIANGYAN & CHENGDU

Jak Chengdu to pandy - ale my nie chcieliśmy jechać do słynnej i bardzo popularnej wśród turystów Panda Base w samym mieście. Wybraliśmy Dolinę Pand w Dujiangyan, fakt, że dobrą godzinę jazdy z Chengdu, ale można było zobaczyć zarówno pandy wielkie, jak i pandki rude w naturalnym środowisku, a to było po prostu piękne :). Jako że pojechaliśmy tam z samego rana, dobrze staliśmy z czasem i nie musieliśmy od razu wracać do Chengdu. Podjechaliśmy więc do drugiego miejsca w Dujiangyan, które bardzo chciałam zobaczyć - starego systemu irygacyjnego wpisanego na listę UNESCO. Przy nieco deszczowej pogodzie nie mieliśmy najlepszych widoków, ale i tak sporo ciekawych miejsc udało się zobaczyć. Po południu wróciliśmy do ciepłego i słonecznego Chengdu, zostawiając sobie na tę końcówkę dnia ostatnią atrakcję: turystyczne uliczki Kuanzhai. A potem było już tylko pakowanie i czas na powrót do Wiednia...

Swoją drogą, przy uliczkach Kuanzhai ma swój oddział współpracująca z oficjalną chińską pocztą Panda Post. Zajrzeliśmy tam ostatniego dnia, by wysłać kartki - znaczki były za 5¥ (2,70 zł) - bo wcześniej było z tym ciężko. Po pierwsze sam zakup pocztówek wcale nie był taką oczywistą rzeczą. O ile jakieś rysunkowe wzory z pandami faktycznie można było dostać w Chongqing i Chengdu niemal wszędzie, to z widokówkami było dużo gorzej. W Chongqing wypatrzyłam je tylko w jakimś sklepie papierniczym w Shibati, ale dni mieliśmy tak zapełnione, że kartki wypisywaliśmy dopiero w pociągu z Zhangjiajie do Chengdu, czyli cały tydzień po zakupie. Jeśli chodzi o pocztówki z Zhangjiajie - w samym parku na górze Tianmen wypatrzyłam jedno stoisko, choć wybór był nieduży. W Chengdu - tylko kartki z pandami :). Samą chińską pocztę widywałam w miastach, placówki z zielonymi skrzynkami przed wejściem były otwarte codziennie do 17. Godzina też nas niezbyt urządzała, bo większość naszych miejskich spacerów odbywała się popołudniami/wieczorami. W tę Panda Post to już specjalnie ostatniego dnia celowałam, no i mam nadzieję, że kartki dojdą. Ale kiedy...? ;)
No i na sam koniec podsumowanie różnych naszych chińskich obserwacji :)
- W Chinach naprawdę prawie nikt nie mówi po angielsku. Nawet w turystycznych miejscach, nawet na lotniskach czy w hotelach. Zdarzają się wyjątki, ale to naprawdę rzadko. Zazwyczaj translator w telefonie to konieczność, na szczęście w większości miejsc ludzie są do tego przyzwyczajeni - mówisz po swojemu, pokazujesz tłumaczenie i czekasz na odpowiedź w tej samej formie. Zresztą w Chinach na pierwszy rzut oka z 90% turystów to Chińczycy, widuje się też obcokrajowców, ale oni naprawdę toną w masie miejscowych turystów. Nic więc dziwnego, że wszystko i wszyscy są nastawieni właśnie na nich.
- Jak w wielu azjatyckich państwach, toalety są zazwyczaj na Małysza. Jednak w większości miejsc w stylu lotnisk, dworców, centrów handlowych, atrakcji turystycznych, zazwyczaj znajdzie się jedna-dwie kabiny z normalną muszlą. Normalnie jest też w hotelach. Papier toaletowy to loteria - czasem będzie w kabinie, czasem jeden wspólny do odrywania kawałków przy wejściu do toalet, dość często też nie będzie niczego, więc warto nosić ze sobą chusteczki higieniczne. Mimo wszystko warto podkreślić, że darmowe toalety są wszędzie, na skalę, jakiej nigdzie nie widziałam. Nawet w parkach narodowych urządzili odpowiednią infrastrukturę. Chyba pierwszy raz w podróży nie musiałam się martwić ilością spożywanych płynów i myślą, gdzie ja znajdę potem toaletę.
- Jedzenie pałeczkami nie jest takie straszne i naprawdę szybko idzie się przyzwyczaić ;). Tak, czasem się trafi jedzenie tak śliskie, że będzie uciekać, a czasem dadzą niewygodne lub za grube pałeczki i będzie się nimi źle jadło... ale zazwyczaj wszystko będzie ok, a nam nawet na myśl nie przyjdzie, by zatęsknić za widelcami.
- Chińczycy chrząkają, charczą i plują wszędzie. Jest to dla nas obleśne i raczej ciężko by się było przyzwyczaić, zwłaszcza gdy próbuje się jeść, a tu ktoś wydaje nam takie dźwięki za plecami... A poza tym zawsze i wszędzie jest głośno. Wylądowaliśmy w Austrii i nagle wiedeńskie lotnisko wydawało nam się takie ciche i spokojne...
- Palenie w miejscach publicznych to norma, co dla mnie jako osoby niepalącej było dość irytujące. Na szczęście w każdym hotelu mieliśmy pokój dla niepalących - warto na to zwracać uwagę, bo można niemiło trafić. Nie można też palić w transporcie, ale np. shuttle busy na górze Tianmen już śmierdziały papierosami...

No i najważniejsze pytanie - ile to wszystko kosztowało? Chiny są tanie i najdroższą częścią były tu niewątpliwie loty. Nie oszczędzaliśmy też na hotelach, bo patrząc na przystępne z europejskiego punktu widzenia ceny, woleliśmy czasem dopłacić za lepszy nocleg. Mimo wszystko całość wyszła nas mniej niż planowany wcześniej Uzbekistan z biurem podróży, więc chyba Rainbow zrobił nam tu przysługę, odwołując wycieczkę ;).
- Loty Chengdu-Wiedeń-Chengdu: 1.479 € (6.258 zł)
- Hotele: 544 € (2.302 zł)
- Karty eSIM: 62 € (262 zł)
- Wycieczka zorganizowana do Dazu: 177 € (749 zł)
- Pociągi: 180 € (761 zł)
- Taksówki: 137 € (580 zł)
- Transport publiczny: 10 € (42 zł)
- Bilety wstępu: 384 € (1.625 zł)
- Restauracje / przekąski: 397 € (1.679 zł)
- Zakupy: 70 € (296 zł)
- Pamiątki / prezenty: 59 € (250 zł)
- Wszystko inne (np. chiński powerbank, zdjęcia z atrakcji, itp.): 78 € (330 zł)
Czyli całościowo (nie licząc dodatkowo kupionych lotów Wiedeń-Xi'an-Chongqing, bo tu wciąż liczę na odzyskanie pieniędzy) cały wyjazd kosztował nas 3.649 € - 1.824,50 € na osobę, jakieś 7.723 zł. Tak, dałoby się taniej, dałoby się pewnie też sporo drożej. Było intensywnie, było pięknie, było niestabilnie pogodowo, ale zdecydowanie nie żałuję wyboru tego kierunku. Pewnie do Chin kiedyś wrócimy, bo widzieliśmy tylko niewielką część, ale nie w najbliższym czasie - musimy odpocząć ;). Zaś poniższą grafikę sobie wygenerowałam, tworząc wstępny plan podróży, jeszcze przed wyjazdem. Prawie się udało ;).

Prześlij komentarz

0 Komentarze