Advertisement

Main Ad

Chongqing - jedyne takie miasto

Chiny Chongqing
Na Chongqing przeznaczyliśmy początkowo 2 dni. Jednak Hainan Airlines odwołały nasz lot do Chengdu, a nowe, alternatywne połączenie było właśnie do Chongqing i takim trafem dostaliśmy dodatkowy dzień na to miasto. Fakt, że niepełny, bo po długiej podróży i zmianie strefie czasowej nie mieliśmy zbyt dużo energii i nie dotrwaliśmy do późna, ale wciąż... ;) Wydawało mi się, że 3 dni na takie nowoczesne miasto w zupełności wystarczą - w końcu ile można oglądać wieżowce? Oj, bardzo się myliłam. W Chongqing można by spędzić tydzień i człowiek by się nie nudził. I mam tu na myśli samo miasto, bo w internecie trafiałam na sporo planów na co zobaczyć w Chongqing w 4-5 dni i wszystkie obejmowały ze 2-3 dni na wycieczkach do parku Wulong i Dazu. My przy 3 dniach na miejscu musieliśmy przebierać w planach i nie poświęcać niektórym atrakcjom tyle czasu, ile bym chciała. Do tego niezbyt sprzyjała nam pogoda - fakt, było ciepło, ale też pochmurnie i często deszczowo. Dlatego nieraz trzeba było stawiać na atrakcje pod dachem, a o przyjemnościach w stylu herbaciarni z widokiem na miasto nawet nie myślałam. My się cieszyliśmy, jak jakieś widoki w ogóle były, bo - zwłaszcza z rana - Chongqing często tonął w chmurach i mgle. Odbija się to też na moich zdjęciach z tego miasta, wszystkie są szare z nijakim, białym niebem... Najlepiej więc było fotografować Chongqing nocą ;). Oczywiście nikogo chyba nie zdziwi, że już następnego dnia po naszym wyjeździe były tu 32 stopnie i słońce, podczas gdy my już mokliśmy i marzliśmy gdzie indziej, prawda? Wciąż jednak Chongqing nas zafascynował i chcę go tu z tej mojej perspektywy pokazać :).
W internecie często przewija się określenie, że Chonqing to największe pod względem populacji miasto na świecie, z liczbą ludności sięgającą ok. 32 milionów mieszkańców (niektóre źródła podają nawet 34 miliony). Jest to określenie trochę na wyrost, bo tak dużą liczbę ludności ma cała aglomeracja Chongqingu, której rozmiary są zbliżone do... całej Austrii ;). Chongqing postrzega się jednak inaczej niż chociażby sąsiednie Chengdu, bo nie należy do żadnej prowincji, ale jest tzw. miastem wydzielonym będącym prawnie czymś na kształt prowincji (tak samo jak chociażby Pekin czy Szanghaj). Jeśli jednak z terenu miasta wydzielonego wysupłamy samo miasto Chongqing, to okaże się, że liczy ono sobie tylko ok. 10 milionów mieszkańców... i tu już znajdą się większe miasta na świecie ;). Mimo wszystko nie da się zaprzeczyć: Chongqing jest ogromny i zatłoczony, ale jednocześnie też bardzo uporządkowany i zaskakująco łatwy do ogarnięcia. Warto zatrzymać się w dzielnicy Yuzhong, stanowiącej serce miasta - stąd (prawie) wszędzie będziemy mieć blisko :). Fakt, że się trzeba nachodzić, także po schodach, ale w Chongqing człowiek nie zdaje sobie sprawy, gdy po prostu spacerując robi te 15-20 tysięcy kroków. Tylko wieczorem czuć to w nogach... ;)
Najbardziej charakterystycznym punktem w Yuzhong jest deptak Jiefangbei, w którego centrum stoi pomnik Wyzwolenia Ludu. Większość filmików z trasami po Chongqing, jakie oglądałam, zaczynało się właśnie tu - stąd dzieli nas krótszy bądź dłuższy spacer do większości najważniejszych atrakcji miasta. Oglądanie takich filmików sporo nam ułatwiło, bo poruszanie się po Chongqing przy użyciu GPS-a (nawet w chińskiej apce Amap) było niezłym wyzwaniem. Mówi się, że Chongqing to miasto 8-D i ta wielopoziomowość jest najlepiej widoczna w Kuixinglou. Stoimy na placu, obok sklepy i świątynie, przechodzimy parę kroków dalej i nagle stoimy na mostku, a 22 piętra niżej biegną kolejne ulice. Nie mam stamtąd więcej zdjęć poza tym jednym zrobionym telefonem, bo akurat wtedy deszcz postanowił rozpadać się na tyle, że wolałam nie wyciągać aparatu... Ale i tak zdjęciami ciężko oddać tę różnicę poziomów, zdecydowanie lepiej to wygląda na filmikach. Bądź co bądź Kuixinglou nie jest jedynym takim miejscem w Chongqing - miasto zbudowano na wzgórzach i wielokrotnie się zdarzało, że byliśmy przekonani, że jesteśmy na poziomie zero, a tu nagle dołem biegła kolejna ulica, albo plac, na którym staliśmy, okazywał się jednocześnie dachem jakiegoś budynku. I dlatego właśnie GPS tu czasem głupieje - ciężko mu trafić we właściwy poziom...
Innym miejscem, gdzie te różne poziomy mocno rzucają się w oczy, jest stacja metra Liziba. Z centrum dojedziemy tu metrem za zaledwie 3 ¥ (1,65 zł) - w Chongqing nie ma stałej ceny biletu, bo cena zależy od ilości przejechanych stacji, ale kursując po mieście, płaciliśmy zazwyczaj 3-6 ¥. Linia nr 2, która dojeżdża do Liziby, jedzie nad ziemią wzdłuż rzeki Jialing, więc można po drodze podziwiać widoki. A gdy będziemy dojeżdżać do stacji, zobaczymy plac z tłumem ludzi... i wszyscy oni czekają właśnie na to metro. Ale nie żeby do niego wsiąść, tylko żeby zobaczyć, jak podjeżdża na stację, bo to też jest jedna z największych atrakcji Chongqing ;). Dlaczego? Bo stację Liziba zbudowano wewnątrz budynku mieszkalnego, gdzieś na wysokości 6-8 piętra. Krótko mówiąc, co parę minut pociąg wjeżdża tutaj do środka wieżowca, co niezaprzeczalnie jest dość ciekawym widokiem (i szczerze nie zazdroszczę mieszkańcom budynku). Na placu, z którego można to dobrze oglądać, stoją tłumy turystów robiących sobie zdjęcia - często z otwartymi ustami, w pozie udającej, że chcą ten pociąg połknąć ;). Mnóstwo tu też ulicznych sprzedawców i fotografów, oferujących najwymyślniejsze ujęcia z pociągami.
A jeśli pogoda dalej nie sprzyja i/lub chce się trochę więcej pojeździć metrem w Chongqingu, to można podjechać kawałek dalej - do centrum handlowego The Ring. Tak, sama się śmiałam z pomysłu zwiedzania galerii handlowej, ale czasem trzeba sięgać po atrakcje z końca listy, byleby tylko znajdowały się pod dachem... ;) A, jakby nie patrzeć, The Ring urządzono z rozmachem - już korytarze łączące centrum z metrem wyglądają bardzo futurystycznie, zaś w środku... wysoki wodospad, drzewa podwieszane pod sufitem, biegnąca pod odszklonym sufitem drewniana ścieżka w powietrzu, pozwalająca na oglądanie tego wszystkiego... Tu nie trzeba robić zakupów, tu wystarczy robić zdjęcia ;). Dolna część, obejmująca miniaturowy las deszczowy i sadzawkę pod wodospadem, jest dostępna tylko po zeskanowaniu kodu QR i zarejestrowaniu wejścia. Wygląda to na sposób kontrolowania tłumu, bo miejsca tam jest niedużo, ale nam WeChat kompletnie nie współpracował i wszystko chodziło masakrycznie wolno. Aż się dwie młode Chinki zaangażowały w pomoc nam (bo do tego wszystko było też tylko po chińsku, wiadomo ;) ), ale i one wymiękły - za to podeszły do pani na bramkach i szybko ją przekonały, by wpuściła nas bez tego kodu QR :).
The Ring położony jest w północnej części Chongqing, więc wracając stamtąd do centrum, postanowiliśmy wysiąść na jednej z wcześniejszych stacji i połączyć obiad z atrakcją turystyczną ;). Chongqing słynie z własnego, wybitnie pikantnego hot pota. Ja ostrego jedzenia nie lubię, ale na szczęście gorący kociołek był podzielony na dwie części, a w jednej z nich mogłam wybrać zwykły, grzybowy bulion. A do tego zamawia się różne składniki, które samodzielnie gotuje się, zaś potem próbuje wyłowić pałeczkami... Podobno niektórzy zakładają sobie do jedzenia fartuszki i aż sama pożałowałam, że tego nie zrobiłam, bo cóż - trzeba się było potem przebrać :P. A dlaczego wspomniałam o połączeniu obiadu z atrakcją turystyczną? Bo jeden z najpopularniejszych hot potów w Chongqing mieści się w ogromnym bunkrze niedaleko parku Longtousi i samo miejsce robi ogromne wrażenie. Cenowo też jest naprawdę świetnie, bo za kociołek pełen najróżniejszych rzeczy, których nie mogliśmy przejeść, plus po dwa lokalne piwa na głowę zapłaciliśmy coś pod 100 zł - a powiedzmy sobie szczerze, przesadziliśmy z zamawianiem :P.
Z pełnymi brzuchami można wrócić do centrum i kontynuować zwiedzanie ;). Zatem co jeszcze wartego uwagi można zobaczyć w Chongqing? Dla mnie taką ciekawostką z serii must-see była świątynia Luohan, położona w centrum dzielnicy Yuzhong, zaledwie kilkaset metrów od deptaka Jiefangbei. Zabytkowa buddyjska świątynia w sercu nowoczesnego miasta - to naprawdę niesamowite zestawienie. Ze wszystkich stron otaczają ją wieżowce, co daje świetny efekt na zdjęciach... no, a przynajmniej na pewno dawałoby, gdyby niebo nie było pełne nisko wiszących chmur ;). Wstęp tutaj kosztuje 20 ¥ (10,85 zł), a świątynia otwarta jest w godzinach 8:00-17:00, jeśli wierzyć internetowym informacjom.
Luohan swoją historią sięga XI wieku, powstała za czasów dynastii Song jeszcze jako świątynia Zhiping. Na przestrzeni wieków była wielokrotnie rozbudowywana i przebudowywana, jednak niewiele z tamtych czasów zostało... W 1939 roku kompleks został zbombardowany przez Japończyków i większość budynków uległa zniszczeniu. Chińczycy po wojnie rozpoczęli odbudowę, po czym... sami jeszcze raz zniszczyli sporą jej część podczas rewolucji kulturalnej z 1966 roku - czasy Mao zdecydowanie nie były najlepszym okresem dla takich miejsc... Ponowne otwarcie nastąpiło dopiero w połowie lat osiemdziesiątych, więc tak naprawdę to, co można tu dzisiaj oglądać, to efekt dwóch etapów prac: po II wojnie światowej i od lat osiemdziesiątych. Ułamek tysiącletniej historii świątyni...
Kompleks świątynny Luohan jest zaskakująco duży i choć nie wszystko jest udostępnione odwiedzającym, spokojnie można spędzić w środku z 1,5 godziny. Zwłaszcza że nie wszystkie zakątki są oczywiste, nie zawsze wiadomo, w którą stronę pójść, by czegoś nie przegapić... My się parę razy wracaliśmy do różnych rozwidleń, by się upewnić, że wszystko widzieliśmy. A raz zdarzyło nam się nawet wejść tam, gdzie nie powinniśmy, bo w ciemnym korytarzu nie zauważyliśmy karteczki z napisem no tourists ;). W majową sobotę było tu trochę ludzi i do najpopularniejszych kadrów ustawiały się krótkie kolejki, było to jednak do zniesienia - z raz czy dwa sami też dołączyliśmy do kolejki, by uchwycić jakieś zdjęcie ;). Przy wejściach do niektórych ważniejszych hal modlitewnych stały też pracowniczki świątyni, które nawet nauczyły się krzyczeć po angielsku: no photos! - na szczęście dotyczyło to tylko kilku pomieszczeń.
Najciekawszym miejscem w świątyni Luohan jest niewątpliwie hala/świątynia Arhatów. Zresztą chińskie słowo Luohan oznacza to samo co Arhat w sanskrycie (w języku polskim podobno funkcjonuje tu słowo Arahant, ale generalnie wszystkie brzmią dla mnie równie obco...), czyli kogoś, kto doznał oświecenia, osiągnął nirwanę. W ogromnym pomieszczeniu znajdziemy ponad 500 rzeźb w różnych pozycjach i zaleca się, by odliczać te figury - kobiety zaczynają z jednej strony, mężczyźni z drugiej - a potem odczytać znaczenie tego, gdzie zakończymy... My tego nie robiliśmy, zresztą ciężko tak naprawdę było ogarnąć, o co tu chodzi, ale widać było, że Chińczycy nie tylko się do tego stosują, ale też zapisują tu swoje modlitwy.
Po wyjściu ze świątyni warto skierować się do kolejnego miejsca w Chongqing, gdzie nowe łączy się ze starym. Jest to ulica Shibati, oddalona o kilometr na południowy zachód od pomnika Wyzwolenia Ludu (jak już wspomniałam, pomnik ten to główny punkt odniesienia przy poruszaniu się po mieście ;) ). Choć tak naprawdę z turystycznego punktu widzenia Shibati to nie tylko ta jedna uliczka, ale też kilka odbijających od niej z podobnymi drewnianymi domkami, sklepami i restauracjami. To takie chińskie stare miasto w centrum nowoczesnej metropolii. To jedyne miejsce w Chongqing, gdzie wypatrzyłam fajne widokówki, więc jeśli szukacie ładnych i ciekawych pamiątek z tego miasta, to Shibati jest najlepszym miejscem dla takich zakupów.
Zwiedzanie Shibati najlepiej zacząć od góry, czyli od północnej strony (jeśli podjeżdża się metrem, to linia nr 2 na stację Jiaochangkou), bo zaczniemy wtedy od punktu widokowego na rzędy drewnianych domków otoczonych wieżowcami. A potem będziemy schodzić licznymi schodami w dół, bo uliczka Shibati zdecydowanie nie jest płaska. Więc tylko od Was zależy, w którym kierunku zechcecie pokonać te wszystkie schody, ale ze swojej strony wspomnę, że błądząc po zakamarkach pewnie nie jeden raz przyjdzie się cofać i odbijać w kolejne uliczki ;). Dla mnie Shibati to jedno z najbardziej klimatycznych miejsc w Chongqing i warto wpaść tutaj na dłużej, a nie tylko na krótki spacer, by odhaczyć kolejną atrakcję.
Przejdźmy teraz do najpopularniejszej miejscówki w Chongqing, choć uprzedzam - będzie tłoczno! ;) Hongya Dong - w języku angielskim funkcjonująca też jako Hongya Cave - to 11-piętrowy kompleks położony na brzegu rzeki Jialing. I wbrew pozorom nie jest to wieżowiec, ale raczej kawałek ciekawej, tradycyjnej zabudowy idealnie wkomponowany w strome zbocze nad rzeką - nieważne, czy zaczniecie od góry czy od dołu, zawsze będziecie na poziomie gruntu. Ot, uroki Chongqing ;). Hongya Dong wygląda na zabytkowy kompleks, ale to celowy efekt, bo tak naprawdę prace rozpoczęto w 2006 roku. Zresztą budowla wywiera spore wrażenie z zewnątrz, ale w środku znajdziemy po prostu targ i centrum gastronomiczne - wszystko w bardzo turystycznych cenach, więc nie dziwią internetowe porady, by miejsce to oglądać tylko z zewnątrz. My i tak tam zajrzeliśmy, by przyjrzeć się ulicznym przekąskom, ale szybko uciekliśmy na zewnątrz, bo takiego nagabywania nie spotkaliśmy nigdzie indziej w Chinach... 
Spod Hongya Dong ruszają też statki turystyczne, a na dole można natrafić na tłumy naganiaczy, zachęcających do wzięcia udziału w rejsie. Szczerze powiedziawszy, z chęcią bym się na to skusiła, mając z dodatkowy dzień czy dwa i przede wszystkim przy lepszej pogodzie. Choć naganiaczka (oczywiście za pośrednictwem internetowego tłumacza) i tak próbowała nas przekonać, że według prognozy od 19 ma już nie padać, więc możemy kupić bilety - nie to, że prognozy już od 13 zapowiadały koniec deszczu i ciągle przesuwały ten koniec o godzinę, a była 18:30 i my znowu chowaliśmy się pod parasolem... Bądź co bądź na rejs widokowy się nie skusiliśmy, ale i tak chcieliśmy zobaczyć Hongya Dong wieczorową porą. O zmroku (nie ma tu stałej godziny, bo zależy od miesiąca, ale w maju było to ok. 19:30) cała budowla zostaje pięknie oświetlona i to jest naprawdę jeden z najpopularniejszych widoków z Chongqing, jakie można znaleźć. Zarówno na dole na wybrzeżu, jak i na pobliskim moście Qiansimen gromadzą się prawdziwe tłumy, które chcą zobaczyć moment włączenia iluminacji. My na most weszliśmy chwilę później, gdy Hongya Dong była już oświetlona, ale i tak przeciskanie się przez tłum na moście, by mieć w miarę dobry widok, to było ekstremalne przeżycie. Choć nie powiem, że nie było warto, bo pięknie to wszystko oświetlili... ;)
Przejdźmy teraz na drugą stronę dzielnicy Yuzhong, a potem przez rzekę Jangcy... przejdźmy albo przejedźmy ;). Bo Jangcy w Chongqing można pokonać też kolejką linową, która stała się już symbolem tego miasta. Otwarta w latach osiemdziesiątych jako regularny środek transportu dziś jest już bardziej atrakcją turystyczną. Kolejka pokonuje odległość 1.166 m w ok. 5 minut i mamy tu do wyboru dwie stacje: północną (w Yuzhong) lub południową. Internetowe polecajki wskazywały stację południową jako zdecydowanie mniej zatłoczoną, w północnej podobno ustawiają się kolejki na kilkadziesiąt minut czekania. Nie wiem, może w słoneczny dzień... W deszczowy poniedziałek na obu stacjach były pustki i bez problemu można było wsiąść w pierwszy wagonik (inna bajka, że trochę ludzi się do takiego wagonika zmieści). Przejażdżka w jedną stronę kosztuje 15 ¥ (8,15 zł), a przy stacjach są też fajne platformy widokowe, skąd można oglądać Chongqing po drugiej stronie i nadjeżdżający wagonik kolejki. No i generalnie tak sobie myślę, że to było całkiem fajne doświadczenie, ale nie jakiś must-do w tym mieście - równie fajnie można sfotografować wagonik kolejki na tle wieżowców, stojąc na ziemi ;).
Po drugiej stronie rzeki Jangcy, tuż przy moście Dongshuimen, znajdują się dwa skupiska zabytkowych domków, które koniecznie trzeba w Chongqing odwiedzić: Longmenhao i Xihaoli. Położone jedno obok drugiego i rozdzielone drogą dojazdową do mostu są jednym z najbardziej klimatycznych miejsc w mieście - szczególnie po zmroku, gdy wszystko jest pięknie oświetlone. Sporo tu schodów, bo okolice te zaczynają się tuż nad rzeką i ciągną do góry, do poziomu mostu (część można podjechać windą, ale wieczorową porą ustawiają się do niej spore kolejki). Longmenhao i Xihaoli to świetne miejscówki na zdjęcia (także z widokiem na wieżowce na drugim brzegu rzeki), liczne restauracje i sklepiki oraz piękna zabudowa - aż żałuję, że nie spędziliśmy tu więcej czasu, ale zbieraliśmy się na wydarzenie, dla którego to właśnie od Chongqing zaczęliśmy przygodę z Chinami...
W każdy sobotni wieczór po zmroku - w maju była to 21:00, ale zimą podobno już o 20:30 - w Chongqing odbywa się pokaz dronów. Oczywiście, jeśli pogoda pozwoli, więc tu do ostatniej chwili nie byliśmy pewni, ale na szczęście wieczorem nie padało i drony wystartowały. W zwykłą sobotę różne formacje na niebie tworzy ok. 5.000 dronów, ale jeśli traficie tu w jakieś większe święto, to dopiero wtedy pokazy urządzane są z prawdziwym rozmachem. Ja się chyba naoglądałam w internecie za dużo tych filmików ze świąt i potem zwykły pokaz mnie trochę rozczarował :P. Najczęściej polecaną miejscówką na oglądanie dronów jest nadrzeczna promenada Nanbin Road, my też tam czekaliśmy na pokaz, ale... Ta ulica jest bardzo długa, więc najlepiej stanąć w pobliżu mostu Chaotianmen - my o tym już nie wiedzieliśmy i czekaliśmy na promenadzie nieco bardziej na południe. Naturalnie też mogliśmy oglądać pokaz, ale jednak z pewnej odległości i pod kątem... z drugiej strony uniknęliśmy stania w najgorszym tłumie i łatwiej nam było potem wrócić do dzielnicy Yuzhong, więc coś za coś ;).
Inną miejscówką, którą warto odwiedzić po zmroku, jest kompleks Raffles City. To osiem wieżowców, z czego cztery są połączona długim na 300 m mostem w powietrzu - część mostu należy do hoteli i jak się okazało, nie można tam sobie ot tak wejść, ale część jest biletowana i urządzono tam świetną platformę widokową. Świetną i nieco przerażającą, bo podłoga jest szklana, a znajdujemy się na wysokości 250 m... Za wstęp na samą platformę widokową zapłacimy 120 ¥ (65,15 zł), ale są jeszcze pakiety obejmujące też huśtawkę za 180 ¥ (97,70 zł) lub sky walk - spacer na górze mostu za 198 ¥ (107,50 zł) lub wszystko razem za 248 ¥ (134,60 zł). Ja mam lęk wysokości (może nie jakiś paniczny, ale wciąż...), dla mnie już sama szklana platforma powodowała spory dyskomfort, ale chciałam zobaczyć miasto z góry. Ale tutaj akurat bilety kupował M. i coś mu się pomyliło, no i zamiast na sam taras widokowy kupił bilety na pakiet z huśtawką. Przypominam, na wysokości 250 m. I sama do dzisiaj nie wiem, jak to się stało - wszystko działo się jakoś szybko, bo nie było żadnych kolejek, a ja nie zdawałam sobie sprawy, jak ta huśtawka naprawdę wygląda... - ale poszłam na tę atrakcję. Bo że M. się nią ekscytował i cieszył jak dziecko, to nawet mnie nie dziwi :P. Mi wystarczyło, że huśtawka się odchyliła do startu i już z przerażenia zaciskałam dłonie i powieki, a potem chciałam tylko, by to się już skończyło, natychmiast. Po pewnym czasie, gdy wszystko zwolniło, byłam w stanie na chwilę otwierać oczy i patrzeć na panoramę (piękną, nie zaprzeczę), jeśli akurat nie wisiałam w takie pozycji, że umierałam ze strachu :P. Ale na filmikach i zdjęciach z huśtawki mam wszędzie przerażoną minę, zaciśnięte zęby i zamknięte oczy, no, nie wyglądam na najszczęśliwszą osobę na świecie. Więc zależy kogo zapytacie: M. poleca, ja odradzam... ;)
Ostatnim miejsce, jakie odwiedziliśmy w Chongqing, była hala zgromadzeń Huguang położona w dzielnicy Yuzhong, przy samym moście Dongshuimen. Kompleks zbudowano na początku XIX wieku, a bilety wstępu kosztują 25 ¥ (13,55 zł) - i to jedno z tych miejsc, gdzie przy kupnie biletów potrzebowali naszych paszportów... Ale jak wiadomo, w Chinach paszporty trzeba mieć zawsze przy sobie, więc to już nawet nie dziwiło ;). Przez 200 lat swojego istnienia Huguang pełniła różne funkcje, ale najważniejsza jest niewątpliwie ta kulturalna - do dziś można tu oglądać występy teatralne i operowe. Do tego w kompleksie znajduje się też muzeum, ale wszystko poza nazwami poszczególnych sekcji jest wyłącznie po chińsku, więc przez tę część przeszliśmy dość szybko. Huguang to niewątpliwie ciekawostka na mapie Chongqing, ale nie powiedziałabym, że jest to miejsce obowiązkowe, zwłaszcza jak ma się ograniczony czas ;).
Jak widać, w Chongqing udało nam się zobaczyć całkiem sporo i był to dość intensywny czas, a jednak wciąż moglibyśmy spokojnie zostać tutaj na kilka dni więcej, gdybyśmy je tylko mieli... Miałam na swojej liście Wielką Halę Ludową z połowy XX wieku, zabytkową i położoną nieco bardziej na uboczu dzielnicę Ciqikou, z przyjemnością wybrałabym się przy sprzyjającej pogodzie do herbaciarni na wzgórzu widokowym, by oglądać stamtąd zachód słońca albo na taras widokowy Rooftop 131, by zrobić sobie sesję zdjęciową rodem z Cyberpunka. Chongqing to niesamowite miasto, w ciekawy sposób łączące architekturę nowoczesną i klasyczną. To było naprawdę fajne rozpoczęcie przygody z Chinami :).

Prześlij komentarz

0 Komentarze