Ninh Binh to prowincja położona w delcie Rzeki Czerwonej, jakieś 100 km na południe od Hanoi. Podróżnicza strona internetu niemal jednogłośnie twierdziła, że jest to jedno z najpiękniejszych, jeśli nie najpiękniejsze miejsce w Wietnamie, więc nie potrzebowałam więcej niż kilka zdjęć z tych okolic, by przekonać się do wyjazdu tam :). Jako że czas mieliśmy dość mocno ograniczony, postawiliśmy na wycieczkę zorganizowaną, a chyba żaden z kierunków nie miał tak różnorodnego programu wycieczek z Hanoi jak Ninh Binh. Przeglądałam oferty i kompletnie nie mogłam się zdecydować! Największy problem miałam z tym, że jest to jednak dość duża prowincja i całkiem sporo można tam zobaczyć... tylko potrzeba więcej czasu niż ten jeden dzień, który my mieliśmy. A naprawdę ciężko było wybrać. Rejs łódkami w Trang An czy Tam Coc? Zwiedzanie starej stolicy czy ogromnej pagody? Los trochę zadecydował za nas... :) Postawiłam na Trang An i pagodę Bai Dinh, ale wieczorem przed rozpoczęciem wycieczki zadzwonił do mnie organizator, że dostali informację, że tego dnia ma się odbyć w pagodzie jakaś uroczystość i spodziewają się tłumów, nawet z zagranicy. Zasugerowali zamianę pierwszej części wycieczki na Hoa Lu, czyli właśnie dawną stolicę. Uznałam, że najwidoczniej los tak chciał, byśmy zwiedzili jednak to i zgodziłam się na zamianę programu.
Zatem pobudka z samego rana, dobre dwie godziny jazdy i dotarliśmy do Hoa Lu. Przez czterdzieści lat na przełomie X i XI wieku było stolicą Đại Việt, jak niegdyś nazywano państwo wietnamskie. W 968 roku, cesarz Đinh Bộ Lĩnh zjednoczył kraj, czyniąc z Hoa Lu pierwszą stolicę (w 1010 roku przeniesiono ją do Thăng Long, czyli Hanoi, które pełniło tę funkcję do początków XIX wieku... i od 1945 roku pełni ją ponownie ;) ). Zatem z punktu widzenia długiej historii Wietnamu Hoa Lu stolicą wybitnie długo nie było, ale do dziś może szczycić się mianem tej pierwszej, starożytnej stolicy :). Wybór tego miejsca był nieprzypadkowy, bo okolica jest pełna gór, rzek i dolin, co znacznie ułatwiało obronę - a obecnie zapewnia dodatkowe widoki odwiedzającym Hoa Lu turystom.
Wstęp na teren kompleksu Hoa Lu jest bardzo tani, bo kosztuje zaledwie 20.000 dongów (2,75 zł). Choć trzeba pamiętać, że sprzed tysiąca lat, czyli z czasów świetności stolicy, właściwie nic się nie zachowało, nie znaczy to jednak, że nic ciekawego tutaj nie zobaczymy. Obecnie Hoa Lu słynie głównie z dwóch świątyń - poświęconej Đinh Tiên Hoàngowi (założycielowi dynastii Đinh) oraz Lê Đại Hànhowi (założycielowi dynastii Lê). Na terenie kompleksu znajdziemy też symboliczne groby pierwszych cesarzy oraz kilka innych pagód i świątyń, choć my - ze względu na ograniczony czas wycieczki - nie mogliśmy sobie pozwolić na zwiedzanie całości...
Najwięcej czasu poświęciliśmy świątyni Đinh Tiên Hoànga. Jest to XVII-wieczna, pięknie zdobiona budowla położona na ruinach sięgających jeszcze X wieku. Wszędzie dominują królewskie, smocze motywy, choć nie braknie tu i innych ciekawych wzorów. Za tłumem weszliśmy prawymi drzwiami, rozejrzeliśmy się po niewielkiej świątyni - podobno jedynej w całym kraju, gdzie czci się tego cesarza i jego rodzinę - i wyszliśmy na zewnątrz z lewej strony. Myślę, że to jedno z takich miejsc, które zyskuje dzięki zwiedzaniu z przewodnikiem (a to bardzo nie w moim stylu ;) ), bo z architektonicznego punktu widzenia w Wietnamie znajdzie się sporo ciekawszych i piękniejszych świątyń... ale mało które miejsce ma za sobą taką historię - tylko trzeba ją opowiedzieć :).
Jako że na zwiedzanie pagody z oryginalnego planu mielibyśmy przeznaczone więcej czasu niż na dawną stolicę, organizator zapewnił nam dodatkową atrakcję. Jeśli zadać wujkowi Google pytanie o to, jak najlepiej zwiedzać Ninh Binh, odpowie naturalnie, że łódką, ale druga podpowiedź to zazwyczaj: rower. Wycieczki rowerowe po prowincji cieszą się sporą popularnością wśród turystów i właśnie to zaproponował nam przewodnik jako dodatkową rozrywkę, na co ochoczo przystaliśmy. Rowery z wypożyczalni swoja lata świetności miały już dawno za sobą, ale każdy znalazł taki, który się jeszcze nie rozsypywał i miał w miarę działające hamulce, po czym wiejskimi drogami ruszyliśmy za przewodnikiem. To była spokojna, kilkudziesięciominutowa przejażdżka z postojami na zdjęcia, bo widoki po drodze były naprawdę piękne. Bardzo się cieszę, że mieliśmy okazję spojrzeć na Ninh Binh i z tej perspektywy, bo jest jednak dość różna od tej z łódki. Drogi były zazwyczaj w takim sobie stanie, gruntowe i pełne dziur, ale z drugiej strony ruch na nich był niemal zerowy, więc bez problemu mogliśmy jechać środkiem czy lawirować między tymi dziurami ;). No i najważniejsza rada, jeśli zdecydujecie się na taką wycieczkę: koniecznie weźcie coś na komary, bo tego dziadostwa jest tam naprawdę mnóstwo...
Po przejażdżce rowerowej czekał nas spory i smaczny lunch w lokalnej restauracji, a potem główna atrakcja Ninh Binh, czyli łódki! :) Tutaj mamy do wyboru dwie niezwykle popularne trasy, a ja naprawdę sporo czasu poświęciłam na lekturę za i przeciw każdej z nich. Oba miejsca, zresztą tak samo jak i dawna stolica Hoa Lu, zostały w 2014 roku wpisane na listę UNESCO jako zespół krajobrazowy Tràng An. Jak możemy przeczytać na stronie UNESCO: Zespół krajobrazowy Trang An to spektakularny krajobraz wapiennych szczytów krasowych, poprzecinanych dolinami, z których wiele jest częściowo pod wodą i otoczonych stromymi, niemal pionowymi klifami. Eksploracja jaskiń na różnych wysokościach ujawniła ślady działalności człowieka na przestrzeni ponad 30.000 lat. Zatem mamy tu dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze, ale docenienie przez Komitet było tylko wisienką na torcie, bo Trang An i tak przyciągało tłumy, miejsce to nie bez powodu było nazywane zatoką Ha Long na lądzie.
Zatem mając do wyboru Trang An i Tam Coc, wybraliśmy to pierwsze. Zignorowałam komentarze o tym, które trasy są piękniejsze i bardziej naturalne, bo to wybitnie subiektywne opinie - dla mnie, patrząc po zdjęciach i filmikach, obie były i piękne i naturalne :). Długość całej trasy też nie miała znaczenia, bo wiedzieliśmy, że będąc na jednodniowej wycieczce i tak nie będziemy mieć czasu, by przepłynąć całość, nasz rejs trwał tylko ok. 1,5 godziny. Choć nie wiem, czy tylko jest tu właściwym słowem, bo po 1,5 godz. na drewnianej ławeczce bez oparcia moje plecy i ich dolna, mniej szlachetna część miały zdecydowanie dość... ;) Generalnie jednak Trang An było uznane za trasę bardziej widokową, gdzie mija się po drodze więcej jaskiń, a także różnych świątyń i pagód - w efekcie jest też nieco droższa. Tam Coc chwalono głównie w sezonie na pola ryżowe (późna wiosna), co akurat w listopadzie nas nie urządzało. Jedyną rzeczą, która mi jakoś umknęła, był fakt, że tylko na Tam Coc popularne jest wiosłowanie stopami. No właśnie, jeśli zaczniecie szukać zdjęć czy filmików z Ninh Binh, zapewne traficie na liczne kadry wioślarzy w tradycyjnych stożkowych kapeluszach, trzymających wiosła palcami stóp - jest to dodatkowa atrakcja takich rejsów. Jednak w Trang An nic takiego nie zaobserwowałam, no i dopiero później doczytałam, że podobno to coś specyficznego raczej tylko dla Tam Coc. Cóż, szkoda, że tego nie wiedzieliśmy, ale nie sądzę, by to zmieniło mój wybór - Trang An ciągnęło mnie jakoś bardziej :).
Widokowo Trang An to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie zobaczyliśmy nie tylko w Wietnamie, ale i w ogóle w życiu ;). Ogromne wapienne skały robią niesamowite wrażenie, zwłaszcza gdy ogląda się je z poziomu wody, z której wydają się wręcz wyrastać. Świetną atrakcją są też jaskinie, przez które się przepływa, czasem schylając głowę, by nie zahaczyć o sufit i wystające z niego stalaktyty ;). Dłuższe tunele są oświetlone, a moment, gdy wypływa się znów na zewnątrz i przed nami wyłaniają się potężne skały, to jedna z najwspanialszych chwil podczas rejsu.
Jak widać po ilości łódek na zdjęciach, mimo rozpoczynającej się już zimy na północy kraju, turystów wciąż było całkiem sporo - no i pogoda nam się trafiła wybitnie niezimowa :). Ceny naszego rejsu nie znam, bo mieliśmy go w całym pakiecie wycieczki, ale według internetu obecna cena za osobę dorosłą w Trang An to ok. 250.000 dongów (34,70 zł). Plus, oczywiście, wioślarze będą oczekiwali napiwków od turystów, ale to już w Wietnamie standardowa praktyka... :) Nie da się jednak ukryć, że wietnamskie ceny wciąż są bardzo przystępne z europejskiego punktu widzenia, a dla takich widoków można by zapłacić i więcej. Nasza cała wycieczka - obejmująca transport luksusowym minibusem, zwiedzanie z przewodnikiem w kilkuosobowej grupie, wszystkie bilety wstępu + łódki oraz lunch - kosztowała nas 66 € za osobę, rezerwowane z pewnym wyprzedzeniem. Jak rozmawialiśmy z innymi uczestnikami wycieczki o cenie, to najmniej zapłaciła tu ustalająca wszystko lokalnie Wietnamka (jakieś 40-parę €), a najwięcej rezerwujący na ostatnią chwilę przez pośrednika Czarnogórcy (tu już wyszło ponad 100 € / osobę). Zatem rozrzut cenowy był tu całkiem spory... :)
Jeśli macie taką możliwość, odwiedźcie Ninh Binh w sezonie na kwiaty lotosu, czyli między końcem maja a lipcem. My w listopadzie mogliśmy tylko oglądać zdjęcia w internecie spod hasła Ninh Binh lotus season (które bardzo polecam Wam sprawdzić ;) ), bo na wodzie unosiły się tylko czasem pojedyncze kwiaty. Nasza wycieczka zatrzymała się przy ogromnym stawie u stóp góry Ngoa Long - jest to chyba najpopularniejsze wśród turystów miejsce w regionie, jeśli chodzi o lotosy. Otoczone charakterystycznymi skałami, poprzecinane licznymi drewnianymi podestami i ścieżkami stawy nawet bez kwiatów robią wrażenie. Przygotowano tu również specjalne miejscówki na zdjęcia i huśtawki, więc naprawdę każdy znajdzie tu coś dla siebie ;).Niezwykle popularna jest też sama góra Ngoa Long, nazywana też Górą Leżącego Smoka i należąca do kompleksu Hang Mua, więc często miejsce to w programach wycieczek pojawia się po angielsku jako Mua Cave. Wstęp tutaj jest bardzo tani, zaledwie 10.000 dongów (13,85 zł), ale prawdziwym wyzwaniem jest wejście na górę. Prowadzi tam 500 często dość nierównych schodów i bardzo cieszyłam się, że byliśmy tam w listopadzie krótko przed zachodem słońca, bo nie wyobrażam sobie wchodzić tam w środku dnia podczas upalnego lata... I tak schody dały mi się mocno we znaki, bo miałam zapalenie ścięgna w stopie i następnego dnia po takiej wspinaczce ledwo w ogóle mogłam chodzić...
W pewnym momencie schody się rozwidlają i możemy pójść do góry, by stanąć koło kapliczki widocznej na powyższym zdjęciu, albo iść jeszcze wyżej, by wszystko to mieć u swoich stóp... :) Tak, widoki z Ngoa Long są przepiękne i naprawdę warto wejść na sam szczyt, choć weźcie też pod uwagę, że na górze jest bardzo tłoczno i zapozować do zdjęcia może być ciężko - zwłaszcza z tym leżącym smokiem ;). Aż szkoda, że trzeba było się zbierać na powrót do Hanoi, bo już sobie wyobrażam tę panoramę o zachodzie słońca...



0 Komentarze