Advertisement

Main Ad

Spokojny weekend na Kos

Grecja Kos
Planując wyjazdowy weekend urodzinowy dla M., miałam w głowie trzy kierunki z dogodnymi połączeniami w wybranym terminie: Kopenhaga (z wycieczką do Legolandu), Kos i Majorka. Miejsce docelowe miało być niespodzianką, ale pozwoliłam mu wybrać między ciepło a zimno ;). Ostatecznie wyszło na to, że wszędzie byłoby zimniej, bo to był ten weekend, gdy w Wiedniu (i w Polsce) temperatury sięgały 40 stopni w cieniu, tymczasem na wyspach było tylko w okolicy 30, uroki położenia nad wodą. M. postawił na ciepło - nie dlatego, że lubi upały (to bardziej moje klimaty), ale sensownie założył, że na południu będzie lepsze jedzenie niż na północy ;). Loty były tańsze na Majorkę, ale już ceny noclegów i wszystkiego poza tym były tam nieźle wygórowane, więc stwierdziłam, że wolę zapłacić więcej za loty na Kos i na miejscu bardziej korzystać z życia. No i już 2 lata nie byłam w Grecji, trochę też tęskniłam, nie zaprzeczę ;). 
Przylecieliśmy w piątek wieczorem, wracać mieliśmy w poniedziałek późnym popołudniem, a ja od razu wiedziałam, że całą niedzielę spędzimy na statku, więc już nic więcej na ten dzień nie planowałam. Mieliśmy więc 2 dni na samo Kos, a do tego nie planowaliśmy wypożyczać samochodu - najlepszą opcją było w takim razie zatrzymać się w stolicy wyspy, nazwanej po prostu Kos Town. Jest co robić, duża baza noclegowa, rejsy też wyruszają stamtąd, no i łatwy dojazd z lotniska, nie potrzeba samochodu... Na tym ostatnim się trochę przejechałam, bo w dniu wylotu zaczęłam sprawdzać autobusy z lotniska i okazało się, że jeżdżą tylko kilka razy dziennie, ostatni zaś był o 18. Na wieczorny lot zdecydowanie nas to nie urządzało... Zaczęłam się rozglądać za taksówkami i tu już miałam niezły mindfuck, bo przy braku innych alternatyw na transport cena za przejechanie tych ok. 20 km wynosiła 50-60 €, często jeszcze z dopłatą za duże walizki... Najtańsze, co znalazłam i udało mi się zarezerwować na ten sam dzień, kosztowało 48 € za przejazd - aż zaczęłam się zastanawiać, czy wynajem auta nie byłby tańszy :P. Taksówek na lotnisku też było jak na lekarstwo, widzieliśmy na postoju sporą grupkę osób, które nic nie zarezerwowały wcześniej i czekały... a nie było żadnego wolnego samochodu. Według internetu w sezonie można czekać i godzinę, jeśli się nie zarezerwowało taksówki, więc niezbyt wesoło. Jak widzę w internecie, od 3 lipca wystartował nowy rozkład autobusów i teraz można złapać coś w weekend i o 22:30, ale ostatni weekend czerwca to widocznie jeszcze nie był sezon, cóż zrobić ;). Zatem nasz wypad na Kos rozpoczął się od dodatkowego, taksówkowego wydatku, ale udało się dotrzeć na miejsce i w sobotę rano można było ruszyć na odkrywanie miasta.
A jak Grecja, to na pewno można zobaczyć trochę starożytnych ruin ;). Na terenie miasta znajdziemy sporo stanowisk archeologicznych - do niektórych da się podejść, inne będziemy oglądać zza ogrodzenia, ale zdecydowana większość nie jest biletowana. Inna bajka, że większość zachowała się w takim stanie, że nawet spora dawka wyobraźni nie wystarczy, by zwizualizować sobie pierwotny wygląd danego miejsca ;). Największe i najciekawsze jest stanowisko we wschodniej części starego miasta, gdzie znajdziemy pozostałości chociażby sanktuarium Afrodyty czy Herkulesa oraz fragmenty mozaik. Warto też przyjrzeć się fragmentom starożytnej agory czy ołtarza Dionizosa. Mając więcej czasu i samochód można też podjechać do najsłynniejszego stanowiska archeologicznego na Kos, położonego pod miastem Asklepiejonu. Jak sama nazwa wskazuje, znajdowała się tu świątynia Asklepiosa, przy której leczono chorych. Jako że autobusy kursowały bardzo rzadko, a M. fanem ruin nie jest (a to był przecież jego wyjazd urodzinowy ;) ), tę atrakcję odpuściliśmy. Zwłaszcza że miejsce to miało dość skrajne opinie - od kompletnego zachwytu wszystkim, co starożytne (trochę to rozumiem... ;) ), po komentarze, że to małe stanowisko, na pół godziny zwiedzania, bez szczegółowych tablic informacyjnych, więc cena 15 € jest tu zdecydowanie zbyt wygórowana...
Chyba najlepiej dostosowanym pod turystykę darmowym zabytkiem na terenie Kos jest rzymski odeon. Zbudowany w II wieku miał wymiary 32 x 30 m i mógł pomieścić ok. 750 widzów. W tunelach pod siedzeniami urządzono całkiem szczegółową wystawę poświęconą historii tego miejsca - spędziłam tu więcej czasu nie tylko dlatego, że historia mnie ciekawi, ale też z powodu panującego tutaj chłodu... na zewnątrz słońce prażyło całkiem nieźle ;). Nie zobaczymy tu za to rzeźb, które kiedyś zdobiły odeon - jak wiele innych starożytnych zabytków (w tym liczne mozaiki) wywieźli je stamtąd Włosi za Mussoliniego. I to nie do Włoch kontynentalnych, ale na... Rodos, gdzie sporo takich ciekawostek można zobaczyć w słynnym Pałacu Wielkich Mistrzów.
W pobliżu odeonu znajdziemy też inne ciekawe stanowisko archeologiczne z odrestaurowaną rzymską willą z przełomu II i III wieku - Casa Romana to jednak kompleks biletowany, wstęp tutaj kosztuje 10 €. To spory budynek - liczył sobie ponad 30 pomieszczeń i miał dodatkowe piętro, choć obecnie zwiedzać można było tylko część na parterze. Można tu zobaczyć zachowane fragmenty rzeźb, mozaik i malowideł na ścianach, a także systemu latryn - archeolodzy porównują willę do tych znalezionych na terenie Pompejów. Jest to niewątpliwie miejscowa ciekawostka, ale jeśli widziało się już trochę podobnych budowli, to ciężko o jakiś szczególny zachwyt. Stanowisko archeologiczne dookoła samej willi to rozrzucone kamienie z dawnych budowli bez żadnych opisów czy wyjaśnień - najbardziej mi tu wpadły w oko wygrzewające się na kamieniach spore jaszczurki... ;)
Ale starczy już tych starożytności, bo jeszcze M. zacząłby dopytywać, czyj to wyjazd urodzinowy i kto tu się lepiej bawi... ;) Skierowaliśmy się do centrum, a tu najważniejszym punktem jest Eleftherias Square, czyli Plac Wolności. Wokół placu znajdziemy kilka istotnych budynków, wśród nich Muzeum Archeologiczne, XVIII-wieczny meczet Defterdara Ibrahima Paszy (który długo był w remoncie, ale podobno ostatnio w końcu udostępniono go odwiedzającym) czy agora, czyli niewielka miejscowa hala targowa. Zbudowana na początku lat trzydziestych przez Włochów do dzisiaj pełni swoją funkcję - to fajne miejsce, by kupić pamiątki; zaś dookoła działają liczne knajpki.
Jeśli już o knajpkach mowa, tuż za meczetem znajduje się dawna brama celna, wystarczy przez nią przejść, a już znajdziemy się na malowniczej uliczce Nafklirou, pełnej kwiatów i restauracji. Drugą taką uliczką jest Apellou - tam znajdziecie najbardziej instagramowe restauracje, w tym Zorbas Eat Greak (z pięknymi, kolorowymi dekoracjami, choć oceny są dość przeciętne, więc nie zdecydowaliśmy się tam zajrzeć) czy naprawdę warte polecenia Meze Academy. Obok jest też świetna, choć z wyglądu dużo zwyczajniejsza, knajpka Kapari Meze - również szczerze polecam. Pod kątem śniadań - zdrowych, ale pysznych - polecam Vitamin Bar, soki i bowle wymiatają. A jeśli macie ochotę na naprawdę dobre drinki i przekąski (byliśmy tam za późno, by przetestować też kuchnię, ale oceny mają świetne), to warto zajrzeć do Soul Kitchen Cocktail Bar, położonego tuż obok głównego kościoła. Byliśmy na Kos za krótko, by móc potestować wszystko, co bym chciała, ale grecka kuchnia jak zwykle mnie nie zawiodła nawet w ograniczonym czasie :).
Zjedzone, wypite, można zwiedzać dalej ;). Przejdźmy więc do Agia Paraskevi, najważniejszego kościoła na wyspie, który - co ciekawe - nie podlega Kościołowi Grecji, ale bezpośrednio (jako siedziba metropolii Kos i Nisiros) Patriarchatowi Konstantynopolitańskiemu. Sama świątynia pochodzi z lat trzydziestych ubiegłego wieku - zresztą wiele budowli pochodzi z tamtych czasów, bo w 1933 roku wyspę uderzyło potężne trzęsienie ziemi, po którym dużą część miasta trzeba było odbudować. A świątynię Agia Paraskevi dotknęło też trzęsienie z 2017 roku, po którym znów wymagała licznych prac remontowych... Nic dziwnego, że wnętrze wygląda jak świeżo malowane ;).
No i wreszcie przyszedł czas, by pójść nad morze :). Centralną część wybrzeża zajmuje marina, a w niej mnóstwo statków wycieczkowych, często w pirackich klimatach. To stąd wypływaliśmy na niedzielny rejs po trzech wyspach znaleziony w internecie, ale jak się szybko miałam okazję przekonać, na miejscu też jest spory wybór ofert. Wzdłuż wybrzeża biegnie promenada spacerowa, a przy niej znajdziemy też liczne knajpki - część z nich stara się przyciągać turystów piwem z nalewaka za zaledwie 2 €, ale nie zdecydowaliśmy się skorzystać z promocji :P. Marinę łączy z centrum kilka uliczek, ale najbardziej znana jest Riga Fereou - miejscówka, którą znajdziecie na Google Maps jako Steps of Kos. To klimatyczny zakątek w biało-niebieskich barwach, którego estetykę nieco zaburzają tablice reklamowe pobliskiej restauracji. Uliczka stała się popularnym wśród turystów miejscem do zdjęć, ale zdarzało nam się ją mijać, gdy nikogo tam nie było :).
Jeśli po dojściu do mariny odbijecie w lewo, po krótkim spacerze dojdziecie do części plażowej. Koniec czerwca to już sezon, nawet jeśli zarząd transportu publicznego na Kos uważa inaczej, więc było tu naprawdę mnóstwo ludzi. Wyspa oferuje zarówno piaszczyste, jak i żwirowe plaże, a ta okazała się mieszanką obu - dla mnie zbyt żwirową, by w pełni cieszyć się dłuższym spacerem. Skorzystaliśmy jednak z tego, że wiele restauracji przyplażowych oferuje leżaki i parasole już w cenie jednego napoju - i naprawdę można tu zamówić najprostszy sok za kilka euro, a potem długo leżeć :). Nasz wybór padł na Tarzan Beach Bar, gdzie zajrzeliśmy dwukrotnie, w sobotę i poniedziałek. Obsługa próbowała nas zachęcić do wizyty, wskazując na polską flagę nad wejściem i polskie menu, które okazało się... no, nie mam pojęcia, za pomocą czego tłumaczone, bo już Tłumacz Google poradziłby sobie lepiej. Ale tłumaczenia w stylu marmolada z krepy zamiast naleśników z dżemem czy frytki, gdy inne języki mówią o meatballs (zamówić frytki i dostać klopsiki, to dopiero niespodzianka dla wegetarian!) na długo zostaną w mojej pamięci. Jednak całościowo knajpka okazała się fajna, choć drinki nieco za słodkie, a obsługa bywała nieogarnięta - z drugiej strony na pożegnanie zawsze częstowali shotem lub koktajlem i deserem na koszt firmy ;).
Zatem na lewo od mariny jest plaża i restauracje, a na prawo jedno z najpopularniejszych miejsc w mieście Kos. Po minięciu liter układających się w napis I love Kos wystarczy wejść schodami do góry, a już znajdziemy się przed pomnikiem Hipokratesa. Jakby nie patrzeć, to właśnie z Kos pochodził ojciec medycyny i wyspa wciąż o nim pamięta. W pobliżu pomnika rośnie rozłożyste drzewo zwane platanem Hipokratesa, bo według legend lekarz w jego cieniu udzielał nauk... Cóż, sam platan liczy sobie zaledwie kilkaset lat, ale kto wie, może wcześniej rosło tu inne drzewo, do którego też przylgnęła ta opowieść? :) Spod platana przeszliśmy pomiędzy dwoma armatami, wąskim mostem prosto do kolejnej, już ostatniej zaplanowanej w Kos atrakcji.
I tak znaleźliśmy się na zamku Nerantzia, czyli pomarańczowym, od licznych drzew pomarańczowych rosnących w okolicy (szkoda, że już tak wiele ich nie zostało, miasto rozrosło się niemal pod sam zamek). Wstęp nie jest drogi, kosztuje zaledwie 5 €, ale trzeba też wziąć pod uwagę, że na terenie twierdzy nie spędzi się dużo czasu, bo zwiedza się tylko jej pozostałości - żadnych wystaw tematycznych czy zrekonstruowanych wnętrz tutaj nie znajdziemy. Sam zamek zbudowali tu w XIV wieku joannici, miał chronić szlaku do Jerozolimy. Niestety, twierdza nie przetrwała do dziś w dobrym stanie, bo na początku XIX wieku nastąpił wybuch w prochowni (Kos był wtedy pod panowaniem tureckim), no i znaczna część zamku została zniszczona.
Zatem co można robić na zamku w Kos? Przespacerować się wzdłuż murów (powiedziałabym w ich cieniu, ale byliśmy tu koło południa, więc o cieniu można było marzyć ;) ), pooglądać pozostałości budynków z czasów zarówno starożytnych, jak i średniowiecznych, no i spojrzeć na zamek i okolicę z wysokości murów. Przyznam, że tu poczułam się nieco rozczarowana, bo spodziewałam się, że większa część murów i wież będzie udostępniona odwiedzającym, a tak okazało się, że te widoki z góry to były dość mocno ograniczone... Całościowo patrząc, zamek nie wywiera szczególnego wrażenia, ale że wstęp jest tani, a sama twierdza to jeden z najważniejszych zabytków na wyspie, więc i tak sporo ludzi tu zagląda.
Myślę, że Kos było całkiem fajnym pomysłem na przedłużony weekend. Udało się nacieszyć latem przy mniejszych upałach niż w centralnej Europie, no i zawsze można było się schłodzić w morzu. Pospacerowaliśmy, trochę pozwiedzaliśmy, zjedliśmy sporo dobrych rzeczy, wygłaskałam kilka kotów, wysłałam pocztówki, które są w drodze już od trzech tygodni, ale wierzę, że kiedyś dojdą... Było więc miło i fajnie, choć raczej nie odczuwam potrzeby, by tu jeszcze wracać - Grecja ma w końcu jeszcze tyle ciekawych wysp, które na mnie czekają ;).

Prześlij komentarz

0 Komentarze