Advertisement

Main Ad

Lachtal - największy Almabtrieb w Styrii

Austria Almabtrieb
Gdy w powietrzu było już czuć nadchodzącą jesień, pomyślałam sobie, że mieszkam w Austrii już ponad 8 lat, a nigdy dotąd nie byłam na Almabtrieb. A były przecież nawet takie czasy, że w Alpach bywałam bardzo często, tylko wtedy jakoś nie przyszło mi do głowy, że odbywają się tu takie wydarzenia... Cóż, teraz z Wiednia wymagało to nieco więcej zachodu ;). Najlepiej byłoby wyskoczyć do Tyrolu, ale to troszeczkę za daleko na weekendowy wypad ze stolicy. Na szczęście Alpy mamy nie tylko w Tyrolu, zaczęłam się więc rozglądać za wydarzeniami w Styrii i tak właśnie wpadł mi w oko Schönberg-Lachtal. Reklamowany jako największy Almabtrieb w Styrii szybko mnie zainteresował, więc zawczasu zarezerwowałam nocleg z piątku na sobotę w pobliskim Oberzeiring i pozostało mi tylko trzymać kciuki za pogodę. Ta na szczęście dopisała i w ostatnią sobotę września już od rana ładnie przygrzewało słońce, choć temperatury o poranku wynosiły zaledwie kilka stopni.
Całe wydarzenie miało się rozpocząć o 9:30, więc celowaliśmy tak, by na miejscu być koło 9. Zastanawialiśmy się, gdzie tam można zaparkować i w której części wioski czekać na Almabtrieb, ale w Gasthausie, gdzie nocowaliśmy, zapewnili nas, że trafimy bez problemu. W końcu to największy Almabtrieb w Styrii, już zawczasu przygotowano tam parking i namioty. Tak, w Gasthausie mieli rację ;). Ledwo zbliżyliśmy się do Hochegg, czyli północnej części Lachtal, już utknęliśmy w niewielkim korku, który zrobił się przy wjeździe na parking. A ten był ogromny! Cała duża polana przy jeziorku została przerobiona na parking, który obsługiwało pewnie z kilkanaście osób. Pobór opłat (2 €), kierowanie ruchem i wskazywanie miejsc parkingowych - dzięki temu wszystko szło sprawnie, choć na miejscu były prawdziwe tłumy. Dużo większe, niż się tego spodziewałam po takiej dość lokalnej imprezie, jakby nie patrzeć. Zatem wystarczyło wysiąść z samochodu i podążyć za tłumem... ;) Minęliśmy namioty, gdzie już część Austriaków od rana raczyło się piwem i sturmem, chwilę posłuchaliśmy grającej na żywo orkiestry, a potem zajęliśmy dogodne miejsce przy barierkach i mogliśmy już czekać na oficjalne rozpoczęcie imprezy.
Zanim przejdę dalej, może najpierw podstawowe pytanie: czym w ogóle jest Almabtrieb? Samo słowo można przetłumaczyć jako sprowadzanie w dół z górskich pastwisk i w sumie dokładnie tym jest :). Kończy się sezon letni, gdy zwierzęta mogły być wypasane na górskich łąkach i teraz na zimę trzeba sprowadzić je z powrotem na dół - ma to miejsce zazwyczaj na przełomie września i października. Jeśli w lecie nie było wypadków i chorób, wszystkie zwierzęta przeżyły, był to powód do radości - i tak zaczęto świętować Almabtrieb. Często pierwsza krowa z danego stada jest specjalnie przystrojona, a współcześnie świętowanie rozrosło się do dużych i często turystycznych wydarzeń. Przeciwieństwem Almabtrieb jest odbywający się w maju/czerwcu Almauftrieb, gdy bydło jest prowadzone na alpejski wypas, ale nie jest to świętowane równie mocno co szczęśliwe zakończenie sezonu.
Ten Almabtrieb w Lachtal jako największy w regionie jest zdecydowanie bardzo turystyczny, choć w większości są to jednak odwiedzający z samej Austrii. Ludzi przyjechało mnóstwo, ale wszyscy musieli wykazać się cierpliwością, bo - jak to wspomniał prowadzący imprezę - krowy nie wiedzą nic o punktualności i na tę 9:30 jeszcze nie dotarły ;). Do Lachtal sprowadzano zwierzęta z czterech pastwisk, więc w różnych odstępach szły cztery grupy krów - całość przemarszu trwała ok. godziny. Około 9:45 z oddali można było usłyszeć dźwięk dzwonków i narastający hałas, a po chwili zza zakrętu wyłonili się pierwsi hodowcy ze zwierzętami. Stada były dość duże, liczące po kilkadziesiąt sztuk, więc całość wywierała spore wrażenie :). Wzdłuż barierek spacerowali też miejscowi rozdający z koszyków przekąski, głównie mini-pączki (Rumpelnudeln - symbol spokojnego, bezpiecznego wypasu), co było fajnym dodatkiem... o ile nie zdecydowali się iść tuż przed krowami i psuć kadry do zdjęć :P.
Stanie przy barierkach miało swoje plusy i minusy. Plusem było to, że mieliśmy świetny widok na zwierzęta, a że impreza była fotografowana dla lokalnych mediów, to nawet odkryłam, że się załapaliśmy gdzieś na zdjęcie ;). Zaś jeśli chodzi o minusy... Wiecie, idzie stado krów wąską ulicą, ogrodzoną z obu stron barierkami, wszędzie tłumy ludzi, a do tego hałas grającej orkiestry. Zwierzęta się stresują, nic w tym dziwnego. A wszystko to, co wtedy z siebie wydalają, rozpryskuje się efektownie na asfalcie... Więc jeśli stoicie przy barierkach, liczcie się z tym, że buty są potem do czyszczenia, a spodnie do prania ;). Ot, dodatkowe atrakcje, o których się raczej nie wspomina. Ledwo skończył się przemarsz krów, a na ulicę wyjechał wóz strażacki i strażacy rozpoczęli czyszczenie drogi z krowich odchodów, by ludzie mogli swobodnie tędy chodzić...
Na początku myślałam, że ta trasa, którą przechodzą krowy w Lachtal będzie dużo dłuższa, ale okazało się, że tuż za terenem imprezy przygotowano pastwiska, gdzie kończył się Almabtrieb. Niektórzy hodowcy przytrzymali jeszcze przez chwilę te wystrojowe krowy bliżej ogrodzenia, by ludzie mogli się im przyjrzeć czy zrobić zdjęcia, większość jednak puściła je swobodnie na pastwiska. Zwierzęta szybko się rozpierzchły po ogrodzonym terenie i zajęły spokojnym przeżuwaniem trawy, całkowicie ignorując obserwujących je ludzi ;). My też z ciekawością podeszliśmy tu na chwilę, by przyjrzeć się z bliska dekoracjom - składały się one w głównej mierze z kwiatów, gałązek i różnokolorowych wstążek.
Ale cały Almabtrieb nie kończy się tylko na sprowadzeniu krów na niżej położone pastwiska. Dla miejscowych to okazja do ogromnej imprezy, więc w Lachtal rozstawiono wielkie namioty (jedna z austriackich marek piwa była sponsorem wydarzenia), na oczyszczonej ulicy natychmiast pojawiły się stoliki i ławki, a piwo i sturm lały się strumieniami, choć jeszcze nie wybiło południe. Oczywiście była też msza, a potem wielka impreza z muzyką na żywo i jeszcze większą ilością alkoholu. Punktem kulminacyjnym była loteria, w której można było wygrać żywe zwierzęta - na pewno znacząca nagroda dla lokalnych hodowców. My jednak na imprezę nie zostaliśmy, po obejrzeniu krów skierowaliśmy się z powrotem na parking.
Fajne to było doświadczenie i choć pewnie nie powtórzę go w najbliższych latach, to cieszę się, że w końcu miałam okazję zobaczyć te pięknie udekorowane krowy na czele pochodu na koniec sezonu :). Jakby nie patrzeć, w regionie to znaczące wydarzenie, a mieszkając w danym kraju, dobrze jest poznawać różne elementy jego kultury. Zakładam, że w Tyrolu to wszystko urządzone jest z większym rozmachem i może kiedyś trafi się okazja, by to zobaczyć - na razie musi mi wystarczyć styryjskie doświadczenie. A przy okazji: komuś się jedna krówka wyrwała na wolność... i uleciała w niebo... ;)

Prześlij komentarz

0 Komentarze