Advertisement

Main Ad

Dansmuseet - sztokholmskie Muzeum Tańca

Choć mieszkając w Szwecji zwiedziłam całkiem sporo sztokholmskich muzeów, to Dansmuseet nigdy mnie nie zainteresowało. Nawet jeśli znajdowało się w samym centrum (przy Drottninggatan), a od kilku osób słyszałam niesamowicie pochlebne komentarze o tym miejscu. Wciąż uważałam, że były ciekawsze miejsca do odwiedzenia w Sztokholmie. Ponadto jest naprawdę niewiele rzeczy, których nie lubię równie mocno jak tańca, więc tym bardziej nie widziałam sensu w odwiedzeniu tego miejsca... I tak też wyjechałam w ubiegłym roku ze Szwecji, zostawiając za sobą Dansmuseet jako jedno z tych nieodwiedzonych i nieinteresujących ;). I nagle - właściwie przypadkiem - zajrzałam tam wiosną tego roku. W sumie po prostu dlatego, że łaziłam sobie bez celu po okolicy, mając trochę czasu przed planami na popołudnie, i w pewnym momencie stwierdziłam, że zimno, wieje i dobrze by było wejść gdzieś do środka na dłuższą chwilę. A że Muzeum Tańca było tuż obok...
Zatem weszłam, zapłaciłam za bilet (120 koron) i rozejrzałam się po wnętrzu. Zaczęłam od niewielkiej wystawy stałej na parterze, która już na pierwszy rzut oka mocno mnie zaskoczyła. Weszłam do muzeum spontanicznie, nie czytając nic o nim wcześniej i nie mając żadnych oczekiwań, ale chyba trochę inaczej wyobrażałam sobie Muzeum Tańca. Pomyślałabym prędzej o wszelakich wystawach w takiej formie, jak zaprezentowało to chociażby Muzeum Sztuk Scenicznych, a tymczasem wystawa główna w Dansmuseet przywodzi na myśl raczej wystawę strojów z jakiegoś pokazu antropologiczno-etnograficznego. Niektóre z nich opisane tylko za pomocą przyklejonych na ścianie, ręcznie zapisanych po szwedzku i angielsku kartek... Część przedmiotów i informacji była też umieszczona w licznych szufladach - z niektórych po otwarciu rozbrzmiewała też głośna muzyka. Na szczęście poza mną w muzeum nie było wielu osób, więc może z raz czy dwa się zdarzyło, że dwie szuflady grały jednocześnie. Nie wyobrażam sobie jednak, jaki hałas tam musi panować, gdy w środku są tłumy i każdy chce coś zobaczyć, otworzyć, spróbować...
Część wystawy głównej poświęcona jest też Ballets Suédois, założonemu przez Rolfa de Maré w Paryżu. Szwedzka grupa taneczna występowała na początku lat dwudziestych, zarówno w Europie, jak i Stanach Zjednoczonych - odwiedzając łącznie prawie trzysta miast. Ten sam Rolf de Maré trzydzieści lat później otworzył pierwsze Muzeum Tańca - wtedy jeszcze w podziemiach Opery Królewskiej.
Co jest dość specyficzne w Dansmuseet to fakt, że ekspozycja stała nie stanowi tu głównej atrakcji - zdecydowanie większe (i - przynajmniej obecnie - też ciekawsze) są ekspozycje czasowe. Od lutego do końca sierpnia 2019 roku Muzeum Tańca przedstawia wystawę zatytułowaną Duchy, Generałowie i Boginie. Tematyka ta pozwoli nam przenieść się do Azji, do świata kabuki, nō oraz jingju (spoko, mi to też wcześniej nic nie mówiło ;) ). Rolf de Maré sporo podróżował po świecie i zbierał liczne materiały, które pomogły mu stworzyć to muzeum. Na wystawie tymczasowej znajdziemy więc dawne maski, kukiełki, kostiumy, filmy przedstawiające dawne tańce... wszystko to skupiające się na Japonii, Chinach i Tybecie.
Spędziłam w Muzeum Tańca niespełna godzinę, choć spodziewałam się, że zajmie mi to więcej czasu. Żeby nie wyjść jeszcze na zimno i wiatr, przejrzałam sklepik oraz posiedziałam chwilę w szatni, oglądając filmik z fragmentami co ciekawszych tańców współczesnych (w wykonaniu m.in. Michaela Jacksona czy Johna Travolty). A samo muzeum poleciłabym raczej fanom kultur orientalnych niż tańca, bo mam wrażenie, że tego ostatniego wcale aż tak dużo w Dansmuseet nie było... ;)

Publikowanie komentarza

0 Komentarze