irlandia

W świecie Guinnessa

06:37

Jedynym miejscem, które koniecznie chciałam odwiedzić podczas wizyty w Dublinie, było Guinness Storehouse, czyli Muzeum browaru Guinnessa. Kolega, który swego czasu mieszkał w irlandzkiej stolicy, bardzo zachwalał to miejsce jako główne must-see Dublina. Pomyślałam sobie, że to w sumie fajna okazja, by zobaczyć coś innego. Nie zaprzeczę, że swój wpływ na moją decyzję miał też fakt, że Guinness jest moim ulubionym piwem i nie mogłam sobie odpuścić spróbowania go w miejscu, z którego pochodzi. W końcu od tylu osób słyszałam, że ten eksportowany Guinness to przecież nie to samo! Musiałam to sama sprawdzić ;).
Bilety wstępu warto kupić zawczasu przez internet - w sezonie pewnie pomoże to ominąć kolejki, a niezależnie od sezonu na pewno pozwoli nam to oszczędzić parę euro. Zwłaszcza, że bilet do najtańszych nie należy - ze zniżką za zakup online zapłaciłam i tak 18,50€ (79 zł). Weszłam do budynku i podeszłam do automatów, gdzie wpisuje się numer rezerwacji, a po chwili maszyna drukuje bilet wstępu. Z biletem przeszłam do głównego hallu, gdzie mieści się sklep (zostawiłam go sobie na koniec zwiedzania) i wielka ściana z napisem Guinness. Tutaj znajduje się miejsce zbiórki i wypożyczalnia audioprzewodników dla tych, co nie czują się komfortowo z językiem angielskim. Po chwili czekania do zgromadzonych turystów podeszła przewodniczka z mikrofonem, by powitać ich w Muzeum Guinnessa. Opowiedziała pokrótce o samym miejscu i zasadach jego zwiedzania, po czym dała nam wolną rękę - na szczęście browaru nie zwiedza się z przewodnikiem.
Najpierw zaczynamy zwiedzanie od części zatytułowanej Our brewing story, czyli poznajemy historię Guinnessa i dowiadujemy się, jak w ogóle powstaje to piwo. Przechodzimy wśród jęczmienia i chmielu, obok wodospadu symbolizującego czystą wodę, czytamy o drożdżach - wszystkie składniki potrzebne do wytworzenia piwa. W muzeum Guinnessa postawiono na interaktywność - mnóstwo tu dźwięku i obrazu, niewiele czytania. Podoba mi się, że zdają sobie sprawę z ilości odwiedzających to miejsce i kiedy już dają ekrany multimedialne, to jest ich w każdym miejscu dość sporo. W żadnej części wystawy nie musiałam czekać na swoją kolej, by obejrzeć coś na ekranie. Jedynie czasem ciężko było wszystko usłyszeć z głośników, gdy więcej ludzi rozmawiało jednocześnie.
Potem przechodzimy do degustacji. Jak na degustację przystało, pijemy tylko z niewielkich kieliszków, ot szoty Guinnessa ;). Wchodzimy do niewielkiego pomieszczenia, gdzie z czterech otworów unosi się para o różnych zapachach. Wychodzi do nas pracownik browaru i zaczyna nawijać... z najmocniejszym irlandzkim akcentem, jaki w ogóle słyszałam w Dublinie. Doszłam tu do wniosku, że albo nie rozumiem angielskiego albo jeszcze za mało wypiłam ;).
Po degustacji czas na kolejną wystawę, która zdecydowanie najbardziej przypadła mi do gustu. World of advertising, czyli świat reklamy. Najpierw duże pomieszczenie z różnymi zwierzętami i plakatami z jednym z najbardziej znanych haseł reklamowych marki: My Goodness, my Guinness. W kilku miejscach natrafiam też na ekrany multimedialne, na które załadowano mnóstwo reklam (zarówno plakatów, jak i video) Guinnessa sprzed lat. Dla mnie to było bardzo ciekawe, jak zmieniał się sposób reklamowania piwa - przez wiele lat promowano Guinnessa hasłem, że daje on mężczyznom siłę. Okres międzywojenny to hasła w stylu Guinness is good for you czy Guinness for strength. Potem przyszedł czas na słynne reklamy ze zwierzętami i zachęcanie do picia piwa jako sposób na relaks po pracy. Na wystawie znajdziemy też... rybę na rowerze, ze słynnej kampanii z lat dziewięćdziesiątych - wiecie, kobieta potrzebuje mężczyzny tak, jak ryba potrzebuje roweru ;).
Bilet wstępu obejmuje również pintę Guinnessa, więc kiedy obejdziemy już wszystkie wystawy - czas na piwo! Mamy tutaj dwie możliwości. Pierwsza, to po prostu skoczyć do baru na piętrze, w którym zamienią nasz kupon dołączony do biletu na kufel piwa. Druga opcja jest jednak znacznie ciekawsza, choć wymaga odstania trochę w kolejce. To wizyta w Guinness Academy, gdzie nauczymy się poprawnie nalewać piwo, zanim dostaniemy je do wypicia. Chyba nie muszę dodawać, że oczywiście wybrałam tę drugą opcję. Obsługa wpuszcza ludzi z kolejki w kilkuosobowych grupach i podchodzimy do nalewaka, gdzie już czeka na nas instruktorka. Zatem prawidłowe nalanie Guinnessa zajmuje dokładnie 119,5 sekundy. Wymaga ustawienia szklanki pod kątem 45 stopni i nalewania jak na tej instrukcji ;). Idę na pierwszy ogień i już po chwili mam w ręku szklankę ciemnego piwa z gęstą pianą na wierzchu. Nie wiem, czy to atmosfera tego miejsca tak na mnie działa, czy faktycznie Guinness w miejscu produkcji jest znacznie lepszy... ale chyba nigdy w życiu nie wypiłam tak szybko piwa - wchodziło jak woda ;). Po skończonej lekcji możemy dostać wydrukowany certyfikat z naszym imieniem i datą, że nauczyliśmy się nalewać Guinnessa tak, jak trzeba.
Nie chcąc marnować czasu na szukanie restauracji po wyjściu z muzeum, postanawiam zjeść lunch w browarze. Zwłaszcza, że ceny są zaskakująco dobre jak na tak turystyczne miejsce. Za dużą porcję pieczonego indyka z warzywami płacę 14,90€ (63,70 zł), a jedzenie okazuje się też bardzo smaczne. Pinta Guinnessa w restauracji kosztuje 5,50€ (23,50 zł) i możemy tu wybrać również inne piwa z tego browaru, nie tylko stout.
Jeszcze przed wyjściem z browaru, koniecznie trzeba zajrzeć na najwyższe piętro do baru Gravity. Według pani z informacji turystycznej to jednej z najlepszych punktów widokowych w Dublinie. Możemy się obrócić o 360 stopni i zobaczyć miasto z każdej strony - co ciekawsze punkty są też opisane na szybie, byśmy wiedzieli, na co patrzymy. Minus tego miejsca jest jeden, panuje tu niewyobrażalny tłok. Nie ma co liczyć na miejsce siedzące, a i żeby się dopchać na stojąco do okna, trzeba swoje odczekać. Ale widoki faktycznie fajne :)
Na sam koniec zostawiam sobie wizytę w sklepiku Guinnessa na parterze. Chociaż określenie sklepik jest tu zdecydowanym niedopowiedzeniem, to raczej hala handlowa! Można tu kupić chyba każdy rodzaj gadżetu z logo firmy, jaki tylko jesteście sobie w stanie wyobrazić. Podobno największą popularnością cieszą się spersonalizowane kufle - w końcu kto by nie chciał wypić Guinnessa z kufla z własnym imieniem? Ja raczej takich pamiątek nie kupuję, ale z ciekawości sięgnęłam po... czekoladę Guinnessa. Kupiłam i zabiorę na święta do Polski, więc o smaku się jeszcze nie wypowiem - miejmy nadzieję, że warta tych 3€ za tabliczkę ;).

Podobne posty

0 komentarze

Kraje

anglia (3) austria (59) belgia (1) chorwacja (14) cypr (6) czarnogóra (5) czechy (4) dania (1) ekwador (4) finlandia (7) francja (1) grecja (3) hiszpania (6) holandia (1) irlandia (2) islandia (4) kolumbia (21) kuba (3) litwa (2) luksemburg (1) łotwa (1) malta (2) monako (2) niemcy (2) norwegia (1) panama (13) polska (31) portugalia (1) rumunia (8) słowacja (3) słowenia (8) szwecja (221) tajlandia (6) ukraina (2) węgry (4) włochy (12) zea (4)

Instagram