Advertisement

Main Ad

Villach - senne miasteczko w Karyntii

Wystarczyło mi, że zobaczyłam w internecie zdjęcia z Villach, bym sama chciała je odwiedzić podczas mojego długiego weekendu w Karyntii. Przyszło mi nawet na myśl, by spędzić tam cały dzień - w końcu to drugie największe miasto regionu, po Klagenfurcie (oraz siódme największe w samej Austrii). Ironicznie więc może brzmieć słowo miasteczko w odniesieniu do numeru dwa Karyntii, ale prawda jest taka, że przy austriackiej populacji określenie duże miasto oddaje coś zupełnie innego niż w większości krajów. Poza Wiedniem, który gromadzi ok. 20% populacji całego państwa, są tu zaledwie cztery miasta z ludnością 100-250 tys... Villach liczy sobie niecałe 60 tys. mieszkańców - coś w stylu naszego Bełchatowa czy Świdnicy. Gdy dodamy do tego jeszcze bardzo niewielką część turystyczną, to słowo miasteczko zaczyna coraz bardziej do Villach pasować ;). W końcu całego dnia na Villach nie poświęciłam - przyjechałam tu w sobotnie popołudnie, prosto z zamku Hochosterwitz.
W sobotnie popołudnie nie mam co liczyć na wizytę w informacji turystycznej, ale na szczęście na ścianie budynku umieszczono dużą mapę centrum Villach, a obok znajdziemy stojak z mapami na wynos ;). Wystarcza mi to - wiem, że do muzeów już nie zajrzę, ale może uda się choć trochę kościołów zobaczyć, zjeść jakiś obiad, no i pospacerować po samym mieście. Jeśli interesuje nas tylko spokojny spacer po centrum, to Villach zobaczymy w godzinę-dwie, jest ono bardzo kompaktowe. Oczywiście, przy ładnej pogodzie można też posiedzieć trochę nad Drawą albo zawitać do pobliskich term, z których to miasteczko słynie. Jeśli dodać i muzea, to pewnie można by w Villach spędzić i cały dzień, nie nudząc się. Wszystko zależy od tego, ile mamy czasu i co lubimy robić, jak wszędzie... :)
Tuż naprzeciwko informacji turystycznej znajduje się kościół św. Mikołaja, należący do zakonu franciszkanów. Jak to zwykle bywa, świątynia ma długą historię, ale niekoniecznie w tym samym kształcie - pierwszy raz o kościele św. Mikołaja wspomniano na początku XIV wieku, znajdował się on jednak w innym miejscu. Tu, gdzie znajduje się on teraz, zbudowano go w pierwszej połowie XVII wieku, ale potem przyszło trzęsienie ziemi, następnie pożar, rozbiórki i przebudowy, gdy świątynia trafiła w ręce franciszkanów (1886 r.), bombardowania podczas II wojny światowej... Część wystroju (w tym ołtarz) pochodzi z końca XIX wieku, duża część samej budowli to efekt prac ostatnich kilkudziesięciu lat, odbudowa zniszczeń powojennych. Obecnie kościół św. Mikołaja to dość prosty, choć miły dla oka neo-gotyk.
Dworzec kolejowy, informacja i kościół znajdują się na północnym brzegu rzeki - żeby zobaczyć resztę centrum, trzeba przejść przez jeden z mostów nad Drawą. Kilka ich przecina rzekę, wzdłuż której biegną otoczone zielenią promenady - to naprawdę przyjemne miejsce na spacery. W tle nad Villach rzucają się w oczy szczyty górskie, w końcu Karyntia to popularny region narciarski.
No i jestem na Hauptplatz, rozglądając się z niedowierzaniem. Pusto może nie jest, jacyś ludzie mnie mijają, ale jednak... To sobotnie popołudnie. Turystyczne miasteczko. Drugie największe w całym regionie. Naprawdę spodziewałam się, że tych ludzi będzie znacznie więcej! Kręcę się z aparatem, chyba jedyna turystka wśród miejscowych i zastanawiam się, czy ten spokój w Villach to wciąż efekt koronawirusa czy może te informacje w internecie o turystycznym centrum Karyntii to były jednak trochę na wyrost...?
Dobija mnie to najbardziej, gdy zaczynam się rozglądać za obiadem. Standardowo, omijam Hauptplatz i próbuję odbić w boczne uliczki przy centrum, by znaleźć jakąś fajną knajpkę. Posiłkuję się też poradami w Google, ale kilka sugerowanych restauracji okazuje się zamkniętymi - większość, wygląda na to, że na dobre. Tutaj już nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że to jest jednak efekt pandemii... W końcu wracam na główną ulicę, gdzie jednak tych parasolek i stolików trochę widziałam. Kawiarnia, lodziarnia, McDonald's, bar z alkoholem, kawiarnia, Nordsee, o jest jakaś restauracja... ekskluzywna, hotelowa, danie dnia to tatar... Ok, dostanę tu gdzieś sznycla? Zeszłam całą ulicę, zaglądając nawet w menu w kawiarniach, ale wygląda na to, że poza burgerami, tostami i pizzą to ciężko tu o jakieś normalne jedzenie. Ląduję w końcu w kawiarni przy ratuszu, gdzie rozczarowana zamawiam pizzę. Mam przeogromną nadzieję, że miałam pecha być w Villach w złym momencie i normalnie na rynku będzie więcej zwykłych restauracji, bo to, na co trafiłam w połowie czerwca, to była jednak masakra...
Przynajmniej położony tuż obok kościół św. Jakuba jest otwarty, a bicie dzwonów zaczyna zbierać wiernych na wieczorną mszę. Wchodzę więc szybko, by zdążyć zobaczyć wnętrze świątyni, zanim zgromadzą się ludzie. Podobno jest też możliwość wejścia na wieżę kościelną, liczącą sobie 94 m (najwyższa w Karyntii), skąd rozciąga się widok na miasto i pobliskie Alpy Julijskie... ale że sama nie wchodziłam, więc nie wiem, czy warto ;)
Wnętrze świątyni to głównie gotyk z barokowymi elementami - natychmiast zwracam uwagę na sklepienie, szczególnie to pokryte freskami nad ołtarzem (który, swoją drogą, pochodzi z końca XVIII wieku i został stworzony w stylu rokoko). W centrum ołtarza zobaczymy potężny gotycki krucyfiks z początku XVI wieku. W podobnym okresie powstała też misternie rzeźbiona ambona. Kościół św. Jakuba to podróż przez historię - choć pierwsze wzmianki o nim pochodzą z 1136 roku, to obecna świątynia powstała po trzęsieniu ziemi z 1348 roku - oczywiście też była potem wielokrotnie przebudowywana.
Spacerując po Villach, co i rusz natrafiam na pomniki - brązowe, niemal naturalnej wielkości, zachęcające do robienia zdjęć. Trochę skojarzyło mi się to z centrum Łodzi, choć w Villach aż tyle tych posągów nie wypatrzyłam. Piwowar koło dworca, św. Franciszek przy kościele św. Mikołaja, znudzony błazen koło mostu... Zawsze to jakieś urozmaicenie :)
Przechodzę jeszcze obok paru kościołów, ale wieczorową porą wszystko jest już pozamykane. Powoli zbieram się więc na pociąg powrotny do Klagenfurtu - kursują regularnie przez cały dzień, a podróż trwa zaledwie 35 minut. W Villach spędziłam kilka godzin, miasto wywarło na mnie wrażenie spokojnego i wręcz sennego. Ale może w normalniejszych czasach jest w nim więcej życia...? ;)

Prześlij komentarz

0 Komentarze