Advertisement

Main Ad

Książki, które mnie ostatnio rozczarowały

Od dawna zwykłam powtarzać, że szkoda życia na czytanie złych książek. Nawet nie sięgam po lektury, które zbierają słabe oceny na portalach czytelniczych, zawsze staram się przejrzeć trochę recenzji... A jednak wciąż zdarzają się wpadki. I jakoś na początku tego roku było ich więcej niż zazwyczaj - sięgałam po książki święcie przekonana, że mi się spodobają, a tu ledwo dociągnęłam je do końca... Wcale niekoniecznie muszą to być jednak książki złe - niektóre z tych lektur sama oceniłam na 6/10, co na Lubimy Czytać tłumaczy się jako ocenę dobrą. Rozczarowały mnie jednak różne elementy lektury, więc chciałabym je tu trochę podsumować. A czasem po prostu miałam bardzo wysokie oczekiwania i rzeczywistość do nich nie dorosła... ;) Jeśli czytaliście któreś z tych książek i macie inne odczucia od moich - z przyjemnością się z nimi zapoznam! Może czegoś tu nie doceniam...? ;)
 

Maria Paszyńska - Owoc granatu: Dziewczęta wygnane [5/10]

Natrafiłam na tę książkę przypadkiem, ale gdy zapoznałam się z opisem, wpadła mi w oko. Oto mamy powieść historyczną, osadzoną w czasach II wojny światowej, poruszającą tematykę zsyłek na Syberię, a potem podróży do Iranu za armią Andersa. Choć o II wojnie sporo czytałam, to jakoś ten temat nie przewijał się za często w wybieranej przeze mnie literaturze - pomyślałam więc, że zawsze jest okazja, by poczytać o czymś innym. Wątek sióstr bliźniaczek rzuconych w wydarzenia kształtujące ówczesny świat żywo przywiódł mi na myśl inną polską serię - Stulecie Winnych. Bałam się trochę, że Owoc granatu Paszyńskiej może być słabszą kopią książek, które mi się spodobały. Kopiowania na szczęście nie było, jednak saga Grabowskiej zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu.
Dziewczęta wygnane to pod kątem fabuły powieść ze sporym potencjałem. Niestety, autorka nie udźwignęła tego potencjału. Akcja toczy się szybko, ale wiele przez to tracimy, głównie z emocji bohaterów. Postacie są płytkie, nijakie, ich przeżycia wewnętrzne nie mają szans poruszyć czytelnika. Paszyńska starała się za wszelką cenę podzielić siostry na tę dobrą i złą bliźniaczkę, ale żadnej z przedstawionych tak bohaterek nie da się polubić, żadnej nie chce się kibicować. Zresztą nie tylko sposób przedstawienia postaci autorce nie wyszedł. Nie znam jej innych książek, nie wiem, czy taki ma styl, czy tylko stworzyła go na potrzeby Dziewcząt wygnanych. Wiem jednak, że język jest irytujący, czasem banalnie prosty, czasem niepotrzebnie egzaltowany. Poza tym miałam odczucie, że język nie pasuje do historii i bohaterek - np. w jednym z pierwszych rozdziałów Stefania dostaje list od koleżanki dotyczący działań Sowietów na zdobytych terenach, list kompletnie niepasujący do nastoletniej dziewczynki z dobrego domu. Podobno autorka starała się pisać książkę w oparciu o prawdziwe doświadczenia zesłańców syberyjskich - jeśli tak, to musiała te opowieści bardzo spłycić.
Trzeba też wziąć pod uwagę, że Dziewczęta wygnane to historia dwóch nastolatek. A nastolatki przeżywają wszystko na swój sposób, ekscytują się nadmiernie małymi rzeczami... są po prostu nastolatkami ;). Pewnie młodszej czytelniczce łatwiej byłoby wczuć się w sytuację bohaterek, ale ja ma już co najmniej dziesięć lat za dużo. Do tego czytałam sporo prawdziwych wspomnień wojennych i ta powieść osadzona w tamtych czasach nie trafia do mnie w ogóle. Przebrnięcie przez pierwszy tom zajęło mi prawie miesiąc, po drugi sięgnąć nie planuję. Wysokich ocen, jakie zebrał Owoc granatu na portalach czytelniczych naprawdę nie potrafię zrozumieć...

Paulina Młynarska - Zmierzch lubieżnego dziada [5/10]

Nie znałam dotąd twórczości Pauliny Młynarskiej, choć sama autorka była mi dość znana z telewizji. Sprawiała wrażenie sensownie myślącej osoby, jej zbiór felietonów zbierał dobre opinie, pomyślałam więc, że czemu by tej książki nie przeczytać. Miałam wobec niej całkiem spore oczekiwania i może właśnie dlatego tak się na niej zawiodłam.
Zmierzch lubieżnego dziada to cykl felietonów, które Młynarska pisała na przestrzeni ostatnich paru lat. Zapewne czytelnik, zaglądający do nich od czasu do czasu na onecie, czytający jeden reportaż naraz, szybko się nimi nie znudzi. Gorzej jednak, gdy chcemy tych felietonów przeczytać więcej, jednego po drugim. Nagle okazuje się, że wiele z nich porusza tę samą tematykę, myśli Młynarskiej się powtarzają, do tego jej poglądy są dość oczywiste, więc i szybko idzie odgadnąć, w jakim kierunku pójdą kolejne akapity każdego felietonu. Szybko zaczęło mnie to po prostu nudzić. A przecież nie są to złe artykuły - zły po prostu był pomysł wydaniach ich razem i czytania ich jako jednej książki.
Również tytuł wydaje mi się tu nieadekwatny do treści. Zmierzch lubieżnego dziada. Felietony po #metoo wskazywałby na tematykę feminizmu i walki z patriarchatem i kulturą gwałtu, szczególnie, gdy czytelnik wie, że Młynarska jest zadeklarowaną feministką. Oczywiście, takie tematy się też tu przewijają, ale sporo jest felietonów o jodze (które osobiście uważam za bardzo nieciekawe, bo nie jest to moja tematyka), o polskiej polityce - jednak nie tylko pod kątem sugerowanym tytułem, o ojcu autorki, o jej pracy... Takie wszystko i nic. Znów, niech sobie takie artykuły trafiają do internetu tak, jak Młynarska zazwyczaj je publikuje. Tylko po co to wydawać jako książkę?

Liao Yiwu - Za jeden wiersz. Cztery lata w chińskim więzieniu [6/10]

Po naprawdę świetnym reportażu Prowadzący umarłych miałam bardzo wysokie oczekiwania w stosunku do kolejnej książki Liao Yiwu. Co mi się podobało wcześniej to barwny język, świetny dobór bohaterów i ich historii, ukazanie Chin z tej strony, o której dotąd nie miałam okazji usłyszeć. Za jeden wiersz również przedstawiany jest jako reportaż czy literatura faktu, ale tutaj już muszę się nie zgodzić z taką klasyfikacją. To zbiór wspomnień autora z jego pobytu w aresztach i więzieniach, do tego spisywanych jakiś czas po wyjściu na wolność, więc wiadomo, że chociażby dialogi były przytaczane mniej więcej w ich brzmieniu - w końcu ktoś z nas byłby w stanie odtworzyć dokładnie nawet niezwykle istotną rozmowę, ale sprzed pięciu lat?
Książka w innych tłumaczeniach funkcjonuje pod tytułem Za jedną pieśń i sto pieśni, co też bardziej oddaje jej sens - Yiwu nie trafił do więzienia za pojedynczy utwór, choć faktycznie ten jeden o masakrze w Pekinie sprawił, że przylgnęła do niego łatka kontrrewolucjonisty, ale generalnie za swoją twórczość i działania. Najpierw przetrzymywano go w areszcie dłużej, niż pozwala na to prawo, potem przenoszono do różnych cel w różnych zakładach karnych. Myślę, że wszyscy sobie zdają sprawę, że w chińskich więzieniach o prawach człowieka nikomu się nie śniło i dzieją się tam okropne rzeczy - autor opowiada o niektórych, jakich sam doświadczył albo usłyszał od współwięźniów. Czytając, odnosiłam wrażenie, że Yiwu starał się przedstawić samego siebie jako tego silnego, który potrafi wiele wytrzymać, wspiera innych, stawia się, walczy o godność. Czy tak było w rzeczywistości? Nikt nie odgadnie, ale czasem aż trudno sobie wyobrazić, że artysta, który kompletnie nie potrafił się odnaleźć w więzieniu, nagle ma tyle odwagi, by się stawiać prawdziwym zbrodniarzom - wiedząc, co za to grozi. No ale we własnych wspomnieniach można przedstawić wszystko, jednak takie fragmenty sprawiały, że trochę sceptycznie podchodziłam do lektury.
Choć w Za jeden wiersz też były historie innych ludzi (współwięźniów), to jednak nie wciągały one tak jak w Prowadzącym umarłych. Tutaj te historie szybko zaczęły się robić powtarzalne - albo ktoś siedział za faktyczne zbrodnie (ukradł, zabił) albo za polityczną działalność (mówił więcej niż można albo pomógł/nie pomógł niewłaściwym osobom). Poza tym więzienna codzienność - zmiana cel, bójki między więźniami, znęcanie się strażników, praca, marne jedzenie. Niby wszystko wciąż opisane plastycznym językiem, wciąż nieznane i ciekawe, ale jakoś... Nie porywa tak jak poprzednia książka. Czasem zaczyna męczyć, nudzić i przytłaczać. Do tego autor opisuje też trochę swojego życia i okazuje się przez to człowiekiem, którego ciężko polubić - zostaje jedynie współczuć jego bliskim. Wciąż, nie jest to zła książka, ale jednak stanowczo poniżej oczekiwań.

Philip K. Dick - Człowiek z Wysokiego Zamku [6/10]

Ale byłam ciekawa tej książki! Kiedy przeczytałam Przypadek Adolfa H. - alternatywną wizję świata, gdyby Hitler dostał się na wiedeńską Akademię Sztuk Pięknych - kolega z pracy polecił mi Człowieka z Wysokiego Zamku. Kolejna książka z rodzaju historii alternatywnej - tym razem, co by było gdyby Niemcy i Japonia wygrały II wojnę światową. Idea natychmiast mnie zaciekawiła, dość wysokie oceny książki stanowiły zachętę... No i w końcu zabrałam się za lekturę.
Człowiek z Wysokiego Zamku wciągnął mnie od pierwszych stron. Świat przedstawiony był faktycznie pomysłowy, bohaterowie dość różnorodni, więc zapowiadała się naprawdę fajna lektura... I coś nie wyszło. Nie umiem nawet określić, w którym momencie zaczęłam mieć poczucie, że w książce mi czegoś brakuje. Rozdział za rozdziałem bohaterowie nie rozwijali się, byli dość prości, trudno się było do nich przywiązać, chcieć bardziej śledzić ich losy. Autor nie próbował zgłębiać też wykreowanego przez siebie świata - w paru dłuższych wypowiedziach wytłumaczył, jak zakończyła się wojna, jaki miała wpływ na świat... i to by było na tyle. Czytelnik odnosi wrażenie, że jest pomysł na świat przedstawiony, a brak umiejętności lub chęci, by faktycznie dobrze go przedstawić.
Do tego pojawia się też wątek powieści pt. Utyje szarańcza, napisanej przez tytułowego człowieka z Wysokiego Zamku, czyli H. Abendsena. Wyobraził on sobie, jak wyglądałby świat, gdyby Niemcy i Japonia wojnę przegrały i napisał o tym książkę - ten świat wyobrażony jest jednak inny od tego, który czytelnik zna z historii. W Rzeszy książka jest zakazana a mieszkający w Ameryce autor słusznie może obawiać się o swoje życie, dlatego ukrywa się w Wysokim Zamku. Tak przynajmniej wszyscy myślą... I znów, o ile sam pomysł pojawienia się w książce innej książki z jeszcze inną historią alternatywną (książki, która w jakiś sposób łączy wszystkich bohaterów) był dla mnie bardzo ciekawy, to sposób przedstawienia tego wątku znów pozostawia wiele do życzenia.
Człowiek z Wysokiego Zamku to dla mnie lektura z ogromnym potencjałem, świetnym pomysłem i przeciętnym wykonaniem. Wciąż jest to dobra i wciągająca książka, ale po skończeniu pozostaje ogromny niedosyt. To by było na tyle? Wszystkie te zaczęte wątki nie zostaną w żaden sposób rozwinięte? Co się dzieje z tym światem, z tymi bohaterami? Chyba jednak Przypadek Adolfa H. spodobał mi się dużo bardziej...

Maciej Brencz - Farerskie kadry [5/10]

Chyba powoli zaczynają mnie nudzić takie książki - a szkoda, bo do Farerskich kadrów podeszłam z bardzo pozytywnym nastawieniem. Jednak ciężko tę lekturę nazwać reportażem, to bardziej zbiór zdjęć i ciekawostek o Wyspach Owczych. Niektóre są bardziej, inne mniej rozwinięte, ale książka faktycznie jest stworzona w formie ciekawostka opisana przez autora / ciekawostka opisana przez miejscowych / ciekawostka opisana przez imigrantów na wyspach, i tak w kółko. Nie zaprzeczę, że da się z Farerskich kadrów sporo o Wyspach Owczych dowiedzieć, ale taka forma wpisów nadaje się bardziej na bloga czy media społecznościowe, a nie do wydania w formie książki. Od takiej lektury oczekuję znacznie więcej i tutaj tego więcej nie dostałam. Do tego nawał informacji w takiej skondensowanej formie sprawia, że większość szczegółów ucieka mi wkrótce po skończeniu rozdziału - myślę, że za kilka miesięcy niewiele mi o Wyspach Owczych zostanie w głowie. Do tego taki a nie inny styl przedstawiania informacji sprawia, że książkę czyta się dość bezemocjonalnie, nie wciąga, nie chce się po skończeniu jednego rozdziału od razu zajrzeć do kolejnego. Farerskie kadry skończyłam głównie dlatego, że - po odjęciu zdjęć - tego tekstu nie było aż tak dużo i po prostu stwierdziłam, że dam radę dociągnąć do końca... Ale zdjęcia ładne, trzeba przyznać ;)

Denis Urubko - Skazany na góry [4/10]

W gruncie rzeczy sama się trochę prosiłam o słabą lekturę, sięgając po książkę z oceną pomiędzy przeciętną a dobrą. Ale lubię tematykę górską, a postać Denisa Urubko - jednego z najbardziej znanych wspinaczy Kazachstanu, który zresztą ma też polskie obywatelstwo - bardzo mnie ciekawiła. Niewiele o nim wiedziałam, więc pomyślałam, że trafia się świetna okazja, by poznać jego himalajską karierę jego własnymi oczami. I chyba żadnej książki o górskiej tematyce nie męczyłam jeszcze tak długo jak Skazanego na góry. Gdyby nie parę ciekawych wątków wspinaczkowych, pewnie poddałabym się już w połowie...
Przede wszystkim Urubko nie jest pisarzem tylko wspinaczem. Oczywiście trafiały w moje ręce ciekawe wspomnienia himalaistów (jak chociażby Spod zamarzniętych powiek Bieleckiego), ale zazwyczaj powstawały one we współpracy z kimś, kto z pisaniem czuje się jednak nieco lepiej. Urubko czasem próbuje wykrzesać z siebie trochę poetyckiego zachwytu nad górami, ale zazwyczaj wychodzi to po prostu strasznie. Do tego przewijające się często komentarze o napotykanych kobietach, a także towarzyszach wypraw - wszystko kreuje wizerunek autora jako bardzo prostackiego człowieka. Człowieka o ogromnym ego, co warto zauważyć, bo swymi sukcesami uwielbia się zachwycać, ale jak coś nie wyjdzie, to natychmiast szuka winnych dookoła. Ponadto Urubko to inny typ himalaisty niż ci, których biografie czytałam dotąd. Tamci szukali w górach spokoju, wyzwań, chcieli poczuć, że żyją i odkryć siebie. Autor wyzwań też szuka, ale patrzy na nie inaczej. Mam wrażenie, że chce zaliczyć te góry, zdobywać wyróżnienia, nagrody, a gdy krajowe media go nie chwalą, natychmiast mu tego brakuje. W Skazanym na góry więcej opisów zawodów kto najszybciej zdobędzie szczyt i radości ze zwycięstw niż głębszego podejścia do wspinaczki...
Skazany na góry opowiada o przygodach Denisa mniej więcej do połowy lat dziesiątych, czyli nie obejmuje najnowszych wydarzeń, m.in. akcji ratunkowej na Nanga Parbat. Może to i dobrze, bo dostalibyśmy kolejny rozdział zachwytów, jaki to Urubko jest wspaniały, bo komuś pomógł, a jaki zły jest świat dookoła, bo nie udało mu się zdobyć K2 zimą. A książki nie polecam - zarówno ze względu na język i styl, dobór historii, jak i samo podejście autora do świata i ludzi.

Publikowanie komentarza

0 Komentarze