Da Nang w listopadzie to podobno nie jest najlepszy pomysł - w końcu to pora deszczowa, z plaży się raczej nie skorzysta, a pobliskie Hoi An i inne okolice mogą doświadczać regularnych powodzi. Wciąż jednak postanowiliśmy zaryzykować i spędzić w tej części kraju trzy dni - jeden na wspomniane Hoi An, drugi na zabytkowe Hue, a trzeci na kilka wybranych punktów, do czego potrzebowaliśmy wynajętego samochodu z kierowcą. Przy tak intensywnym planie na samo Da Nang zaczęło nagle brakować czasu. Czytałam o górującym nad miastem posągu Lady Buddha, o Marmurowych Górach, o słynącej z małp górze Sơn Trà, o ziejącym ogniem Smoczym Moście... No i o plażach, ale te przy niestabilnej pogodzie skreśliliśmy na start - od plażowania miała być wyspa Phu Quoc. A potem było dalsze skreślanie tego, na co brakowało czasu i ostatecznie ograniczyliśmy się do Marmurowych Gór oraz wieczornej wizyty przy Smoczym Moście. Na pewno nie dało nam to pełnego obrazu Da Nang, ale najważniejsze, że naprawdę nam się podobało :).
Marble Mountains - Marmurowe Góry (Ngũ Hành Sơn) to pięć wzgórz symbolizujących pięć żywiołów (że tak to sobie pozwolę przetłumaczyć): ogień, wodę, ziemię, metal i drewno. Pełne świątyń i jaskiń mają od dawna niemałe znaczenie religijne, a z turystycznego punktu widzenia stanowią świetny przystanek po drodze do Hoi An. My połączyliśmy zwiedzanie Thuy Son (Wodnej Góry - najwyższej i podobno jedynej z pięciu dostępnej dla turystów) z wycieczką do położonego na południowy zachód od Da Nang sanktuarium My Son. Cała okolica wokół Marmurowych Gór słynie z rzeźbiarstwa, liczne sklepy ciągną się wzdłuż drogi do Hoi An, a wiele misternie wykonanych rzeźb naprawdę robi wrażenie. Kierowca zatrzymał się na niewielkim parkingu u stóp Thuy Son, a my najpierw wybraliśmy się na niewielkie zakupy, a potem skierowaliśmy się do windy na szczyt wzgórza. Wstęp na teren Marmurowych Gór kosztuje 40.000 dongów (5,55 zł), a jeśli chcemy uniknąć wchodzenia po licznych schodach na górę, możemy dopłacić 15.000 (2,10 zł) za windę.
My skorzystaliśmy z windy, bo ze stanem zapalnym w stopie zdecydowanie wolałam uniknąć nadmiaru schodów. Bo całkowicie uniknąć ich się nie dało, całe wzgórze składa się z licznych przewyższeń, a do tego wejścia do jaskiń i ich wnętrza to nieraz była nierówna trasa góra-dół. Do tego droga często biegła po wyślizganych kamieniach i patrząc na to wszystko, naprawdę nie chciałabym tutaj chodzić po deszczu, musi być bardzo ślisko. Zresztą my ciągle spoglądaliśmy w zachmurzone niebo, bo prognozy pogody nie były szczególnie optymistyczne na ten dzień. Ciężką wilgoć czuło się w powietrzu, a deszcz faktycznie nas złapał - na szczęście na koniec zwiedzania, gdy i tak już powoli kierowaliśmy się na parking.
W kilku miejscach rozstawiono mapki Thuy Son z zaznaczonymi najważniejszymi punktami na górze. Warto się im przyjrzeć, by dobrze rozplanować zwiedzanie - z niektórych miejsc przechodzi się bezpośrednio dalej, ale do większości prowadzą ścieżki, którymi trzeba się później wrócić na główny szlak. Jak pierwszy raz spojrzałam na mapkę, byłam bardzo zaskoczona, jak spory jest to obszar. Marmurowe Góry googlałam wcześniej tylko pobieżnie, a wyszukiwarka wyrzucała w odpowiedzi jeden i ten sam obrazek: jaskinię Huyen Khong. I jakoś w mojej głowie wyobraziłam sobie, że wjedziemy windą, zobaczymy jaskinię i ruszamy dalej w drogę... Tymczasem Huyen Khong była jednym z ostatnich punktów na sporym terenie, a na obejście wszystkiego dobrze poświęcić ze dwie godziny.
Szczyt Thuy Son wznosi się na wysokość 108 metrów, a że wzgórze położone jest na obrzeżach Da Nang i tuż przy wybrzeżu, zapewnia świetne widoki na okolicę. Na wspomnianej mapce znajduje się nawet punkt oznaczony jako najwyższy szczyt, do którego można podejść po licznych schodach, a następnie kamienistą ścieżką. Ten ostatni odcinek przeszedł już sam M., bo ja nie mogłam chodzić po nierównej powierzchni, jednak nie znaczy to, że nie zobaczyłam żadnych widoków - Marmurowa Góra zapewnia wiele punktów widokowych we wszystkich kierunkach. Nie ma więc potrzeby wbiegania na sam szczyt, no chyba, że akurat tego chcecie ;).
Na mapce oznaczono aż sześć jaskiń - w większości z nich postawiono posągi i ołtarzyki, ale wszystko to wygląda na tyle podobnie, że po zajrzeniu do jednej czy dwóch pozostałe zaczynają nam się zlewać w pamięci. Poza tą jedną wyjątkową, wspomnianą już Huyen Khong, widniejącą na większości zdjęć z Marmurowych Gór. W drodze do jaskini trzeba przejść przez charakterystyczną bramę i jeszcze jedną mniejszą jaskinię, aż w końcu staniemy przed wejściem do ogromnej komnaty. Naprzeciwko schodów znajduje się spory pomnik siedzącego Buddy, więcej posągów i ołtarzy znajdziemy po bokach jaskini. Huyen Khong słynie też z otworów w sklepieniu, przez które w słoneczne dni do wnętrza dostają się promienie słoneczne - nam niestety nie dane było tego zobaczyć ;).
My skorzystaliśmy z windy, bo ze stanem zapalnym w stopie zdecydowanie wolałam uniknąć nadmiaru schodów. Bo całkowicie uniknąć ich się nie dało, całe wzgórze składa się z licznych przewyższeń, a do tego wejścia do jaskiń i ich wnętrza to nieraz była nierówna trasa góra-dół. Do tego droga często biegła po wyślizganych kamieniach i patrząc na to wszystko, naprawdę nie chciałabym tutaj chodzić po deszczu, musi być bardzo ślisko. Zresztą my ciągle spoglądaliśmy w zachmurzone niebo, bo prognozy pogody nie były szczególnie optymistyczne na ten dzień. Ciężką wilgoć czuło się w powietrzu, a deszcz faktycznie nas złapał - na szczęście na koniec zwiedzania, gdy i tak już powoli kierowaliśmy się na parking.
W kilku miejscach rozstawiono mapki Thuy Son z zaznaczonymi najważniejszymi punktami na górze. Warto się im przyjrzeć, by dobrze rozplanować zwiedzanie - z niektórych miejsc przechodzi się bezpośrednio dalej, ale do większości prowadzą ścieżki, którymi trzeba się później wrócić na główny szlak. Jak pierwszy raz spojrzałam na mapkę, byłam bardzo zaskoczona, jak spory jest to obszar. Marmurowe Góry googlałam wcześniej tylko pobieżnie, a wyszukiwarka wyrzucała w odpowiedzi jeden i ten sam obrazek: jaskinię Huyen Khong. I jakoś w mojej głowie wyobraziłam sobie, że wjedziemy windą, zobaczymy jaskinię i ruszamy dalej w drogę... Tymczasem Huyen Khong była jednym z ostatnich punktów na sporym terenie, a na obejście wszystkiego dobrze poświęcić ze dwie godziny.
Szczyt Thuy Son wznosi się na wysokość 108 metrów, a że wzgórze położone jest na obrzeżach Da Nang i tuż przy wybrzeżu, zapewnia świetne widoki na okolicę. Na wspomnianej mapce znajduje się nawet punkt oznaczony jako najwyższy szczyt, do którego można podejść po licznych schodach, a następnie kamienistą ścieżką. Ten ostatni odcinek przeszedł już sam M., bo ja nie mogłam chodzić po nierównej powierzchni, jednak nie znaczy to, że nie zobaczyłam żadnych widoków - Marmurowa Góra zapewnia wiele punktów widokowych we wszystkich kierunkach. Nie ma więc potrzeby wbiegania na sam szczyt, no chyba, że akurat tego chcecie ;).
Na mapce oznaczono aż sześć jaskiń - w większości z nich postawiono posągi i ołtarzyki, ale wszystko to wygląda na tyle podobnie, że po zajrzeniu do jednej czy dwóch pozostałe zaczynają nam się zlewać w pamięci. Poza tą jedną wyjątkową, wspomnianą już Huyen Khong, widniejącą na większości zdjęć z Marmurowych Gór. W drodze do jaskini trzeba przejść przez charakterystyczną bramę i jeszcze jedną mniejszą jaskinię, aż w końcu staniemy przed wejściem do ogromnej komnaty. Naprzeciwko schodów znajduje się spory pomnik siedzącego Buddy, więcej posągów i ołtarzy znajdziemy po bokach jaskini. Huyen Khong słynie też z otworów w sklepieniu, przez które w słoneczne dni do wnętrza dostają się promienie słoneczne - nam niestety nie dane było tego zobaczyć ;).
Najstarsze, istniejące do dziś świątynie na Wodnej Górze sięgają swoją historią pierwszej połowy XVII wieku, choć wzgórze było miejscem świętym już wcześniej, za czasów Czamów (jeszcze w X wieku). Obecne pagody to jednak świątynie buddyjskie, wielokrotnie przebudowywane na przestrzeni wieków. Warto zajrzeć do pagody Tam Thai z ok. 1630 roku, na nas jednak największe wrażenie wywarły pagody Linh Ung oraz Tu Tam, odpowiednio pierwsza i ostatnia odwiedzone na szlaku. Odbijając na boki mogliśmy zobaczyć też wiele mniejszych świątyń i wieżyczek, choć nie wszędzie dało się zajrzeć do środka.
Jeśli przyjeżdżacie tu w sezonie, lepiej zaopatrzcie się w zapas wody - na górze jest duszno i z nas spływało strumieniami, choć pogoda oszczędziła nam do tego prażącego słońca ;). Na dole przy parkingu są jakieś sklepiki, ale na próżno szukać ich na szczycie. Jedynie na placyku - oznaczonym na mapie jako Relaxation area - znajdziemy toalety i niewielkie stragany ze świeżymi sokami z owoców... Choć mieliśmy tu moment zastanowienia, na ile bezpieczny jest lód dorzucany do napojów. Ale przeżyliśmy bez rewelacji żołądkowych ;). W listopadzie zwiedzaliśmy też na spokojnie, na wzgórzu nie było tłumów, ale znów - wyobrażam sobie, że w sezonie wygląda to inaczej.
Jeśli zaś chodzi o samo centrum Da Nang, to tutaj niewątpliwie największą atrakcją turystyczną jest Cầu Rồng - Smoczy Most nad rzeką Han. Swoją drogą, pierwotnie zarezerwowałam nocleg tuż przy moście, z widokiem na rzekę, ale później go odwołałam - do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, czy pojedziemy do Da Nang ze względu na powodzie. Kiedy się wreszcie zdecydowaliśmy i rezerwowałam nowy hotel, jakoś źle spojrzałam na mapę. Wydawało mi się, że znów bukuję przy Smoczym Moście, a okazało się, że niestety popatrzyłam o jeden most za daleko i przyszło nam potem zmęczonym, wieczorową porą jeszcze z pół godziny zasuwać piechotą do hotelu... ;) Bo to właśnie wieczorową porą, a dokładnie o 21 w piątki, soboty i niedziele, warto podejść pod Smoczy Most.
O 21 - jeśli pogoda pozwoli - smok zaczyna ziać ogniem. Trwa to parę minut, a następnie z pyska smoka wystrzeliwane są strumienie wody. Łącznie wszystko to zajmuje z kilkanaście minut, ale przyciąga prawdziwe tłumy, nawet poza sezonem. Sposobów na oglądanie pokazu jest kilka. Można wejść na sam most, ale to sobie odpuściliśmy, bo strumień wody jest tak silny, że ci stojący najbliżej uciekali w popłochu, a i tak przemokli do suchej nitki. Można skusić się na rejs po rzece, już na kilka minut przed 21 całe szeregi statków ustawiały się po obu stronach mostu, by zapewnić pasażerom jak najlepszy widok. A można też zrobić tak jak my, czyli usiąść na brzegu i oglądać pokaz z pewnej odległości - zresztą już na kilkadziesiąt minut przed 21 wszędzie nad wodą rozstawiane są krzesełka i stoliki, można za grosze kupić jakąś przekąskę czy świeżego kokosa i oglądać całkiem wygodnie :). I wcale nie na sucho, bo nawet na tę odległość wiatr zanosił wodę wystrzeliwaną ze smoczego pyska... aż współczułam tym, co stali bliżej ;).


0 Komentarze