Advertisement

Main Ad

Mój rok 2025 w książkach

Dobrze się zaczęło, słabo się skończyło - tak mogę podsumować czytelniczo rok 2025 ;). Przeczytałam łącznie 117 książek (Goodreads nie miało jednego tytułu, więc powyższy obrazek przedstawia zaniżoną statystykę ;) ), co wciąż uważam za bardzo dobry wynik, choć najniższy od ładnych paru lat - mniej czytałam ostatnio w 2018 roku. Aż 20 lektur mnie rozczarowało na tyle, że dałam im ocenę 5/10 lub niższą. Tyle samo książek uznałam za świetne, choć zabrakło mi tym razem lektur, które pozostawiłyby we mnie takie poczucie wow, chcę do tego wracać! Żadna z przeczytanych w 2025 roku książek nie zasłużyła na 10/10, a tylko 2 oceniłam na 9/10... i gdy teraz robiłam podsumowanie roku, to chodziła mi po głowie myśl, czy one faktycznie były lepsze niż te, którym dałam 8/10? Więc choć niewątpliwie przeczytałam sporo bardzo dobrych lektur, to jednak ten miniony rok pozostawił we mnie jakieś takie poczucie rozczarowania, że tych książek było mniej i nie były tak trafione jak w poprzednich latach.
Standardem już u mnie jest, że mniej czytam podczas urlopów, ale w 2025 roku jakoś bardziej to było widoczne - w marcu Kenia i Włochy, a w listopadzie Wietnam. Dołek czytelniczy, w który wpadłam w listopadzie przeciągnął się na grudzień (zazwyczaj dużo czytam podczas świąt w Polsce, jednak tym razem kompletnie nie miałam do tego głowy). I trochę trwa dalej, bo styczeń póki co też całkiem wyjazdowy... i mamy prawie połowę miesiąca, a ja skończyłam dotąd jedną książkę, do tego rozpoczętą jeszcze w grudniu. Mam ogromną nadzieję, że znów złapię ten flow, bo czytać przecież uwielbiam, no ale jednak potrzebuję do tego czasu, spokoju... no i wciągające lektury też by pewnie pomogły ;). Czytomierz na Lubimy Czytać podsumował, że na czytaniu spędziłam w 2025 roku 507 godzin, czyli ponad 21 dni, a najwięcej czytałam w wannie, łóżku i na rowerku stacjonarnym. Niestety, z końcem października nabawiłam się zapalenia w stopie, wciąż nie do końca wyleczonego, co mocno ograniczyło mi ćwiczenia, a co za tym idzie niemal całkowicie odpadło mi czytanie podczas jazdy w listopadzie i grudniu. W podróżniczym podsumowaniu roku pisałam, że znów więcej latałam samolotem, a zarazem niewiele się jeździło samochodem po okolicach. W rezultacie w 2024 roku przesłuchaliśmy w drodze 7 audiobooków, a w 2025 roku - zaledwie 2. Spodziewanej tendencji zwyżkowej nie było ;).
Wśród wydawnictw, po które najczęściej sięgam, dominują te same, które dominowały i w ubiegłym roku: Czarne oraz Poznańskie. A to wszystko dlatego, że czytam najwięcej reportaży - są rzeczy niezmienne ;). Choć w 2025 roku przewaga reportaży nad drugą z kolei literaturą piękną nie była już tak rażąca jak w poprzednich latach. Miało też na to wpływ to, że zaczęłam czytać więcej książek biznesowych - starałam się zrozumieć giełdę, inwestowanie i mnóstwo innych ciekawostek ekonomicznych. To samo planuję na rok 2026, zwłaszcza odkąd odkryłam wydawnictwo Prześwity z ich świetnymi książkami w tej tematyce. Nie zabrakło też fantastyki i science fiction - skończyłam Archiwum Burzowego Światła Sandersona i sięgałam po kolejne tomy lubianych przeze mnie serii, w tym po Swarożyca Miszczuk czy Wschód słońca w dniu dożynek Collins. 
Czytałam mniej niż w poprzednich latach i najbardziej odbiło się to na literaturze polskiej. W 2023 roku stanowiła ona 51% wszystkich moich lektur, w 2024 - 43%, a w 2025 - już tylko 33%. Co ciekawe, książek amerykańskich i brytyjskich przeczytałam nawet trochę więcej niż rok temu. Po raz pierwszy od dawna w czołówce tej statystyki nie ma literatury szwedzkiej ani austriackiej, a przecież zawsze się staram czytać całkiem dużo z tych krajów - w 2025 roku wpadło tylko po jednej książce... Na plus za to fakt, że udało mi się przeczytać po jednej lekturze po angielsku i niemiecku, w końcu ile można czytać po polsku? ;) No i muszę przyznać, że jeśli chodzi o różnorodność krajów pochodzenia autorek i autorów - tutaj naprawdę nie mogę narzekać. Czytałam literaturę afgańską, albańską, bośniacką, nigeryjską, palestyńską czy singapurską... i mam nadzieję, że tej różnorodności nie zabraknie także w 2026 roku :)
W 2025 roku zrezygnowałam z udziału w Wyzwaniu Czytelniczym Lubimy Czytać, nie brałam też udziału w żadnych innych wyzwaniach. Uczestniczyłam jedynie w naszej emigracyjnej Wielkiej Loży Książkowo-Filmowej (choć tylko w tej książkowej części), choć do lektur z listopada i grudnia wciąż nie miałam kiedy zajrzeć. Generalnie odpuściłam sobie wszystkie takie aktywności, bo często miałam poczucie, że nie mam czasu czytać tego, na co mam ochotę, więc jeszcze wyzwań by tu brakowało... Zresztą rozpoczęłam 2025 rok, mając 220 książek w stosiku do przeczytania, a zakończyłam go z 212 tytułami. Czyli dostawałam / kupowałam nowe książki niemal w tym samym tempie, co czytałam i trochę rosła we mnie frustracja, że ta kupka wstydu się w ogóle nie zmniejsza. A w minionym roku nawet nie podbierałam mojemu facetowi za często Legimi, więc nawet nie mogę zwalić tego wszystkiego na czytanie książek z innego źródła ;).

Najdłuższą cegłą, którą przeczytałam w 2025 roku była historia wojny wietnamskiej Hastingsa, którą czytałam cały listopad-grudzień i którą wręcz docisnęłam do końca w samolocie, podczas wypadu sylwestrowego. Ale udało się skończyć jeszcze w tamtym roku! ;) Długie były też kolejne tomy Archiwum Burzowego Światła, ale to się akurat bardzo szybko czytało. Dla równowagi przeczytałam też dwie króciutkie książki, każda poniżej 100 stron: Windę Schindlera oraz Drobiazgi takie jak te. Niektóre z tych najdłuższych i najkrótszych znalazły się wśród najlepszych lektur 2025 roku :).
 
I znów - TOP 15 lektur minionego roku. Jeśli w 2026 roku przeczytam mniej niż 100 książek, to może zejdę do TOP 10 ;).
15. Anna Bikont - Nie koniec, nie początek. Powojenne wybory polskich Żydów
Odkąd przeczytałam kiedyś My z Jedwabnego z ciekawością sięgam po kolejne książki Bikont. I choć żadna już nie wciągnęła mnie tak jak tamta, to wciąż są to świetne reportaże, trzymające wysoki poziom i pełne ciekawych historii. Po przeczytaniu kilku jej książek odnoszę czasem wrażenie, że niektórzy bohaterowie i ich opowieści są już mi znane z poprzedniej lektury, w niczym nie psuje mi to jednak czytania kolejnej. Nie koniec, nie początek również bardzo przypadł mi do gustu, wiele się z tej książki dowiedziałam, a research zrobiony przez autorkę i liczne przeprowadzone wywiady to naprawdę kawał świetnej roboty.
Swój najnowszy reportaż Bikont podzieliła na cztery części, każda odpowiada innemu wyborowi dokonanemu przez polskich Żydów po zakończeniu II wojny światowej. Zaczynając od tych, którzy zdecydowani się zostać w Polsce, od prób odbudowania życia żydowskiego, ukrywanie się pod polskimi nazwiskami czy aktywny udział w polityce komunistycznej. Potem długi rozdział poświęcony ogromnej większości, która zdecydowała się wyjechać – przerażona pogromami, agresywnym antysemityzmem, coraz mniejszym wsparciem władz. Następnie Bikont pisze o rozliczeniach (są tu próby zemsty oraz dochodzenia sprawiedliwości przed sądami) oraz upamiętnianiu, głównie w literaturze. Mnóstwo tu naprawdę ciekawych wątków, sporo historii kompletnie mi dotąd nieznanych – zresztą dla mnie kształtowanie się świata powojennego w drugiej połowie lat czterdziestych to zawsze był niesamowicie fascynujący temat.
Nie koniec, nie początek to dość trudna lektura ze względu na tematykę, ale jeśli komuś podobały się wcześniejsze reportaże Bikont, to i ten powinien mu przypaść do gustu. Autorce się zdarza czasem podkreślić własne poglądy i krytykować antysemityzm tamtych czasów, ale dominuje tu historia i głosy bohaterów reportażu. Dla mnie była to wartościowa lektura i cieszę się, że po nią sięgnęłam.

14. C.W. Ceram - Bogowie, groby, uczeni. Tajemnice archeologii
Wciąż pamiętam, jak bardzo zachwycałam się tą książką w czasach szkolnych – czytałam niektóre rozdziały (szczególnie te o Grecji i Egipcie) na wyrywki i marzyłam, by zająć się archeologią, jak dorosnę ;). Z czasem dotarło do mnie, że czasy się zmieniły – Bogowie, groby i uczeni to książka wydana w oryginale w 1949 roku i opowiadająca głównie o odkryciach z XIX i początku XX wieku. System kolonialny, umożliwiający Europejczykom robienie, co chcą – w tym wywożenie zabytków do europejskich muzeów – na szczęście upadł, a wiele tego, co było do odkopania, już odkopano. Co gorsza, wiele z tego, co kiedyś odnaleziono, nie przetrwało do naszych czasów – chociażby tereny dawnej Mezopotamii nie są dziś najstabilniejszym politycznie miejscem… Mając tę świadomość w głowie, postanowiłam wrócić do książki Cerama (pod tym pseudonimem pisał niemiecki dziennikarz K.W. Marek) już jako dorosła osoba, która w międzyczasie wiele na różne tematy czytała…
Bogowie, groby i uczeni zachwycili mnie po raz kolejny :). Choć dwie pierwsze części opowiadały o Grecji i Egipcie, historię których dość dobrze znam, to i tak towarzyszenie archeologom podczas odkryć niesamowicie mnie wciągnęło. Ceram przedstawia bohaterów swojej książki w tak żywy i obrazowy sposób, że nie da się nie ekscytować razem z nimi przy każdym kolejnym odkryciu. Historia starożytna przeplata się w tych rozdziałach z historią głównie XIX-wieczną, kiedy to próbowano rozszyfrować hieroglify i odkopywano coraz to nowe miejsca z czasów starożytnych, a w nich nieraz i niesamowite skarby. Moje zainteresowanie lekturą nieco zmalało w części trzeciej, poświęconej dawnej Mezopotamii, choć i tam dokonano wyjątkowych i ciekawych odkryć, i wciąż marzy mi się, że te regiony uspokoją się politycznie na tyle, by kiedyś tam pojechać, zobaczyć te stanowiska archeologiczne… Ale tutaj Ceram trochę za bardzo popłynął, próbując odtwarzać kolejne dynastie babilońskie, gdzieś ta archeologia zeszła na dalszy plan i jednak mi tego brakowało. Ostatnią część autor poświęcił Aztekom i Majom, choć tutaj dla urozmaicenia nie opierał się tylko na badaniach archeologicznych. Wręcz przeciwnie, obrazowo przedstawił upadek cywilizacji Azteków, opierając się też na dawnych hiszpańskich dokumentach i pamiętnikach, opowiadał, jak po zniszczeniu azteckich miast ruiny popadły na wieki w zapomnienie i jakim zaskoczeniem było dla amerykańskich archeologów, że dla wielkich odkryć nie muszą podróżować do Europy czy Afryki… Czy natychmiast zamarzyła mi się podróż do Meksyku? Być może :).
Tak, Bogowie, groby i uczeni nie są książką idealną – napisana w innych czasach nie uwzględnia najnowszych odkryć, a białego człowieka / Europejczyka stawia ciągle na piedestale. Biorąc jednak poprawkę na rok napisania, lekturę się wręcz pochłania. Opowiedzieć o historii w taki sposób, żeby nie utonąć w milionie szczegółów, ale przybliżyć czytelnikom postacie, zachęcić ich nie tylko do zgłębienia tych opowieści, ale wręcz do marzenia o zobaczeniu danych miejsc na własne oczy… Nie każdy autor to potrafi, a Ceramowi udało się wręcz świetnie. Bardzo mocno polecam :).

13. Brandon Sanderson – Wiatr i prawda (t.2)
Wiatr i prawda to kolejna książka z Archiwum Burzowego Światła potwierdzająca moją teorię, że Sanderson pierwszą połowę rozwleka, by w drugiej pognać z akcją w takim tempie, że nie chce się odkładać książki na półkę. A że w polskim wydaniu rozbito Wiatr i prawdę na dwa tomy, nie zaskakuje, że tom drugi bije pierwszy na głowę, całość składa się zaś na bardzo dobrą powieść fantasy, choć zdecydowanie nie najlepszą z całego cyklu. Tą książką Sanderson zamknął pierwszy łuk narracyjny serii, w planach jest kolejne pięć tomów, na które przyjdzie teraz czekać kilka lat… Tak się nie robi! Bo autor tak namieszał w swoim uniwersum, tyle wydarzeń postawił pod znakiem zapytania na koniec, że kompletnie nie mam poczucia zakończenia jakiejś części cyklu. Większość wątków pozostała otwarta, proszę o kontynuację! ;)
Uwielbiam Archiwum Burzowego Światła, przywiązałam się do bohaterów, więc pewnie nie potrafię już być do końca obiektywna w ocenianiu tych książek. Na pewno druga część Wiatru i prawdy ma te same wady, co i pierwsza – w końcu w oryginale to jedna książka. Zatem najbardziej irytowało mnie przeskakiwanie z wątku na wątek – szczególnie na koniec było to już nagminne. Sanderson wybrał taką metodę budowania napięcia, ale mając tylu bohaterów i tyle wątków, wolałabym jednak poświęcić każdemu więcej niż kilka stron naraz, a nie skakać w kółko: Adolin, Dalinar, Kaladin, Shallan, Rlain i Renarin, znów Adolin, znów Shallan, tu fragment dialogu, tu kawałek walki, tam rozważanie decyzji, która zostanie podjęta dopiero po kilku kolejnych przeskokach między bohaterami… Oj, za dużo tego. Ale i tak napięcie było na tyle duże, że ostatnie 100+ stron przeczytałam bez przerwy, zarywając noc, bo nie dało się iść spać w takim momencie ;). Miałam też wrażenie, że w drugiej części było mniej rozwleczonych fragmentów, a filozoficzne wątki plus akcja Kaladin-terapeuta, które mnie wcześniej męczyły, też zostały ograniczone do znośnego minimum. Wiatr i prawda to fajne zakończenie świetnego cyklu, a raczej jego pierwszej części – i liczę, że kolejny pięcioksiąg wciągnie mnie równie mocno :).

12. Anna Malinowska – Brunatna kołysanka
Opis książki mnie zmylił – spodziewałam się tu więcej o działalności Lebensbornu i porwaniach oraz zniemczaniu dzieci, które wyglądały na aryjskie. Oczywiście ten wątek Malinowska też dość mocno zgłębiła, ale Brunatna kołysanka to reportaż o zdecydowanie szerszej tematyce. Dla mnie to jednak zaleta, więc choć dostałam nie do końca to, czego się spodziewałam, to myślę, że książce wyszło to tylko na dobre.
Są tu więc historie dzieci odebranych rodzicom w Polsce i wysłanych do Niemiec w celu wychowania ich na Niemców. Są odebrane dzieci przymusowych robotników wywiezionych do Rzeszy – wcale niekoniecznie polskiego pochodzenia, a pochodzenie niektórych do dziś pozostało nieznane. Niektóre z nich mogły faktycznie urodzić się Niemcami, ale kto by to był w stanie udowodnić w powojennym chaosie? Dla mnie Brunatna kołysanka to książka o przymusowo przesiedlanych dzieciach, z którymi nikt się nie liczył. Jedyne, co się liczyło, to polityka – Niemcy wykrwawiający się na froncie wschodnim potrzebowali nowych Niemców, Polacy wykrwawieni latami wojny i okupacji potrzebowali nowych Polaków. Tragedia czy dobro dzieci nikogo nie interesowały. I o ile dziecka szukali zrozpaczeni rodzice i bliscy – miało to wszystko sens, nawet jeśli maluch nie pamiętał ani ich ani języka polskiego. Ale zabieranie niemówiącego po polsku dziecka od kochającej go niemieckiej rodziny na tułaczkę po przemocowych sierocińcach, bo w Polsce nikt bliski nie został…? Niektóre ówczesne decyzje polityczne nie mieszczą się w głowie współczesnemu człowiekowi.
Malinowska opowiada też o katowickim adwokacie Romanie Hrabarze, który po wojnie zajmował się odzyskiwaniem odebranych przez Niemców dzieci. Dowiadujemy się o sytuacji politycznej i trudnościach, z jakimi adwokat musiał się mierzyć. Książka napisana jest bardzo dobrze, płynnie przechodzi się z historii na historię, z tematu na temat, a wszystko tworzy spójną całość. Temat na pewno nie jest wyczerpany, ale autorka zebrała wiele różnorodnych historii i ukazuje czytelnikom ciekawy przekrój problemów: każda sytuacja była indywidualna, każde dziecko było oddzielnym człowiekiem – jedne były przeszczęśliwe, że odnalazły rodziców, inne chciały uciekać z Polski do niemieckiej Mutti. Nic tu nie było czarno-białe i Malinowskiej świetnie udało się uchwycić kompleksowość tej problematyki. Brunatna kołysanka to ciekawy i poruszający reportaż, warto się z nim zapoznać.

11. Mateusz Mazzini – Włochy prawdziwe
Kocham Włochy całym sercem, często po nich podróżuję i całkiem sporo o nich już przeczytałam, a jednak Mazziniemu udało się przedstawić mi ten kraj z tak odmiennej perspektywy, że jego Włochy prawdziwe czytało mi się bardzo dobrze. Choć wcale nie spodziewałam się tego od początku, bo autor zaczął od wizyt u swojej włoskiej rodziny w czasach dzieciństwa, a potem prowadził narrację w oparciu o kolejne podróże do Włoch. Ja nie jestem fanką reportaży, w których postać autora jest nadmiernie widoczna, ale Mazziniemu udało się tak to wszystko połączyć w całość, że nie tylko jego osobiste wątki mi nie przeszkadzały – wręcz przeciwnie, bardzo ciekawie wprowadzały do kolejnych zagadnień. Bo autor, podróżując po Włoszech, przede wszystkim rozmawia z ludźmi. W efekcie dostaliśmy reportaż, w którym różne problemy kraju zostały omówione nie tylko w oparciu o statystyki, media i literaturę tematyczną, ale przede wszystkim też o wypowiedzi Włochów: od kelnerów i pracowników hoteli, przez dziennikarzy czy aktywistów, aż po pracowników uniwersytetu. A to jest coś, co w literaturze faktu uwielbiam: dopuszczanie do głosu bohaterów, którzy na dany temat mają do powiedzenia często dużo więcej, niż można znaleźć w zwykłych książkach historycznych.
Nie to jednak, że Włochy prawdziwe to książka historyczna, choć historia powojenna się tu często przeplata, w końcu ma ona spory wpływ na obecne życie Włochów. Mazzini wybrał kilka regionów i z każdym z nich powiązał jakieś problemy – czasem typowe dla danego regionu, czasem dla całego kraju. I tak zaczniemy od Sycylii mierzącej się z bezrobociem, napływem uchodźców i ucieczką miejscowych, przez Kampanię i mafię, Toskanię i nadmierną, nieprzynoszącą lokalnej społeczności korzyści turystykę, położoną na uboczu Apulię (w końcu zrozumiałam, dlaczego tak ciężko mi było poruszać się po tym regionie pociągiem… :) ), aż po Lombardię, przy której Mazzini ciekawie opowiada o polityce, seksskandalach i przedmiotowym traktowaniu kobiet. Jak widać, przekrój tematów jest spory i choć oczywiście autor opowiada tylko o wybranych rzeczach i regionach, z reportażu wyłania się inny, nieznany większości turystów obraz Włoch. Bardzo podobał mi się dobór tematów, rozmówców, sposób opowiadania historii – naprawę sporo się z tego reportażu dowiedziałam, świetnie mi się go czytało i szczerze polecam! :)

10. Antony Beevor – D-Day. Bitwa o Normandię
Książki Beevora to dla mnie już gwarancja świetnej literatury historycznej i nie inaczej było z D-Day. Bitwą o Normandię. To ponad 600-stronicowa cegła opowiadająca o odbiciu Francji przez aliantów – od przygotowań do tytułowego D-Day, przez lądowanie na plażach Normandii i kolejne operacje wojskowe, aż po wyzwolenie Paryża w sierpniu 1944 roku. Beevor szczegółowo (ale wciąż bardzo przystępnie dla kogoś, kto nie siedzi w tematyce militarnej) opisuje działania wojskowe, podejście zarówno alianckich, jak i niemieckich dowódców, działalność francuskiego ruchu oporu, poświęcenie cywilów… Są też i polskie wątki, gdy brygada pancerna generała Maczka wkroczyła do akcji, głównie pod Falaise. D-Day czytało mi się jak najlepszą książkę przygodową, bo u Beevora wielka historia przeplata się z historiami osobistymi uczestników danych wydarzeń, nawet jeśli często są to tylko pojedyncze migawki. Jedynym moim zastrzeżeniem do tej lektury były sporadyczne wstawki autora oceniające niektórych dowódców – nie pamiętam, bym się na coś takiego natknęła w innych jego książkach. Z drugiej strony było tego na tyle mało, że nie zepsuło całego odbioru lektury. Dużo się dowiedziałam, jeszcze więcej chciałam zgłębiać na boku na własną rękę, a do tego utwierdziłam się w przekonaniu, że po książki Beevora mogę sięgać w ciemno i będzie mi się podobało :).

9. Annie Jacobsen – Wojna nuklearna
Kolejny reportaż, który trudno mi zaklasyfikować do reportaży, bo Wojna nuklearna Jacobsen to właśnie – jak wskazuje podtytuł książki – tylko możliwy scenariusz. Może się on ziścić, może nie, a nawet jeśli, to wcale niekoniecznie w takiej formie, jak zaprezentowana przez autorkę. Jakkolwiek jednak byśmy tej lektury nie zaszufladkowali, nie da się zaprzeczyć, że jest ona niesamowicie wciągająca i jednocześnie przerażająca.
Jacobsen zapoznała się z ogólnie dostępnymi i odtajnionymi dokumentami, rozmawiała z mnóstwem osób związanych z przemysłem wojennym oraz nauką – wszystkimi tematami, które mogłyby pomóc lepiej sobie wyobrazić, jak wyglądałaby wojna nuklearna. Autorka ukazuje, jak w ciągu kilku godzin pojedynczy atak doprowadziłby do reakcji łańcuchowej, zaangażowania wielu państw i końca świata, jaki znamy. Jak to podobno ujął Einstein: czwarta wojna będzie toczyć się na kije i kamienie, bo wojna nuklearna właściwie zniszczy naszą cywilizację. Jacobsen przedstawia scenariusz minuta po minucie, sekunda po sekundzie – od wykrycia wystrzelonego pocisku, przez rozważania, co robić, pierwsze wybuchy, pierwsze reakcje odwetowe i coraz większy chaos, coraz większe zniszczenie. To straszna wizja, ale naprawdę ciekawie opisana, nie da się przestać czytać, gdy się już zacznie…
Wojna nuklearna nie jest jednak książką idealną – może irytować skupienie się autorki głównie na Stanach Zjednoczonych, do tego Korea Północna i Rosja jako przeciwnicy w wojnie… a co z resztą świata i jego reakcją lub zaangażowaniem? Do tego Jacobsen trzyma się przez całą książkę ściśle stworzonego przez siebie scenariusza, a fajnie by było jednak, gdyby zaprezentowała jakieś plany B i C, inne możliwe reakcje, nawet jeśli koniec i tak byłby podobny… Ale choć trochę mi to zgrzytało, nie zepsuło jednak odbioru całej lektury. Wiele szczegółów i ciekawostek było mi kompletnie obcych, więc choć to tylko możliwy scenariusz, wciąż idzie się z książki sporo dowiedzieć. Wizje apokaliptyczne (czasem aż nadmiernie zbeletryzowane) przeplatają się z badaniami naukowymi i lekcjami historii, a także wypowiedziami polityków i naukowców. Naprawdę warto przeczytać.

8. Blendi Fevziu – Hoxha
Zafascynowana Albanią po mojej kwietniowej podróży, szukałam dalszych książek w temacie i tak trafiłam na biografię Envera Hoxhy autorstwa albańskiego dziennikarza Blendiego Fevziu. Podobno we własnym kraju książka osiągnęła spory sukces, bo po upadku komunizmu ludzie chcieli wiedzieć coś więcej o człowieku, który przez czterdzieści lat rządził państwem. Sama o Hoxhy chciałam dowiedzieć się więcej, bo moje dotychczasowe lektury i informacje z albańskich muzeów skupiały się bardziej na systemie i działalności służb, a nie na samym przywódcy. Fevziu wykonał kawał świetnej roboty, bazując na wspomnieniach tych, którzy przeżyli i nie bali się mówić oraz na udostępnionych po upadku komunizmu listach i innych dokumentach. Z lektury wyłania się obraz bezwzględnego, choć często też małostkowego dyktatora, który niespodziewanie potrafił okazać łaskę tym, którzy już mu nie zagrażali, ale brutalnie eliminował wszystkich, którzy mogli stanowić choć potencjalne zagrożenie. I nie liczyły się wtedy dla niego więzy rodzinne, lata przyjaźni czy opartej na zaufaniu współpracy.
Bardzo podeszła mi forma Hoxhy – przeplatanie tekstu własnego z cytatami z dawnych materiałów, nawet jeśli momentami było ich za dużo i ich treść była powtarzalna. Nie jest to bardzo szczegółowa biografia, zresztą o wczesnych latach dyktatora niewiele dziś wiadomo – trzeba się czasem opierać na jego własnych pamiętnikach, a te mogły mijać się z prawdą. Fevziu skupił się na karierze politycznej i późniejszej władzy, życie prywatne Hoxhy schodziło tu na dalszy plan. Mi to odpowiadało, bo właśnie o polityce chciałam czytać i dokładnie to dostałam. Była to już zresztą moja czwarta lektura z serii Oblicza zła wydawnictwa Prószyński i S-ka i wszystkie były udane, skupiające się głównie na działalności politycznej, więc z ciekawością zapoznam się jeszcze z kolejnymi biografiami z tej serii.

7. Bernardine Evaristo – Mr Loverman
Jej, jak to się dobrze czytało! :) Mr Loverman to lekka i humorystyczna powieść, z ciekawą fabułą i bardzo wyrazistymi bohaterami – naprawdę lubię takie książki. Opowieść została przedstawiona z dwóch punktów widzenia: Barry’ego i Carmel, małżeństwa z kilkudziesięcioletnim stażem – oboje urodzili się w Antigui, ale większość życia spędzili w Londynie. Mają dwie córki, bardzo dobrą sytuację finansową i… powiedzieć, że nie są szczęśliwi, to nic nie powiedzieć. Carmel od lat myśli, że mąż ją zdradza na prawo i lewo, więc sama skupiła się na religii i próbuje mniej lub bardziej cierpliwie nieść swój krzyż. Tymczasem Barry może faktycznie wiernością nie grzeszy, ale nie tak, jak myśli żona – miłością jego życia jest bowiem uważany przez wszystkich za najlepszego przyjaciela Morris. Bohaterów poznajemy w momencie, gdy Carmel wyjeżdża do Antigui na pogrzeb ojca, a Barry postanawia dokonać coming outu. Od tego momentu mężczyzna relacjonuje bieżące wydarzenia i trochę opowiada o przeszłości, kobieta skupia się głównie na wspomnieniach. To nie tylko skomplikowane małżeństwo, ale też różne relacje córek z rodzicami oraz między nimi samymi. Ale mimo trudnych tematów, Barry opowiada o wszystkim z humorem i sporą dawką ironii. Ciężko byłoby go polubić jako osobę, ale nie da się nie lubić jego płynnej i wciągającej opowieści, żarcików i komentarzy, rozmyślań i – czasem dość ograniczonych – autorefleksji ;). Zafascynowało mnie też, w jaki sposób zostały przedstawione córki tej pary, tak różne, a tak podobne do rodziców. Evaristo naprawdę mistrzowsko sobie poradziła z kreacją bohaterów i bohaterek. Bardzo polecam!

6. Chris Miller – Wielka wojna o chipy
Wielka wojna o chipy Millera okazała się zaskakująco ciekawą i wciągającą lekturą. Gdyby ktoś mi powiedział, że będzie mi się ciężko oderwać od książki opowiadającej o historii biznesu półprzewodnikowego – i to książki, w której przewija się trochę różnych szczegółów technicznych – to pewnie przewróciłabym oczami, przecież to nie moja bajka. Tymczasem Miller toczył swoją opowieść w taki sposób, że naprawdę mnie interesowały losy firm i ich właścicieli, działania rządów, coraz to nowe technologie… Miałam wcześniej jakąś podstawową wiedzę odnośnie obecnej sytuacji z chipami, o ogromnej roli Tajwanu, o zagrożeniu ze strony Chin, ale kompletnie nie zdałam sobie sprawy, jak ten przemysł powstawał i jak świat znalazł się w obecnej sytuacji. A sytuacja nie jest wcale czarno-biała, bo w świecie współzależności może i Ameryka odgrywa główną rolę w biznesie półprzewodnikowym, ale wszystko to by się załamało bez współpracy międzynarodowej. No i nie da się zapomnieć o napiętej atmosferze w Cieśninie Tajwańskiej – jedna agresywna decyzja Chin może sprawić, że na długi czas świat stanie w obliczu problemów z zakupem większości sprzętów elektronicznych… Uwielbiam książki łączące ze sobą historię i zależności biznesowe, a gdy do tego są one napisane tak jak Wielka wojna o chipy, mogę się spodziewać, że lektura zostanie ze mną na dłużej.

5. Claire Keegan – Drobiazgi takie jak te
Drobiazgi takie jak te to jedna z tych książek, których największą wadą jest ich długość, a raczej krótkość ;). Kilkadziesiąt stron tworzących atmosferę, wciągających od początku do końca, pozbawionych choćby jednego zbędnego słowa. Wszystko to prowadzi do zakończenia, które urywa się niemal w kulminacyjnym momencie, zostawiając czytelniczkę z myślą: ale ja chcę wiedzieć, co się teraz wydarzy!. Kegaan zostawia tu pole do wyobraźni lub też wiary (czy jej braku) w człowieka, byśmy sami mogli sobie dopowiedzieć, jak w tej sytuacji zachowają się bohaterowie. Osobiście takich zakończeń nie lubię, wolałabym tu poznać wizję autorki, ale cóż, kwestia gustu ;).
Pomijając jednak te dwie kwestie, naprawdę nie mam na co narzekać przy tej lekturze. Wciągnęła i zachwyciła mnie od samego początku, wszystkim szczerze polecam. W powieści poznajemy świat Billa Furlonga – ojca pięciu córek w małym irlandzkim miasteczku w połowie lat osiemdziesiątych. Rodzina właśnie przygotowuje się do świąt Bożego Narodzenia – żona z córkami przygotowuje ciasto, dziewczynki piszą listy do św. Mikołaja, a sam Bill skupia się na pracy, by wszędzie porozwozić węgiel przed świętami. Jednym z miejsc, gdzie musi zajechać, jest klasztor i tak mężczyzna odkrywa brutalny świat (nie)sławnych pralni Magdalenek. Keegan świetnie tu przeplata koszmar dziewczyn i kobiet przebywających pod opieką zakonnic ze spokojnym życiem rodziny Furlonga oraz fragmentami – już nie tak łatwej – przeszłości mężczyzny. Nie będę spojlerować, ale bardzo spodobał mi się pomysł na Drobiazgi takie jak te, sposób, w jaki przedstawiono bohaterów i ich życie… a przecież samej akcji tu niewiele, wydarzenia rozgrywają się na przestrzeni ledwo kilku dni, właściwie więcej tu rozmów, przemyśleń i wspomnień niż akcji. A i tak czytało mi się świetnie, tylko wciąż żałuję, że książka nie była dłuższa :).

4. Małgorzata Rejmer – Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii
Błoto słodsze niż miód Rejmer miałam w planach, odkąd przeczytałam jej Bukareszt. Już po pierwszych rozdziałach wiedziałam, że reportaż o Albanii spodoba mi się jeszcze bardziej i dokładnie tak było. Autorka prowadzi czytelników przez czasy komunistycznej Albanii – od końca II wojny światowej aż po upadek systemu na początku lat dziewięćdziesiątych. Co istotne, samej Rejmer w tej książce właściwie nie zauważymy, dominują tu opowieści Albańczyków – opowieści mocne, poruszające, nieraz przerażające, ale też w pewien sposób fascynujące. Jeśli uwzględnić do tego fakt, że reportaż czytałam podczas pobytu w Albanii, słuchając miejscowych oraz zwiedzając tematyczne muzea, historia Albanii w drugiej połowie XX wieku bardzo mocno utkwiła w mojej głowie.
Hoxha – albański dyktator – odwrócił się od ZSRS i Chin, uznając oba te państwa za niewystarczająco komunistyczne i zgotował mieszańcom swojego kraju piekło na ziemi. Rejmer rozmawiała z Albańczykami, którzy sami albo ich bliscy przeżyli więzienia i obozy pracy, tortury i strach, biedę i głód, kompletny rozpad więzi społecznych oraz brak zaufania do najbliższych członków rodziny. Autorka włożyła ogrom pracy w znalezienie rozmówców do swojej książki i przeprowadzenie wywiadów, a także w świetny i zrównoważony sposób przedstawiła ich opowieści. Wyłania się z nich obraz koszmarnej rzeczywistości, ale nie ma tu też nadmiernego emanowania cierpieniem. Bardzo lubię takie reportaże – informacyjne, poruszające, oddające głos bohaterom i mówiące o tematach, o których moja wiedza była dość uboga. Mocno polecam.

3. Hans Fallada – Każdy umiera w samotności
Każdy umiera w samotności Fallady to powieść, która mnie zaskakująco zachwyciła. Zapoznawszy się zawczasu z biografią autora, wiedziałam, że książkę tę napisał zaraz po II wojnie światowej w oparciu o prawdziwą historię Ottona i Elise Hampel. W powieści Fallady bohaterowie to Otto i Anna Quangel – para robotników, których jedyny syn ginie podczas II wojny światowej. Małżeństwo rozpoczyna swój cichy bunt przeciw nazistowskim władzom, pisząc i roznosząc pocztówki, zachęcające go oporu oraz podkreślające okropności Hitlera i nazistowskiego reżimu. Równolegle z losami Quanglów toczą się wydarzenia dotyczące osób w jakiś sposób z nimi związanych: niedoszłej synowej, sąsiadów, listonoszki i jej męża, policjantów z Gestapo, próbujących odkryć, kto stoi za tajemniczymi pocztówkami...
Fallada świetnie opisał życie w nazistowskim Berlinie, gdzie z jednej strony wszystko kręciło się wokół wojny i partii, a z drugiej ludzie wciąż próbowali jakoś żyć. Zakładać rodziny, pracować, szukać sobie jakichś rozrywek... i pilnować każdego słowa, bo czasem jedno niewłaściwe słowo mogło wszystko przekreślić. Podobało mi się, że autor nie skupił się jedynie na parze głównych bohaterów, ale też szczegółowo i wciągająco opisywał losy pozostałych – powieść nabrała dzięki temu bardzo pasującej mi wielowymiarowości. Fallada też dość umiejętnie obszedł się z brutalnością tamtych czasów – wiemy, że (zwłaszcza podczas policyjnych przesłuchań) bohaterów spotyka wiele okropieństw, a jednak nie ma tu dokładnych opisów tortur czy cierpienia. Sporo za to przemyśleń, wewnętrznych lęków i odważnych decyzji. A także nieco za dużo różnych zbiegów okoliczności, ale pozwólmy literaturze rządzić się nieco innymi prawami niż życiu ;). Każdy umiera w samotności zachwyciło mnie od początku aż do samego końca i choć wiedziałam, jakiego zakończenia się spodziewać (znając los pierwowzorów głównych bohaterów), to i tak niesamowicie wciągnęłam się w ich historię. To dużo lepsza powieść, niż się tego spodziewałam :).

2. Iwan Sołoniewicz – Rosja w łagrze
Rosja w łagrze Sołoniewicza została napisana i wydana na dobre 30 lat przed ukazaniem się słynnego Archipelagu GUŁag Sołżenicyna, jeszcze w okresie międzywojennym. Jest to świetna książka napisana z punktu widzenia człowieka, który jeszcze pamiętał carską Rosję, walczył w białej armii przeciw komunistom, a potem w państwie sowieckim udało mu się wieść nawet względnie dobre życie. Jednak nie na tyle, by nie próbować ucieczki – wraz z synem i bratem zostali złapani i skazani na kilka lat łagru. Tam też całkiem nieźle się urządzili i po jakimś czasie uciekli przez granicę z Finlandią. Za granicą Sołoniewicz napisał Rosję w łagrze, która jest nie tylko opisem jego więziennych doświadczeń, ale też fascynującą analizą życia w państwie sowieckim okresu międzywojennego. Łagry wraz ze zgromadzonymi w nich więźniami i załogą stanowią często świetny punkt odniesienia do życia na wolności, która dla wielu okazała się też trudniejsza i cięższa od więzienia.
To nie jest lekka i łatwa lektura, choć Sołoniewiczowi udało się przedstawić temat w zaskakująco przystępny sposób. Sporo tu dialogów, wprowadzających w treść książki nieco akcji, a oczekiwanie na ucieczkę bohaterów stopniowo buduje napięcie. Samego autora ciężko mi było polubić, ale nie przeszkadzało mi to w docenieniu trafności wielu jego spostrzeżeń. Bardzo fajnym dodatkiem do Rosji w łagrze są wspomnienia z ucieczki brata Sołoniewicza (który uciekł oddzielnie z innego łagru) oraz notka dotycząca życiorysu autora – mocno mnie to wciągnęło, choć wzbudziło chyba jeszcze większą niechęć do niego ;). Po książkę naprawdę warto sięgnąć, jest krótsza i przystępniejsza niż Archipelag GUŁag, ale też wyraziście przedstawia okrucieństwo i bezduszność tamtego systemu.

1. Brandon Sanderson – Rytm wojny (t.2)
Rozdzielenie w polskim wydaniu Rytmu wojny na dwie części sprawia, że ta pierwsza mi się momentami dłużyła, druga zaś okazała się świetna i wciągająca. Sanderson serwuje tutaj to, co w fantastyce uwielbiam najbardziej – dalsze rozbudowywanie i wyjaśnianie prawideł rządzących wykreowanym światem. Dowiadujemy się więc więcej o dawnych czasach, naturze sprenów, historii walki parshendi, tworzeniu fabriali, no i o samych dźwiękach Rosharu. Wszystko to zgrabnie przeplata się z bardziej żywiołową akcją, jednak główne wydarzenia dotyczą tu tylko trzech postaci. Kaladin wciąż walczy z depresją, a mimo to robi wszystko, by ocalić Urithiru. Pojmana Navani prowadzi badania nad światłem – dość ciekawe, choć momentami nużące. Venli zaś próbuje dojść do ładu z samą sobą i chyba ten wątek najmniej do mnie trafił. Mało było w tym tomie Shallan i Adolina, którego uwielbiam, jednak jego proces w twierdzy Honorsprenów był jednym z najmocniejszych punktów całej książki. Całość – jak zwykle – bardziej pochłaniałam, niż czytałam, wciągnęło mnie niesamowicie, aż nie chciało się przerywać lektury :).
Rytm wojny pozostawił wiele otwartych wątków, jednocześnie dając odpowiedzi na pytania postawione w poprzednich książkach. Bez spojlerów, ale podoba mi się sposób, w jaki Sanderson zbudował napięcie w ostatnich rozdziałach – i czego możemy się spodziewać po tomie piątym. No i ciekawe, czyje wspomnienia wtedy poznamy :). W Rytmie wojny retrospekcje Venli trafiły do mnie najmniej z dotychczasowych (ale generalnie nie jest to moja ulubiona postać), z drugiej jednak strony mogę liczyć na to, że w kontynuacji będzie więcej Kaladina, Szetha, Dalinara… a to zapowiada przyspieszenie akcji. Archiwum Burzowego Światła wciąż trzyma dla mnie wysoki poziom i cieszę się, że zebrałam się za lekturę akurat teraz, gdy premiera kolejnego tomu odbędzie się w przyszłym miesiącu :).

Prześlij komentarz

0 Komentarze