Lubię robić takie podsumowania, choć chyba trochę powoli zaczyna mnie przerażać tempo upływającego czasu ;). Może przez to, że ciągle dużo się dzieje, ciągle mam nowe pomysły i plany, niezmiennie bardzo dużo podróżuję, a dni, tygodnie i miesiące upływają gdzieś w międzyczasie. 2025 to był dla mnie dobry rok, choć nie wszystko się układało po mojej myśli, nie zawsze zdrowie dopisywało tak, jakbym tego chciała, i często miałam poczucie, że brakuje mi takiego czasu po prostu na luzie. Z drugiej strony było sporo świetnych podróży i spełniania marzeń, życie prywatne się układa, a w pracy wciąż omijają mnie różne niemiłe zawirowania - nie wiem, jak długo to jeszcze potrwa, ale nie będę się przecież zamartwiać na zapas ;). Na razie jest dobrze i chcę wierzyć, że tak samo - albo i lepiej - będzie w 2026 roku.
Rozpoczynając podsumowanie roku od podróży, widzę, że wróciłam do przedpandemicznej częstotliwości latania, bo po raz pierwszy od 2019 roku leciałam samolotem ponad 30 razy. Miały na to wpływ dwa główne urlopy z przesiadkami lub międzylądowaniem w obie strony, no i fakt, że po samym Wietnamie też poruszaliśmy się samolotem. W poprzednich podsumowaniach trochę narzekałam, że nie udało się spełnić mojego podróżniczego postanowienia, żeby odkryć 2 nowe kraje w roku - zatem w 2025 udało mi się to z nawiązką, bo odwiedziłam aż 4 nowe dla siebie państwa :). Zacząwszy od spełnienia jednego z moich największych marzeń, czyli safari w Kenii, potem była Albania (co do której wielu z moich znajomych nie mogło uwierzyć, że nigdy wcześniej tam nie byłam), Armenia, no i najdłuższy jesienny urlop w Wietnamie. Do tego wszystko wskazuje na to, że w 2026 roku również odwiedzę 4 nowe państwa, ale że tylko jeden kierunek mam na chwilę obecną zarezerwowany, to może nie będę zapeszać... ;) Póki co trzymajmy się jeszcze 2025 roku, rozpoczętego w Barcelonie i zakończonego w południowych Włoszech - zresztą moje ukochane Włochy odwiedziłam w minionym roku aż trzykrotnie, co mnie bardzo cieszy. Za to mniej niż zwykle było takich bliższych podróży samochodem, na co na pewno wpływ miała wyjątkowo niesprzyjająca pogoda wiosną i dość chłodne lato. Sporo było takich weekendów, że patrzyłam na prognozy pogody i decydowałam, że wcale mnie nie ciągnie odkrywanie okolicy. Zresztą nawet dalsze podróże nie zawsze były trafione pogodowo, bo nie spodziewałam się przecież, że w lipcu we Włoszech będę miała 20 stopni i deszcz, a tak się też trafiło... W 2025 roku zdecydowanie dominowały wypady we dwoje, coraz rzadziej ogarniam jakieś solo tripy - tak naprawdę tak w pełni zorganizowałam sobie tylko wielkanocną Albanię solo, bo sierpniowe Czechy wyszły spontanicznie na ostatnią chwilę, gdy M. wyskoczył w góry, a na ostatnią chwilę w lecie to ciężko coś planować ;).
STYCZEŃ
Nowy rok przywitaliśmy w słonecznej i wciąż świątecznie udekorowanej Barcelonie, odwiedzając takie zabytki jak Sagrada Familia, Pałac Muzyki Katalońskiej czy Casa Batlló. Wyskoczyliśmy też na jednodniową wycieczkę do klasztoru w Montserrat, żeby złapać trochę urozmaicenia od miejskich klimatów. Powrót do Wiednia był potem bolesny, bo styczeń w austriackiej stolicy był szary, zimny i mokry - aż się nie chciało wychodzić z domu. Niewiele lepiej było w słoweńskim Bledzie, gdzie pojechałam na konferencję z pracy i w czasie wolnym od spotkań i zorganizowanych aktywności mogłam trochę pospacerować nad jeziorem. Na szczęście miałam już w planach ucieczkę od zimna, bo to w styczniu zarezerwowałam wycieczkę, o której marzyłam od lat, a która miała się odbyć zaledwie miesiąc później :).
LUTY
Dalej było zimno, ale już mniej mokro, więc można było się czasem gdzieś wyrwać z domu. Jeździliśmy na łyżwach pod Ratuszem i piliśmy walentynkowe drinki, a w weekend po 14 lutego pojechaliśmy do Judenburga, gdzie postanowiliśmy romantycznie przenocować w zamku i cały weekend wygrzewać się w spa. Postanowienie w połowie udane, bo M. dopadła gorączka i w niedzielę z rana wróciliśmy do Wiednia, nie było co się męczyć, a zdecydowanie trzeba było wyzdrowieć na czas. W ostatni weekend lutego wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy do Katowic - stamtąd mieliśmy wylot, a ja chciałam przy okazji pospacerować po Nikiszowcu, bo tak się jakoś złożyło, że Katowic w ogóle nie znałam. Polska też była zimna i deszczowa, więc naprawdę się ucieszyłam, gdy po całodziennym locie wysiadłam na lotnisku w Mombasie, a Kenia przywitała mnie podmuchem gorąca. Na odpoczynek jednak nie było czasu, bo kolejne cztery dni wymagały pobudek z samego rana, bo przecież rano najlepiej się ogląda zwierzęta. Safari to było moje marzenie od wielu, wielu lat, więc choć byłam bardzo wymęczona i nie udało się natrafić na lwy, to i tak byłam kompletnie zachwycona. W ramach wycieczki odwiedziliśmy trzy parki narodowe: Tsavo West, Amboseli i Tsavo East, a także zajrzeliśmy do wioski masajskiej.
MARZEC
Po skończonym safari nie wracaliśmy od razu do Europy, ale skorzystaliśmy z kilkudniowego pobytu na Diani Beach. Były spacery po plaży, bajecznie ciepły Ocean Indyjski, snorkeling nad rafą i oglądanie delfinów, no i drinki pod palmami... Jak dla mnie safari było spełnieniem marzeń, tak dla M. wypoczynek nad oceanem jest najlepszym wspomnieniem minionego roku. A żeby się jeszcze całkiem nie rozleniwić, wyskoczyliśmy stamtąd do Mombasy - fajnie w końcu zobaczyć też jakieś kenijskie miasto. W Wiedniu na szczęście zrobiła się całkiem przyjemna wiosna, jak na marzec, naturalnie. Można było wyskoczyć na jarmarki wielkanocne czy na fajniejszą kolację, korzystając z dołączonej do wypłaty premii rocznej. Jako że mama M. obchodziła w marcu okrągłe urodziny, wybraliśmy się we czwórkę z jego rodzicami na weekend do Rzymu, a bardziej precyzyjnie - do Watykanu ;). Na włoską stolicę został więc tylko jeden dzień, więc trzeba było wybierać, co zobaczyć, a wybór padł na punkty obowiązkowe, czyli Koloseum i Forum Romanum. Podobno wyjazd się bardzo rodzicom podobał, a to najważniejsze, nawet jak wszystkiego zobaczyć się po prostu nie dało.
KWIECIEŃ
To był ten miesiąc, kiedy bardzo się starałam łapać pojedyncze ładne dni i pojechać czasem za miasto, a różnie na tym wychodziłam ;). Na początku kwietnia wyskoczyliśmy do doliny Wachau, by oglądać kwitnące drzewa morelowe - to nie pierwsza wiosna, gdy się na to zdecydowałam, ale po raz pierwszy trafiłam idealnie na ogrom kwiatów i wróciłam z Wachau kompletnie zauroczona. W kwietniu jedyny raz wyskoczyłam też w tym roku w góry, i to zaledwie na pobliski Schneeberg... a wróciłam z tak rozwalonym kolanem, że gdybym zobaczyła coś takiego u M., to kazałabym mu jechać do szpitala na szycie ;). A ja sama pokuśtykałam do przychodni po szczepienie na tężec, zakleiłam ranę plastrami ściągającymi i przez następne dni starałam się nie ruszać, by to się jakoś wszystko zagoiło przed najbliższym weekendem... Nadeszła Wielkanoc, a ja staram się spędzać te dni w krajach, gdzie akurat nie ma świąt i można normalnie zwiedzać. Tegoroczny wybór padł na Albanię - wylądowałam w Tiranie, której poświęciłam cały dzień, a potem postanowiłam odkrywać bliższe i dalsze okolice. Najbardziej zachwycił mnie wpisany na listę UNESCO Berat, ale przyjemnie było też pospacerować nad morzem w Durrës (tak ciepłej wiosny w końcu w Wiedniu nie mieliśmy) czy zwiedzać zamek i bazar w Kruji.
MAJ
Początek maja był jeszcze całkiem ładny i na szczęście postanowiliśmy to wykorzystać, bo potem przez resztę miesiąca mogliśmy co najwyżej pomarzyć o ciepłej i słonecznej wiośnie. A tak udało się wyskoczyć na Słowację i zwiedzić zamek Czerwony Kamień, albo pojeździć rowerami wzdłuż Dunaju w dolinie Wachau. No a potem... potem ten maj jakoś uciekł przez palce, praca, codzienność, planowanie podróży na kolejne miesiące i ciągłe narzekanie na pogodę za oknem, że już przecież powinno być ciepło. Na sam koniec maja, korzystając z austriackiego długiego weekendu, pojechaliśmy odwiedzić mojego brata we Wrocławiu - był to weekend przede wszystkim towarzyski, na nic turystycznego nie było już miejsca... w samym Wrocławiu, bo po drodze zatrzymaliśmy się w czeskim Kromieryżu.
CZERWIEC
W końcu przyszło lato, a ja nawet nie miałam się nim jak w pełni nacieszyć, bo albo mnie nie było w Austrii, albo akurat zdrowie nie współpracowało ;). W długi, zielonoświątkowy weekend (u nas także poniedziałek jest dniem wolnym od pracy) polecieliśmy do Armenii - było to moje pierwsze i już wiem, że nieostatnie spotkanie z Kaukazem. Może sam Erywań nie okazał się najciekawszą stolicą, jaką kiedykolwiek odwiedziłam, ale Symfonia Kamieni w Garni była super, no i wiadomo, ja lubię architekturę sakralną, więc z ciekawością zwiedzałam klasztory: Geghard, Chor Wirap i Norawank. Niestety, z Armenii wróciłam z gorączką i dobijającym zapaleniem zatok, więc kolejne dni spędziłam na zwolnieniu, a o długim weekendzie przy okazji Bożego Ciała nie było nawet co myśleć. Kiedy już trochę stanęłam na nogi, polecieliśmy na weekend do Warszawy - ot, bo były tanie bilety, a stęskniłam się już za moimi warszawskimi ludźmi i chciałam, żeby M. poznał dziewczyny i vice versa ;).
LIPIEC
Lipiec zaczął się od urodzin M., świętowanych najpierw przy drinkach w rooftop barze, a potem podczas urodzinowego wypadu na Maltę. Choć zwiedzanie Valletty musiało być w planach, to jednak główną atrakcją był tu rejs na Blue Lagoon, drinki w ananasie na statku i pływanie wśród rybek. Na Malcie było upalnie, w Wiedniu też jeszcze przez chwilę, ale pogoda się niestety szybko załamała. Efekt był taki, że w lipcu zaskakująco dużo siedziałam w domu - tylko raz wyskoczyliśmy za miasto, by pospacerować po wąwozie Ysperklamm. Potrzebując więcej ciepła, zabukowałam długi weekend we Włoszech, choć i tam pogoda była zaskakująco niestabilna, wciąż jednak lepsza niż w Austrii... Głównym kierunkiem była Florencja, o której M. myślał już od jakiegoś czasu, a ja z chęcią tam wróciłam po kilkunastu latach. Korzystając z okazji, wyskoczyliśmy też do pobliskiej Pizy, bo ja z kolei już od wieków myślałam o zobaczeniu Krzywej Wieży... ;)
SIERPIEŃ
Zaczęło się od wypadu M. w góry z kolegą, a że panowie zaczęli to planować zaledwie z kilkudniowym wyprzedzeniem, nie miałam za wiele opcji na własny wyjazd w tym czasie - a przynajmniej, jeśli nie chciałam na niego wybulić milionów monet ;). Znalazłam dogodne (i sensowne cenowo) połączenia naziemne do Pragi, gdzie trochę pospacerowałam i skusiłam się nawet na rejs po Wełtawie. Jednak w czeskiej stolicy byłam już nieraz, więc tym razem postawiłam na zwiedzanie innego miasta, znów z listy UNESCO. W Kutnej Horze znalazłam sporo atrakcji i w sumie dobrze wyszło, że byłam tam sama, bo nie wszystko równie mocno interesowałoby M. ;) Długi sierpniowy weekend postanowiliśmy spędzić w Austrii przy, bez zaskoczenia, dość zmiennej pogodzie. Naszą główną bazą wypadową były okolice Wolfgangsee, ale byliśmy też nad innymi jeziorami: Traunsee, Fuschlsee i Mondsee. A kiedy pogoda się trochę załamała, M. zaproponował miejsce, którego nie udało nam się odwiedzić w poprzednim roku - Eisriesenwelt, największa na świecie jaskinia lodowa. Bardzo polecam, jeśli będziecie kiedyś w sezonie w okolicach Salzburga. Pod sam koniec sierpnia zaś wpadli do Wiednia moi rodzice, a ja postanowiłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu (czyli pokazać im coś nowego, a zarazem wybrać się w miejsce, które sama od jakiegoś czasu chciałam zobaczyć) i wyskoczyć tuż za granicę, do wpisanych na Listę światowego dziedzictwa (tak, to był dla mnie rok z czeskim UNESCO ;) ) miasteczek Lednice i Valtice.
WRZESIEŃ
Początek września wciąż upłynął pod hasłem wizyty rodziców, ale że w pracy to dla mnie okres budżetowy i nie za bardzo jest jak wcześniej kończyć pracę, to trzeba było to sobie odbić wypadem do podwiedeńskich heurigerów. Zresztą nie od dziś wiadomo, że jesienna Austria młodym winem i szturmem stoi ;). Mimo większej ilości pracy, był czas na spotkania towarzyskie, a nawet na dość spontaniczną decyzję o wypadzie na weekend do Brukseli na spotkanie z dziewczynami z mojego klubu książkowego. Był to świetny weekend i już nie mogę się doczekać tegorocznego wypadu :). We wrześniu stuknęły mi też 3 lata z M., co postanowiliśmy uczcić weekendem w spa Loipersdorf - bardzo fajne miejsce, relaksujący weekend, ale stwierdziliśmy, że na przyszłość wystarczą nam jednodniowe wypady do spa, dłuższe nas po prostu trochę nudzą ;).
PAŹDZIERNIK
Pomyślałam sobie, że nigdzie nie lecieliśmy od lipcowych Włoch i chyba czas to zmienić, więc w pierwszy weekend października postawiliśmy na Czarnogórę. Plany były dość niestabilne, bo zależne od mocno zmiennej pogody oraz naszego gospodarza, który obiecał nas zabrać w rejs łódką po Jeziorze Szkoderskim. Mimo to udało się zobaczyć całkiem sporo, bo poza samym jeziorem również ruiny Starego Baru, stare miasto w Budvie oraz jaskinię Lipa. Październik to wciąż sezon heurigerowy, no i także miesiąc, w którym mam urodziny, więc obowiązkowo wypad na dobry obiad i drinki ;). A jeśli chodzi o sam wyjazd urodzinowy, to M. postawił na Bawarię i był to strzał w dziesiątkę, bo było przepięknie jesiennie, choć momentami aż za zimno.
LISTOPAD
Przełom miesiąca nie zaczął się dla mnie najlepiej, bo niezbyt mocnym, ale irytującym bólem w stopie. Za rogiem czekał główny urlop, a ja nie chciałam mieć na nim problemów, więc listopad zaczęłam od wizyt lekarskich. Rentgen nic nie pokazuje, nie jest opuchnięte, trochę mniej chodź i samo przejdzie. Zaskoczka, nie przeszło ;). A rentgen nic nie pokazał, bo zapalenie pochewki ścięgna widać dopiero na usg, które zrobiłam już po powrocie z urlopu, podczas którego codziennie towarzyszył mi mniejszy lub większy ból. Zaopatrzona we wkładki ortopedyczne i żel przeciwbólowy ruszyłam jednak na zwiedzanie, bo plan na Wietnam był bardzo intensywny. Loty mieliśmy do i z Hanoi, więc to od wietnamskiej stolicy rozpoczęliśmy odkrywanie kraju. Najpierw polecieliśmy do Da Nang, skąd urządzaliśmy sobie wypady po okolicy: piękne Hoi An, zabytkowe Hue, ruiny sanktuarium My Son i słynny, tonący we mgle Golden Bridge. Z Da Nang polecieliśmy do Sajgonu (pardon, Ho Chi Minh City), który połączyliśmy z deltą Mekongu. Kolejny przystanek, nieco bardziej wypoczynkowy, to wyspa Phu Quoc z genialnymi pokazami w Sunset Town oraz snorkelingiem wśród rafy koralowej... Swoją drogą, rafa koralowa parzy - takie odkrycie podczas tego urlopu ;) - a popatrzenia goiły mi się z miesiąc i do dzisiaj mam ślady. Jakby uszkodzona stopa nie wystarczyła... Z Phu Quoc wróciliśmy do Hanoi, by wyskoczyć jeszcze do Ninh Binh oraz zatoki Ha Long. To był genialny urlop, choć towarzyszyło mu trochę stresu, jako że krótko przed naszym przyjazdem przez okolice Da Nang przeszedł potężny tajfun. Na szczęście wszystko (poza nogą ;) ) wypaliło zgodnie z planem. A powrót do Wiednia nie był taki zły, bo zaczął się sezon na jarmarki świąteczne, który zaczęliśmy w Dolnej Austrii, od zamku Rosenburg oraz miasteczka Dürnstein w dolinie Wachau.
GRUDZIEŃ
Zimy nie było, temperatury na plusie, a pogoda jakaś taka bardziej listopadowa... Ale były jarmarki, więc można było zapomnieć o szarości i braku słońca. Odwiedziliśmy nowy ogród świateł w parku przy Schönbrunnie, zajrzeliśmy na kilka jarmarków świątecznych, a mi w grudniu pokumulowały się spotkania towarzyskie, bo nagle ze wszystkimi się chciało jeszcze zobaczyć w tym roku :). Na długi weekend (w Austrii 8 grudnia jest świętem) pojechaliśmy do Tyrolu, bo bardzo chciałam zobaczyć jarmarki w Innsbrucku. Przy okazji wpadliśmy na bieg Krampusów do Seefeld, odwiedziliśmy kilka mniejszych miasteczek w okolicy, no i pojechaliśmy na lodowiec, do wpisanego już jakiś czas temu na naszą listę must-see Eispalast. I tak jakoś ten miesiąc zleciał, aż przyszedł 20 grudnia i można było wsiąść w samolot do Polski. W rodzinnym Lublinie spędziłam tydzień - byli ludzie, było jedzonko i był nawet mały, kupiony przez bratową piesek, który skradł większość mojej uwagi ;). Po świętach wróciłam do Wiednia zaledwie na jeden dzień i zaraz potem wyruszyliśmy do południowych Włoch, które jakoś też były nie tak ciepłe, jak tego oczekiwałam... Co się stało z pogodą w tym roku? ;) Oglądaliśmy świąteczne dekoracje w Altamurze, Alberobello i Locorotondo, a sam stary rok żegnaliśmy w Materze i było to naprawdę fajne zakończenie 2025 :).
No i taki był ten 2025... :) Fajny podróżniczo, zwłaszcza ta Kenia i Wietnam, ale chyba nie było takiego kierunku wyjazdowego, z którego nie byłabym tu zadowolona. Mniej fajnie zdrowotnie, bo jednak zapalenie w stopie nadal nie jest do końca wyleczone, a ślady na nogach wciąż pamiętają rozwalone w górach kolano i poparzenia od rafy koralowej. Do tego nawracające zapalenia zatok dały mi się na tyle mocno we znaki, że na 2026 planuję operację i ten zabieg na pewno wpłynie trochę na moje plany podróżnicze w tym roku. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planami, to wiosną może się uda odwiedzić Azję Centralną, a jesienią - Amerykę Łacińską... i wtedy już niewiele urlopu zostanie na cokolwiek innego :). Zatem niech plany dopisują, zdrowie współpracuje nieco bardziej niż w 2025, a ja... może w końcu ogarnę lepiej zdrowsze nawyki, co mi się wyjątkowo bardzo nie udawało przez ostatnie dwa lata...















0 Komentarze