Advertisement

Main Ad

Etihad + Vietnam Airlines, czyli Wietnam na własną rękę

W Azji jeszcze razem nie byliśmy, a chodziła ona za nami już od jakiegoś czasu, więc bez większego namysłu wybraliśmy kierunek naszego głównego urlopu w 2025 roku - Wietnam! Nie dość, że piękny i różnorodny kraj, z listopadowymi temperaturami zdecydowanie lepszymi niż w Austrii, to jeszcze bardzo tani i uznawany za jeden z najłatwiejszych do ogarnięcia na własną rękę w Azji. A że tak się złożyło, że kilka ostatnich wypadów poza Europę to była Afryka z biurami podróży, więc musiałam się na nowo wdrożyć w takie większe planowanie... i zrobiłam to z prawdziwą przyjemnością ;). Nie zliczę, ile godzin spędziłam, przygotowując kolejne strony wyjazdowego pdfa, ale z efektów jestem bardzo zadowolona - urlop był intensywny, wyczerpujący i bardzo, bardzo udany :). W połowie maja znalazłam promocję na bilety emirackich linii lotniczych Etihad Airways z wygodną, krótką przesiadką w Abu Zabi. W efekcie mieliśmy okazję nie tylko odkryć nowy kraj, ale przetestować nowe linie lotnicze.
Odprawialiśmy się dopiero na lotnisku, ale na 3 z 4 lotów przydzielono nam miejsca obok siebie, dopiero na powrotny lot z Abu Zabi do Wiednia nas rozdzielono. Mimo niewielkich opóźnień przy starcie, każdy lot dotarł na miejsce o czasie, co też nas cieszyło, bo w tamtą stronę skrócono nam przesiadkę do zaledwie 1,5 godz., a mimo to zarówno my, jak i nasz bagaż, dotarliśmy szczęśliwie na miejsce ;). Zaskoczeniem było to, że na trasę Abu Zabi-Hanoi podstawiano zdecydowanie wygodniejsze i nowocześniejsze samoloty niż na Abu Zabi-Wiedeń... Jak to powiedziała siedząca obok M. Austriaczka na locie do Wiednia: to jak większy Ryanair ;). Faktycznie, fotele były dość ciasne, a ekrany z rozrywką pokładową działały bardzo topornie - na szczęście druga część podróży przebiegła w lepszych warunkach. Nie zachwyciło mnie też jedzenie na pokładzie - szczególnie śniadanie w większości oddałam nietknięte, ale powiedzmy, że to już kwestia gustu. Mimo wszystko na pewno nie były to najgorsze linie, jakimi leciałam, a lotnisko w Abu Zabi to fajna, nowoczesna i świetnie zorganizowana baza przesiadkowa, gdzie 1,5 godz. na transfer to wcale nie tak mało czasu :).
Obserwowałam przed wyjazdem sporo kont instagramowych o Wietnamie i rzuciły mi się w oczy liczne filmiki przedstawiające ogromne kolejki na głównych lotniskach - w Hanoi i Ho Chi Minh. Wszystkie te filmiki miały zachęcić turystów do wykupienia opcji skip the line, ale i tak zrodziły mi w głowie myśl: ile przyjdzie nam czekać do kontroli paszportowej? Na szczęście bardzo krótko ;). Kolejki, owszem, były, ale do punktów visa on arrival, a z polskim paszportem od lata 2025 roku wizy do Wietnamu już nie potrzebujemy, jeśli przylatujemy jako turyści na mniej niż 45 dni. Zatem po wyjściu z samolotu skierowaliśmy się od razu do kontroli paszportowej, a już po chwili z pieczątką w paszporcie czekaliśmy na bagaż.
Jeszcze na lotnisku wymieniliśmy 10 € na dongi, żeby mieć na napiwki - większych kwot się tutaj nie opłacało. Generalnie jednak w Wietnamie rządzi gotówka, choć w coraz większej liczbie miejsc można płacić kartą. Trzeba mieć jednak na uwadze, że niektóre hotele i restauracje mogą za płatności kartą pobierać prowizję, zazwyczaj w wysokości 3-5% całej kwoty. Z drugiej strony większość bankomatów też pobiera prowizję, a często ma też limit wypłat w wysokości kilku milionów dongów (na chwilę obecną 1 milion VND = 139 zł). W internecie powszechnie polecano bankomaty banków TP Bank i VP Bank jako pozbawione prowizji, ale przynajmniej ten pierwszy już nie zalicza się do bezprowizyjnych. Do tego sporo się też naczytałam o bardzo częstych przypadkach połykania karty przez wietnamskie bankomaty - nam się to na szczęście nie zdarzyło, ale na pewno warto mieć ze sobą więcej niż jedną kartę, albo USD/EUR na wymianę. Ze swojej strony mogę za to polecić bankomaty HSBC, jeśli korzystacie z wersji Revolut Metal, bo z nią wyciągaliśmy pieniądze z bankomatów bez żadnej prowizji (przy zwykłej, bezpłatnej wersji Revoluta, prowizja już - niestety - była). Generalnie w Wietnamie kartą zapłacimy raczej bez problemu w hotelach, restauracjach i barach, sklepach oraz większych atrakcjach turystycznych. Gotówkę trzeba przygotować na wszelaki street food i mniejsze przekąski, lokalne atrakcje turystyczne (wszelakie świątynie czy muzea), sklepiki z pamiątkami czy oczekiwane niemal wszędzie napiwki. I przygotujcie się na operowanie setkami tysięcy i milionami, więc szczególnie przy odbieraniu reszty dobrze się upewnić, ile zer mają otrzymane banknoty ;).
Gotówka przydała się też na poczcie, o zakupie kartek w sklepikach z pamiątkami nie wspominając - w końcu pocztówki kosztowały średnio 10-15 tys. dongów (1,39-2,08 zł) i ciężko, żeby za takie kwoty chcieli przyjmować płatności kartą. Za samą pocztą rozglądałam się tylko w dużych miastach, licząc na to, że zwiększy to szanse dotarcia pocztówek do adresatów - część kartek wysłałam z poczty głównej w Ho Chi Minh, drugą część z Hanoi. Zobaczymy czy i co dojdzie ;). Według znalezionych wcześniej informacji wysyłka pocztówki z Wietnamu do Europy powinna kosztować ok. 30 tys. dongów (4,16 zł). I faktycznie za tyle kupiłam znaczki w Sajgonie, a za jakieś 2-3 tys. mniej w Hanoi. Co nie znaczy, że tyle zapłaciłam - tyle wynosiła kwota na znaczkach, a na poczcie sobie pobrali po kilka tysięcy prowizji od sprzedaży każdego znaczka. Bo kto im zabroni...? ;)
Z innych praktycznych informacji: przy planowaniu podróży po Wietnamie na pewno wielokrotnie przewinie Wam się przed oczami nazwa Grab. To odpowiednik popularnych u nas Ubera czy Bolta, bez którego nie ma nawet co planować poruszania się po miastach. Ma właściwie wszystkie te najważniejsze udogodnienia jak informacje o kierowcy i samochodzie, śledzenie trasy, płatność kartą czy planowanie przejazdu z wyprzedzeniem. To ostatnie przydawało nam się przy porannych lotach - taksówkę bukowało się poprzedniego wieczoru i zawsze czekała na nas rano o wyznaczonej porze. Na większości lotnisk Grab ma też wyznaczone punkty odbioru - jak zarezerwujecie samochód przez apkę, wyświetli Wam się, jak dojść do danego miejsca (naprawdę dobrze i jasno to opracowali). Na lotniskach jest sporo taksówkarzy w koszulkach Graba, łapiących turystów i oferujących podwózkę - często za odpowiednio wyższe ceny - ale trzeba ich po prostu ignorować, iść do wyznaczonego miejsca i wypatrywać podanych w apce tablic rejestracyjnych :). My podróżowaliśmy we dwoje i z bagażami, więc wybieraliśmy opcje samochodowe, ale dla pojedynczego podróżnika może się też sprawdzić odpowiednio tańszy Grab na skuterze/motorze. Jeśli planujecie poruszać się więcej po danym mieście albo wybrać w nieco dłuższą drogę (jak np. z Da Nang do Hoi An) warto zawczasu zagadać waszego grabowego taksówkarza... W ogromnej większości przypadków gość z przyjemnością Was zabierze i odbierze potem po odpowiednio niższej kwocie niż ta z aplikacji, w końcu dla niego to też dobra fucha ;).
Oczywiście do korzystania z Graba trzeba podać najpierw numer telefonu i tutaj widziałam sporo komentarzy w internecie, że na lotnisku (nie ma oficjalnych punktów sprzedaży kart SIM, są tylko małe, prywatne stoiska!) ludzie dostawali używane karty SIM, na które nie mogli założyć konta w Grab, bo numer był już wykorzystany. Jeśli telefon akceptuje podwójne karty SIM, najlepiej zalogować się do Graba jeszcze w domu, na europejski numer telefonu, a potem po prostu dodać eSIMa lub lokalną kartę. Osobiście polecam to drugie rozwiązanie - nam świetnie sprawdziła się sieć Viettel. Karty SIM kupiliśmy w centrum Hanoi, za kartę ważną 30 dni i oferującą 4 GB internetu dziennie zapłaci się 210 tys. dongów (29,14 zł), a wyższe pakiety są niewiele droższe - eSIMów w takiej cenie raczej nie znajdziecie :). W większości miejsc, gdzie byliśmy, Viettel miał świetny zasięg, 5G, łączył się z siecią bardzo szybko - naprawdę byliśmy bardzo zadowoleni z wyboru.
Zatem na krótszych dystansach świetną opcją w Wietnamie jest Grab. A jeśli chodzi o te dłuższe...? Oczywiście kraj słynie też z różnych nocnych autobusów, pozwalających podróżnym oszczędzić na noclegach, ale my już mamy swoje lata i spać wolimy jednak w łóżkach, a na przemieszczanie się nie marnować za wiele czasu ;). Więc od początku wiedzieliśmy, że czekają nas cztery loty krajowe: Hanoi - Da Nang - Ho Chi Minh - Phu Quoc, a potem z powrotem do Hanoi, bo wylot do Europy mieliśmy z tego samego miasta. Najpopularniejsze tanie linie lotnicze w Wietnamie to VietJet i początkowo to one były uwzględnione w moich planach, ale potem zaczęłam czytać... VietJet był tańszy, owszem, ale za bagaż trzeba było dopłacić oddzielnie, poza tym ludzie bardzo narzekali na wygodę (to rozumiem, w końcu tanie linie lotnicze...), długie kolejki przy nadaniu bagażu i opóźnienia. To ostatnie zaważyło, bo nie chcieliśmy marnować czasu na godziny spędzone na lotnisku na czekaniu. Zaczęłam więc patrzeć na oficjalne linie lotnicze Wietnamu, Vietnam Airlines, i okazało się, że różnice w cenie były niewielkie - zazwyczaj kilka/kilkanaście euro więcej. Z wyboru byliśmy bardzo zadowoleni - nadawanie bagażu zajmowało chwilę, miejsca w samolocie były wygodne i dość przestronne, bez dopłat zawsze mieliśmy miejsca obok siebie (a ja przy oknie ;) ), a tylko jeden lot opóźnił się o jakieś pół godziny, reszta była o czasie. Do tego ciekawostką było, kiedy okazało się, że raz trafiły nam się miejsca E i G - pomyślałam sobie, że co za pech, ktoś usiądzie pomiędzy nami na miejscu F... dopóki nie okazało się, że miejsca F nie ma. Taka litera nie istnieje w ogóle w wietnamskim alfabecie, zresztą tak samo jak J, W i Z ;).
I zanim przejdę jeszcze do opisu samej naszej objazdówki i konkretniejszego planu, ostatni - a dla wielu najważniejszy ;) - punkt w Wietnamie: jedzenie! Zacząwszy od słynnej, popularnej na śniadania zupy phở, przez przeróżne kanapki bánh mì, słodkie bułeczki z mięsem bánh bao, po bún bò Nam Bộ - południowowietnamską zupę z mięsem, noodlami i... sałatką ;). W mój gust bardzo też trafiła cao lầu - zupa z noodlami, wieprzowiną, warzywami i grzankami. Jeśli chodzi o ceny, to wszystko zależy od tego, gdzie jecie, ale bánh mì od ulicznych sprzedawców kupicie już za 35 tys. (4,85 zł), a w różnych kawiarniach (choć fakt, że tam zazwyczaj oferują oni dużo bardziej wymyślne składniki) zapłacicie nawet ok. 100 tys. (13,85 zł). Ale nawet w większości restauracji w popularnych miejscach bez problemu dostaniecie pyszny obiad na ciepło poniżej tych 100 tys. dongów. Lokalne piwa - w zależności od marki i wielkości - zazwyczaj kupowaliśmy za 20-50 tys. (2,77-6,93 zł), importowane odpowiednio drożej, ale nie przyjeżdżamy do Wietnamu pić Heinekena przecież ;). Dużo drożej wychodzą też wszelakie drinki i koktajle, tu zazwyczaj trzeba się liczyć z kosztem ok. 150-200 tys. (20,80-27,73 zł). Za kilkadziesiąt tysięcy dostaniemy przeróżne soki i smoothie owocowe - to jedna z rzeczy, po które w Wietnamie sięgaliśmy na potęgę i zawsze byliśmy zachwyceni. No i ja co rusz sięgałam po świeże kokosy, które uwielbiam - te (znów, w zależności od miejsca) kupowałam w cenie 25-50 tys. (3,46-6,93 zł). Podsumowując całe te dwa tygodnie i próbowanie różnych smaków z różnych miejsc, tylko M. jednego dnia się trochę gorzej czuł - zakładamy, że od owoców morza, których z kolei ja nie jadam. Mnie brzuch rozbolał w drodze powrotnej, właściwie już nad Europą - albo mi zaszkodziło coś w samolocie, albo na lotnisku... jakby żołądek się zbuntował nie na wietnamską kuchnię, ale na jej odstawienie ;).

DZIEŃ 1. HANOI

Przejdźmy zatem do szczegółów! ;) Nasz samolot wylądował w Hanoi z samego rana, a my tego dnia postanowiliśmy już się nigdzie dalej nie ruszać, tylko na spokojnie pospacerować po wietnamskiej stolicy. Niestety, nasz hotel był w pełni zarezerwowany i nie udało nam się dostać pokoju rano, ale mogliśmy się odświeżyć, przebrać, zostawić bagaże w recepcji i ruszyć na miasto. Zaczęliśmy od ogarnięcia gotówki z bankomatu i kart SIM w telefonie, a potem był czas na spacer po okolicy. Nie oszukujmy się, po długiej podróży nie byliśmy pełni energii i chęci na zwiedzanie ;). Obeszliśmy jeziorko Hoan Kiem i zajrzeliśmy do świątyni Ngoc Son, zwiedziliśmy muzeum więzienia Hoa La i trochę pospacerowaliśmy po starej dzielnicy. Gdy przyszedł czas zameldowania się, wróciliśmy na trochę do hotelu, by po południu wybrać się jeszcze na słynną train street i zjeść lunch obok przejeżdżającego pociągu... Wczesnym wieczorem obejrzeliśmy jeszcze zachód słońca (ten w Hanoi był ok. 17:30) w hotelowym rooftop barze i wcześnie padliśmy spać - trzeba było sporo odespać, i wstecz, i na zaś ;).

DZIEŃ 2. HOI AN / DA NANG

Bardzo wczesnym porankiem złapaliśmy Graba na lotnisko i już przed 10 wylądowaliśmy w Da Nang, jednym z największych i najpopularniejszych miast centralnego Wietnamu. Ta część naszego urlopu stała długo pod znakiem zapytania i mieliśmy nawet plan B obejmujący góry Sapa - trochę ponad tydzień przed naszym przyjazdem wszystko w okolicy było poważnie zalane po potężnym tajfunie, który przyniósł rekordowe opady deszczu. W centralnym Wietnamie wciąż była pora deszczowa i prognozy na nasz pobyt nie były najlepsze, ale pierwszy dzień w tej okolicy wciąż miał być ciepły i słoneczny. Nie mogłam więc tego przegapić i ledwo zostawiliśmy rzeczy w hotelu, od razu wskoczyliśmy w taksówkę do pobliskiego Hoi An. To historyczne miasteczko, którego centrum znajduje się na liście UNESCO i mnóstwo w nim zabytkowych świątyń, domostw, hal zgromadzeń... I jakby tego było mało, Hoi An to miasto lampionów, których mnóstwo widać i za dnia, ale dopiero po zmroku wszystko nabiera dodatkowego uroku. Pospacerowaliśmy pod licznymi światełkami, popływaliśmy łódką i puściliśmy własny lampion na wodę... chyba przyniósł nam szczęście z późniejszą pogodą :). Do Da Nang wróciliśmy późnym wieczorem, akurat tak, by zdążyć na pokaz na słynnym Dragon Bridge, gdzie smok zieje ogniem, a potem oblewa ludzi strumieniem wody.

DZIEŃ 3. MARMUROWA GÓRA, MY SON I BA NA HILLS

Na Da Nang przeznaczyliśmy tylko trzy dni, nie chcieliśmy ryzykować więcej w porze deszczowej. Jednak atrakcji w okolicy było zdecydowanie więcej, więc żeby połączyć kilka co ciekawszych jednego dnia, wynajęliśmy samochód z kierowcą, który nie tylko zabrał nas do wybranych punktów, ale też pomagał z kupnem biletów na miejscu i raczył mnóstwem ciekawostek o Wietnamie po drodze. Najpierw podjechaliśmy pod Marmurową Górę (Marble Mountain), gdzie znajduje się sporo świątyń, jaskiń i świątyń w jaskiniach - cały obszar był dużo większy, niż się spodziewałam i można tam było zobaczyć wiele pięknych ciekawostek. No i rozciąga się stąd fajny widok na samo Da Nang :). Gdy kończyliśmy zwiedzać, zaczęło padać i padało większość drogi do kolejnego punktu, czyli sanktuarium My Son. Po czym pogoda chyba chciała trochę z nami współpracować, bo deszcz ustał na czas naszego zwiedzania i lunął porządnie, gdy je skończyliśmy ;). Samo My Son to ruiny świątyń ludu Czamów, zbudowanych między IV a XV wiekiem - niewiele z nich zostało ze względu na upływ czasu i XX-wieczne wojny, ale wciąż zachwycają historią i tajemniczością. Ostatnie miejsce tego dnia to punkt nr 1 z listy M., słynny Złoty Most na Ba Na Hills. Wiecie, ten podtrzymywany przez wielkie dłonie i przez dużą część roku tonący we mgle... W porze deszczowej nie trafiliśmy lepiej - na górze było zimno, mgliście i deszczowo, ale może właśnie dzięki temu na moście nie było tłumów. Ba Na Hills to nie tylko Golden Bridge, ale też ogromny kompleks rozrywkowy zbudowany na wzór europejskich miasteczek - tym miejscem, niestety, nie udało nam się nacieszyć. Pogoda była tragiczna, widoczność we mgle minimalna... Przemęczyliśmy się tu dwie godziny i zjechaliśmy kolejką na dół, by wrócić już do Da Nang.

DZIEŃ 4. HUE

Czasem można odpuścić samodzielne planowanie każdego szczegółu i skorzystać z gotowej wycieczki na miejscu (choć ja akurat plany wycieczek i informacje o lokalnych biurach przeglądałam niemal tak szczegółowo, jakbym sama miała je planować... ;) ). Na Hue, poprzednią stolicę Wietnamu, miałam bowiem konkretny pomysł - mianowicie chciałam choć część trasy przejechać pociągiem. Trasa kolejowa Da Nang - Hue uchodzi za jedną z najpiękniejszych w Wietnamie, bo biegnie wzdłuż wybrzeża Morza Południowochińskiego, a i sam przejazd lokalnym pociągiem był dla nas swoistą ciekawostką. W Hue najwięcej czasu poświęciliśmy wpisanej na listę UNESCO cesarskiej cytadeli i zabytkowym (częściowo odbudowanym po wojnach) budynkom. Potem przyszedł czas na pagodę Thien Mu z XIX wieku, jeden z najważniejszych kompleksów świątynnych w całym kraju. Na obrzeżach Hue znajdują się grobowce wietnamskich cesarzy - w ramach wycieczki zwiedzaliśmy niestety tylko jeden z nich, należący do Khai Dinha, a mauzoleum swoim bogactwem zdobień wywarło na mnie ogromne wrażenie. Do tego, mimo że zapowiadano deszcz na cały dzień, zaczął on padać dopiero jak byliśmy przy grobowcu. I owszem, lało już do wieczora, ale jednak właściwie całe zwiedzanie udało nam się ogarnąć na sucho, naprawdę szczęśliwym trafem.

DZIEŃ 5. HO CHI MINH

I znów poranna pobudka na samolot, który koło 8 wzbił się w strugach deszczu, by godzinę później wylądować w Ho Chi Minh City, jak na cześć ojca narodu przechrzczono w 1976 roku Sajgon. Po wylądowaniu odpaliłam telefon, by zobaczyć, że po intensywnych deszczach Da Nang, Hoi An i okolice znów ogarnęła powódź - uciekliśmy stamtąd dosłownie w idealnym momencie... Za to Ho Chi Minh przywitał nas 30 stopniami i pochmurnym niebem, ale deszczu na szczęście nie było. Obeszliśmy najważniejsze miejsca, w tym Pałac Niepodległości czy poruszające muzeum poświęcone wojnie wietnamskiej (War Remnants Museum), zajrzeliśmy na pocztę główną i odbiliśmy się od drzwi remontowanej katedry. Następnie poszliśmy zameldować się w hotelu i chwilę odpocząć, a gdy się ściemniło, znów wyszliśmy na miasto - w końcu wszędzie czytałam, że Sajgon budzi się do życia dopiero wieczorową porą ;). Najpierw podeszliśmy do Bitexco Financial Tower, żeby wjechać windą na Skydeck i spojrzeć na Ho Chi Minh z góry - otaczające nas ze wszystkich stron mocno oświetlone wieżowce robiły wrażenie. Dzień skończyliśmy w turystycznym autobusie objeżdżającym wszystkie popularne miejscówki w centrum... i kawałek dalej ;).

DZIEŃ 6. DELTA MEKONGU / HO CHI MINH

To była chyba najbardziej turystyczna wycieczka podczas całej naszej podróży i ciężko było znaleźć zorganizowaną opcję, która tak turystyczna by nie była. Ku mojemu zaskoczeniu, nie przeszkadzało mi to jednak tak jak co niektórym, patrząc po opiniach - może po prostu odpowiednio się nastawiłam mentalnie na to, jak będzie ;). No i wykupiliśmy wycieczkę w małej grupie, więc wszystko było całkiem dobrze spersonalizowane, a uwagi przewodnika nie rozpraszał tłum zwiedzających. Delta Mekongu oddalona jest o jakieś 2 godziny jazdy od Sajgonu - wysiedliśmy z busa i od razu przeszliśmy do portu, gdzie wsiedliśmy na większą łódkę. Ta zabrała nas na Unicorn Island, gdzie spędziliśmy najwięcej czasu, słuchając miejscowej muzyki, próbując owoców czy - największa atrakcja - pływając popularnymi sampanami wśród drzew kokosa wodnego. Następnie przemieszczaliśmy się jeszcze trochę pomiędzy wyspami w delcie Mekongu, próbując miodu i słodyczy z kokosa czy spacerując po okolicy. Owszem, postoje w takich punktach jak producenci miodu, napojów czy słodyczy to stricte turystyczna rzecz, ale ludzie nie byli nachalni - nie chciałeś nic kupić, to nie kupowałeś. A była okazja, by poobserwować produkcję czy spróbować czegoś nowego, dla mnie fajna ciekawostka. No i spływ łódkami - mega! :) W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy pagodzie Vĩnh Tràng, słynnej z ogromnych posągów Buddy. Do Ho Chi Minhu wróciliśmy na tyle wcześnie, żeby na spokojnie ogarnąć się i złapać oddech w hotelu, a potem wyjść na najbardziej imprezową ulicę miasta, czyli Bui Vien. Zajrzeliśmy do paru barów, obejrzeliśmy zaskakująco fajne dekoracje świąteczne, ogłuchliśmy od hałasu i muzyki z głośników niemal każdego z mijanych klubów... Ciekawie było ;).

DZIEŃ 7. PHU QUOC

O naszej wietnamskiej podróży można powiedzieć różne rzeczy, ale nie był to wyjazd szczególnie wypoczynkowy. O wysypianiu się można było zapomnieć, szczególnie gdy po raz kolejny trzeba się było zrywać o 5 na samolot. W efekcie jednak jeszcze przed 10 wylądowaliśmy na wyspie Phu Quoc, a gdy dotarliśmy do małego hotelu, prowadzonego przez miejscową rodzinę, usłyszeliśmy: my jeszcze przygotowujemy wasz pokój, idźcie się na razie zrelaksować na plaży, tu jest sok z marakuji i naleśniki dla energii. Takim propozycjom się nie odmawia ;) Zjedliśmy, wypiliśmy, wykąpaliśmy się w dość ciepłym morzu i nie zdążyliśmy się na długo wyciągnąć na leżakach, gdy usłyszeliśmy, że pokój gotowy. Potem wybraliśmy się jeszcze na spacer i lunch w okolicy, by późnym popołudniem złapać taksówkę na północ wyspy. Naszym celem był tzw. Grand World, taki kompleks rozrywkowo-zakupowy wzorowany na europejskich miasteczkach. Tak, mega turystyczne miejsce, ale kto by pomyślał, że w Wietnamie można popływać gondolą po weneckich kanałach? ;) Zostaliśmy do zmroku, parę ciekawych miejsc zobaczyliśmy, ale cóż, szału nie było, bo i nie spodziewaliśmy się, że będzie - nie dla takiego Wietnamu tu w końcu przylecieliśmy.

DZIEŃ 8. PHU QUOC

Małe wysepki na południe od Phu Quoc otacza rafa koralowa, więc zaplanowaliśmy sobie wypad tam na snorkeling, z którego jednak nic nie wyszło. Krótko po 8 zamigała wiadomość na Whatsappie: ze względu na silny wiatr i niespokojne morze władze portowe nie wydały zezwolenia na żadne turystyczne rejsy - a na snorkeling trzeba się przecież dostać łódką. Rozumieliśmy, że kwestie bezpieczeństwa są priorytetowe, ale przekładając wycieczkę na kolejny dzień, z niepokojem patrzyłam na prognozę pogody... miało być jeszcze bardziej wietrznie. Tym się jednak mieliśmy martwić kolejnego dnia, a bieżący stanął pod znakiem zapytania przy odwołanych planach. Przy chmurach i wietrze kąpiel w morzu ani leżenie na plaży nie zaliczały się do szczególnych przyjemności, choć spróbowaliśmy i jednego i drugiego. Wybraliśmy się na spacer po plaży oraz wzdłuż ulicy Tran Hung Dao, pełnej sklepów, knajpek i hoteli. Ciężko jednak dłużej zabijać czas w ten sposób, więc zdecydowaliśmy się na atrakcję, której początkowo w ogóle nie brałam pod uwagę, bo komentarze w necie były w dużej mierze w stylu: niewarte tej ceny. I owszem, cena nie była niska, nam jednak owa atrakcja przypadła do gustu i stanowiła fajne urozmaicenie pobytu na wyspie. Podjechaliśmy tym razem na południe, do tzw. Sunset Town - zachodu słońca w pochmurny dzień i tak byśmy nie zobaczyli, ale pogoda nie przeszkadzała w organizacji zrobionych naprawdę z rozmachem pokazów: Symphony of the Sea oraz Kiss of the Sea. Gra laserowych świateł, wody, ognia, fajerwerków, pokazy akrobatyczne - naprawdę byliśmy pod wrażeniem, jak to wszystko zostało przygotowane.

DZIEŃ 9. PHU QUOC

Od rana świeciło słońce, ale wciąż mocno wiało, więc z pewnym niepokojem wysłałam wiadomość do pani, u której rezerwowałam snorkeling... I nie minęło dużo czasu, gdy zamigotała odpowiedź: dziś władze wyraziły zgodę na wycieczki. No to szybkie zakończenie pakowania i w drzwiach niemal zderzyłam się z gościem, który przyjechał nas odebrać, w końcu do portu trzeba było najpierw dojechać. Już w drodze usłyszeliśmy, że fale wciąż są całkiem spore, więc decyzja o tym, przy których wyspach będziemy snorkować, zostanie podjęta ad hoc. Najpierw jednak podpłynęliśmy do parku koralowego, bo tam właśnie można było skorzystać z atrakcji, na której nam najbardziej zależało na wyspie - Seawalker. Założono nam na głowy ogromne hełmy, po czym z pomocą nurków zeszliśmy na dno, by pospacerować wśród rafy koralowej, doświadczenie tak przezajebiste, że wciąż brak mi słów ;). Następnie wskoczyliśmy na łódkę, by popłynąć na snorkeling, potem przerwa na lunch i kolejny snorkeling przy innej wyspie - jest to atrakcja, która chyba nigdy mi się nie znudzi. Na koniec łódka przybiła do wysepki Hon Thom, na której znajduje się park wodny Aquatopia, gdzie spędziliśmy czas niemal do zamknięcia. Na Phu Quoc wracaliśmy już nie łódką, ale długą kolejką linową, która zapewniała piękne widoki na okolicę :).

DZIEŃ 10. HANOI

Powoli nadszedł czas pożegnania z latem na południu i powrotu na północ kraju. Przynajmniej tym razem nie trzeba było wstawać o nieludzkiej porze, bo lot do Hanoi mieliśmy dopiero przed 10. Po raz pierwszy więc przyszło nam dojechać do hotelu o takiej porze, że mogliśmy się od razu zameldować ;). Jako że po 17 robiło się ciemno i o tej porze zamykano większość atrakcji, a ja wciąż miałam na swojej liście miejsca w stolicy, które chciałam zobaczyć, to w hotelu nie siedzieliśmy długo. Wybraliśmy się na zwiedzanie wpisanej na listę UNESCO cytadeli w Hanoi, a po niej skierowaliśmy się do mauzoleum Ho Chi Minha (akurat zamkniętego) oraz charakterystycznej pagody na jednej kolumnie. Początkowo miałam w planach jeszcze na wieczór popularny teatr lalek na wodzie, ale po przegadaniu tematu stwierdziliśmy, że niezbyt interesuje nas taka rozrywka - a wyrosłam już z zaliczania wszystkich atrakcji, bo internet mówi, że tak trzeba ;).

DZIEŃ 11. NINH BINH

Ninh Binh to prowincja położona ok. 1,5 godz. jazdy na południe od Hanoi, która zaciekawiła mnie, gdy tylko zobaczyłam zdjęcia z tej okolicy. Postanowiliśmy tu też trochę zaszaleć i skorzystaliśmy z wycieczki V.I.P. w niewielkiej grupie (z nami jedynie trójka Czarnogórców oraz Wietnamka z niemieckim partnerem) i luksusowym minibusem - wbrew pozorom przy wietnamskich cenach nie zapłaciliśmy dużo więcej niż za regularną wycieczkę ;). Zwiedzanie zaczęliśmy od świątyni na terenie dawnej stolicy, Hoa Lu, by potem odkrywać okolicę na rowerze - stwarzało to zdecydowanie więcej możliwości widokowych niż dojazd busem. Główną atrakcją był rejs łódką po Trang An, wpisany na listę UNESCO zespół krajobrazowy robi ogromne wrażenie, choć po ponad 1,5 godz. na małej łódce pewne części mojego ciała miały już dość ;). Nogi mieliśmy okazję rozprostować, wchodząc na górę Ngoa Long, skąd rozciąga się piękny widok na całą okolicę - nie tylko rzeki, ale też pola ryżowe i plantacje lotosów. 

DZIEŃ 12. ZATOKA HA LONG

Zatoka Ha Long to miejsce, które najbardziej kojarzyło mi się z Wietnamem. Wystające w wody kamienne wysepki tworzą krajobraz, który pojawiał się w mojej głowie na hasło Wietnam, więc nie było innej opcji - musieliśmy tam zawitać :). Zatoka położona jest ponad 2 godz. jazdy z Hanoi i zwiedza się ją na statku, więc wykupiliśmy kilkugodzinny rejs, dopłaciliśmy za podwózkę ze stolicy i koło 11 byliśmy gotowi do wejścia na pokład. Statek przez kilka godzin krążył po zatoce, oferując piękne widoki, a co jakiś czas także możliwość zejścia na którąś z wysepek. Na Ti Top można było poplażować lub wejść na punkt widokowy, a na Bo Hon - odwiedzić największą w Ha Long jaskinię Sung Sot czy popływać kajakiem lub łódką bambusową. Rejs kończył się po zachodzie słońca, który oglądany nad zatoką był piękny, choć schowane za wyspami słońce znikło stanowczo za szybko ;).

DZIEŃ 13. HANOI

Wietnamska przygoda dobiegła końca i koło 16 musieliśmy się zbierać na lotnisko, na wieczorny lot do domu. Ten dzień był już luźny i spokojny - rano zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy się i zostawiwszy bagaże w hotelu, ruszyliśmy na ostatni spacer po stolicy. Miałam na liście jeszcze dwa miejsca, których nie zdążyliśmy zobaczyć wcześniej, więc to od nich zaczęliśmy: XI-wieczną świątynię literatury oraz dzielnicę francuską z kolonialną zabudową. Potem odkryliśmy jeszcze mały bar z kraftowymi piwami i widokiem na jeziorko Hoan Kiem, gdzie zabijaliśmy czas do odlotu... :) W Hanoi niby już początek zimy i faktycznie - kiedy odkrywaliśmy centralny i południowy Wietnam, w stolicy było już zimno, ale na nasz powrót zrobiło się przyjemne 25 stopni. Chyba nie muszę mówić, jak bardzo nie chciało nam się jechać na lotnisko i wracać do Europy...? ;)

To był świetny urlop, choć bardzo intensywny - przez poranne loty i wyjazdy na zwiedzanie okolicy zazwyczaj wstawaliśmy między 5 a 7 rano. I odpowiednio wcześnie padaliśmy potem spać ;). Zobaczyliśmy niemal wszystko, co chciałam, szkoda jedynie, że nie dopisała pogoda na Ba Na Hills... Choć patrząc na prognozy pogody i na to, co działo się w Wietnamie przed i po (albo w trakcie, ale w nieco innych rejonach) naszej podróży, do pogody mieliśmy i tak niesamowite wręcz szczęście. A Wietnam nas zachwycił - na pewno będę chciała tam po latach wrócić! :)

A jak to wyszło cenowo? Nie od dziś wiadomo, że pod kątem wydatków Wietnam jest rajem dla podróżujących, to jeden z najtańszych turystycznych rajów. Da się ten kraj zwiedzić baaardzo tanio, ale też nie o to nam chodziło. Już nie jesteśmy w wieku, by tłuc się godzinami autobusem czy sypiać po najtańszych miejscach noclegowych ;). Wybieraliśmy fajne hotele, lataliśmy Vietnam Airlines po kraju, korzystaliśmy z wielu droższych atrakcji jak Seawalker, kolejka na Ba Na Hills czy pokazy na Phu Quoc, chodziliśmy do rooftop barów na koktajle, które też swoje kosztują. Celowaliśmy, by urlop - włącznie z lotami - wyszedł nas ok. 2000-2500 € za osobę, raczej bliżej tej dolnej kwoty. I trafiliśmy idealnie, kompletnie nie oszczędzając na niczym ;). Poniżej trochę dokładniejsze podsumowanie - jako że wszystko opłacaliśmy w euro albo gotówką przewalutowaną z euro, to tej waluty się będę trzymała :).
- Loty Etihad Airways Wiedeń - Abu Zabi - Hanoi i z powrotem >> 1.077 € (4.561 zł)
- Loty Vietnam Airlines Hanoi - Da Nang, Da Nang - Ho Chi Minh, HCM - Phu Quoc, Phu Quoc - Hanoi >> 565 € (2.393 zł)
- Hotele (łącznie 12 nocy, większość ze śniadaniami) >> 650 € (2.753 zł)
- Transport (Grab i uzgadniane prywatne przyjazdy, w tym transport z dnia 3 do My Son i Ba Na Hills) >> 215 € (911 zł)
- Wycieczki zorganizowane i rejsy, zazwyczaj obejmujące też bilety wstępu do atrakcji (Hue, delta Mekongu, snorkeling, Ninh Binh, zatoka Ha Long) >> 478 € (2.024 zł)
- Bilety wstępu i atrakcje, w tym wspomniane Seawalker, Ba Na Hills i pokazy w Sunset Town >> 542 € (2.295 zł)
- Cała reszta, czyli głównie jedzenie, napoje, napiwki i pamiątki - płacone w większości gotówką, więc bez dokładniejszego śledzenia >> ok. 600 € (2.541 zł)
Czyli wyszło niecałe 4.130 € (17.491 zł), co daje ok. 2.065 € (8.746 zł) na osobę. Za dwutygodniowy, nieraz mocno wygodny urlop, bez oszczędzania, a z korzystaniem z najróżniejszych atrakcji. Ale też nie zapominajmy, że w przypadku podróży po Wietnamie najdroższą częścią jest się do tego Wietnamu dostać. Z tych 2.065 € ponad 800 € wyniosły same loty (włącznie z krajowymi). Jeśli spojrzeć tylko na noclegi i jedzenie, te prawie 2 tygodnie kosztowały nas niecałe 600 € / osobę. Czyli gdybyśmy mogli wydłużyć urlop o kolejne dwa tygodnie, już bez dodatkowych atrakcji, ale na spokojniej zwiedzać te same miejsca i dopłacić tylko za noclegi i jedzenie, to z 2.000 za 2 tygodnie zrobiłoby się 2.700 za miesiąc, a to już wygląda kompletnie inaczej, prawda? I wiadomo, że pewnie w dodatkowym czasie znalazłabym jednak jeszcze i dodatkowe atrakcje, ale na pewno dałoby się oszczędzić i na innych rzeczach :). No ale życie to życie, urlop jest ograniczony i trzeba wycisnąć z niego jak najwięcej, kosztem czasem większych wydatków. Nigdy nie powiem, że nie było warto :).
A na koniec podrzucę Wam jeszcze trzy krótkie filmiki, które wrzuciłam na instagramie jako podsumowanie tego urlopu, z kadrami z Wietnamu centralnego, południowego i północnego. Bo zdjęcia zdjęciami, ale to jednak zupełnie inna rzecz... :)






Prześlij komentarz

0 Komentarze