Advertisement

Main Ad

Wycieczka do Delty Mekongu

delta Mekongu, Wietnam
To było miejsce, które najbardziej chciałam odwiedzić w południowym Wietnamie. Widziałam w internecie zdjęcia i filmiki małych łódek zwanych sampanami płynących po wąskich kanałach i wiedziałam, że też chcę tego spróbować. A kiedy zobaczyłam ceny wycieczek zorganizowanych z Sajgonu, stwierdziłam, że tu nawet nie ma co kombinować z organizacją na własną rękę. Jednodniowe wycieczki do delty Mekongu zaczynały się już od ok. 13 €, a w cenie mieliśmy transport, przewodnika, łódki, lunch i wodę. Z takiej kwoty niewiele dałoby się już zaoszczędzić, a ile wygody zapewniała tu jednak wycieczka zorganizowana... My dopłaciliśmy tu jeszcze kilka euro za wycieczkę w mniejszej grupie, bo uznaliśmy, że nieporuszanie się w tłumie turystów jest warte takiej dopłaty ;). Bardzo popularne są też wycieczki dwudniowe, z noclegiem w delcie i możliwością zobaczenia nieco więcej codziennego życia - myślę, że byłoby to coś fajnego do zrobienia przy większej ilości czasu do dyspozycji. My mieliśmy ledwo dwa tygodnie na cały Wietnam, więc Mekongowi mogliśmy poświęcić tylko jeden dzień. A ja jeszcze z samego rana przed wyjazdem weszłam do 7-Eleven i kupiłam sobie stożkowy kapelusz, bo stwierdziłam, że dokładnie takie zdjęcia jak to powyższe chcę mieć z delty Mekongu :).
Miejscem docelowym, gdzie jechaliśmy minibusem, było miasteczko My Tho położone nad jedną z odnóg Mekongu. I może zacznę od paru informacji geograficznych, zanim przejdę do opisywania wycieczki ;). Mekong to jedna z najdłuższych rzek w Azji, liczy sobie ok. 4.900 km długości, zaczyna się od źródła w Chinach, płynie przez Laos, Tajlandię i Kambodżę, a w Wietnamie ogromną deltą wpada do Morza Południowochińskiego. I naprawdę nie przesadzam, mówiąc tu o ogromnej delcie, wystarczy spojrzeć na mapę :). Region delty Mekongu liczy ok. 40.000 km2, zamieszkuje go ok. 20 milionów ludzi, a ze względu na żyzne gleby jest to jeden z najważniejszych obszarów na uprawy ryżu w Wietnamie. Na takiej wycieczce mogliśmy zobaczyć ledwo wycinek tego fascynującego miejsca, ale i tak bardzo się cieszę, że udało nam się tu dotrzeć. W My Tho podeszliśmy do portu, założyliśmy pomarańczowe kamizelki ratunkowe i weszliśmy na dość duże łódki, którymi mieliśmy się przemieszczać pomiędzy wyspami na rzece.
Większość jednodniowych wycieczek, w tym i nasza, kieruje się najpierw na popularną Unicorn Island, jedną z największych wysp w tej części delty Mekongu. Na start pozwolę sobie zaznaczyć, że unicorn z nazwy to nie nasz fantastyczny jednorożec, ale stworzenie z miejscowej mitologii będące mieszanką smoka, lwa i jelenia czy innego kopytnego zwierzęcia. Wrzućcie w Google hasło Kỳ Lân, to zobaczycie, co Wietnamczycy mają tu na myśli :). Wizytę na Unicorn Island zaczyna się od spaceru po sadach owocowych, a potem zasiada się przy stole. Tu w rytm lokalnej muzyki i pieśni można spróbować miejscowych owoców i herbaty. Zdecydowanie dominują tutaj owoce chlebowca, rosnącego wszędzie dookoła, oraz kulki longanu, zwanego smoczym okiem, który był moim największym owocowym odkryciem w Wietnamie :). Zatrzymaliśmy się też przy niewielkim sklepiku, gdzie mogliśmy przyjrzeć się z bliska tzw. kokosom wodnym. Rosną one na palmach tuż nad wodą i kształtem w niczym nie przypominają tradycyjnych kokosów, ale napój ze środka faktycznie przypominał trochę mleko kokosowe.
Wreszcie przyszedł czas na największą atrakcję delty Mekongu, czyli rejs sampanami. I to był ten moment, gdy człowiek sobie zdał sprawę, jak turystyczne jest to miejsce... ;) Przy niewielkim mostku, obok którego schodziliśmy na brzeg kanału, ustawiły się rzędy łódeczek, a do każdej mogły wsiąść po cztery osoby. Do tego było dwóch wioślarzy, jeden z przodu, a drugi z tyłu łódki i w takim składzie wyruszyliśmy palmowym tunelem. Sampanów było mnóstwo i początkowo na wodzie zrobił się niezły zator, a my zaczęliśmy się zastanawiać, czy tak będzie wyglądał cały rejs...
Na szczęście szybko zrobiło się lepiej. Po pierwsze, dalej nie było już zacumowanych przy brzegach kanału łódek, więc było więcej miejsca do płynięcia. Po drugie, sampany płynęły różnym tempem, więc odstępy między nimi stale się powiększały. Oczywiście, nie było się co łudzić, że będziemy gdzieś sami, ale większa część rejsu była naprawdę przyjemna. No i jednak płynięcie pod rzędami palm kokosa wodnego, gdzie ta natura była na wyciągnięcie ręki... to naprawdę robiło wrażenie. Zgodnie uznaliśmy, że sampany w delcie Mekongu były jedną z najfajniejszych rzeczy, jakie robiliśmy w Wietnamie. Gdy dopłynęliśmy do końca kanału, obaj wioślarze wyciągnęli ręce po napiwki - jakby nie patrzeć, zasłużyli sobie ;).
Jak zauważyłam, korzystając czasem z różnych wycieczek zorganizowanych, dość powszechną ich częścią jest postój w miejscu, gdzie można kupić jakiś lokalny produkt. W przypadku wycieczek do delty Mekongu jest tego zdecydowanie więcej i trzeba być na to przygotowanym - zresztą w opisie naszej oferty było wspomniane o wiosce kokosowej i degustacji różnych produktów. Szczerze powiedziawszy, w delcie Mekongu zostało to naprawdę fajnie ogarnięte, bo choć zatrzymaliśmy się w różnych miejscach i można było popróbować najróżniejszych rzeczy, to nigdzie sprzedawcy i pracownicy nie byli nachalni. Jak nie chciało się nic kupić, to grzecznie dziękowali i się żegnali, a dla mnie zazwyczaj nachalność jest tym, co do takich miejsc zniechęca. Tutaj można było popatrzeć, jak się robi słodycze z kokosa i wielu z nich spróbować (w efekcie całkiem sporo ich tutaj kupiliśmy :) ), gdzie indziej reklamowano alkohole z wężami i skorpionami w środku - tutaj nie odważyłam się nawet spróbować... Z ciekawością za to spróbowałam miejscowych miodów i wzięłam do ręki ramkę z plastrem oblepioną pszczołami. Byłam też pierwszą osobą z grupy, która się zgłosiła do wzięcia na ramiona pytona - węże te są trzymane na wyspach do walki z gryzoniami. M. się aż ze mnie śmiał, jak się wyrwałam do pytona, ale cóż poradzić, naprawdę uważam, że węże i jaszczurki to jedne z najpiękniejszych stworzeń na Ziemi... ;)
Wizytę w delcie Mekongu zakończyliśmy lunchem na jednej z wysp, a daniem głównym były miejscowe ryby. Jak można zauważyć na powyższych zdjęciach, nie mieliśmy najlepszej pogody w tej okolicy - prognozy zapowiadały deszcze i burze, ale my wybierając się na tę wycieczkę, liczyliśmy na to, że prognoza po raz kolejny się nie sprawdzi. Aż do tej pory się udawało i deszcz lunął na chwilę... akurat, kiedy jedliśmy lunch. Zaś kiedy skończyliśmy, wyszło ładne słońce i towarzyszyło nam jeszcze przez końcówkę zwiedzania. Ulewy i burze towarzyszyły nam dopiero w drodze powrotnej, ale oglądane zza szyby busa już tak nie stresowały :). Bądź co bądź, po lunchu weszliśmy znów na dużą łódkę, gdzie czekały na nas świeże kokosy, i odpłynęliśmy z powrotem do My Tho, a tam przesiedliśmy się do naszego minibusa.
Koniec pływania nie oznaczał jednak końca wycieczki. Na obrzeżach My Tho znajduje się pagoda Vĩnh Tràng, przy której zatrzymaliśmy się na ostatni etap zwiedzania. Przeglądając oferty lokalnych agencji, na pewno znajdziecie też wypady łączące deltę Mekongu z tunelami Cu Chi - ogromną siecią wąskich, podziemnych tuneli zbudowanych przez partyzantów Vietcongu. Nie zaprzeczę, że też mnie to ciekawiło, ale te wycieczki znacznie skracały czas spędzony w delcie, by upchnąć wszystko w jeden dzień... a jednak mi na Mekongu zależało bardziej. Tunele trzeba zostawić na kolejną wizytę w Wietnamie ;). Cieszę się jednak, że nasza wycieczka obejmowała wspomnianą już pagodę Vĩnh Tràng, bo okazała się ona jedną z najpiękniejszych świątyń, jakie miałam okazję zobaczyć w tym państwie.
Pierwsza świątynia, jeszcze drewniana, powstała w tym miejscu w połowie XIX wieku, nie przetrwała ona jednak wojny przeciw Francuzom. Nową wybudowano na przełomie XIX i XX wieku, a potem odnawiano ją i rozbudowywano - zresztą przy tak niesprzyjających warunkach pogodowych, tajfunach i powodziach, mało co by się utrzymało do dzisiaj bez regularnych prac... Pagoda Vĩnh Tràng ze względu na czas swojego powstania to mieszanka różnych stylów architektonicznych, obok wpływów chińskich czy khmerskich mamy też i francuskie.
Generalnie, jako że jest to wciąż aktywne miejsce kultu, zaleca się tu bardziej zakryty ubiór. Jednak ze względu na dość wysokie temperatury większość turystów nosiła raczej krótkie spodenki i rękawki i nie odnotowałam, by komukolwiek zwrócono tu uwagę. Obowiązkowo za to trzeba było zdjąć buty przed wejściem do części modlitewnych i tego już faktycznie wszyscy przestrzegali albo odpuszczali sobie wchodzenie do środka. Odpuszczania nie rozumiem, bo wnętrza świątyni naprawdę robią wrażenie, zwłaszcza misternie rzeźbione drewniane dekoracje w kształcie smoków. 
Pagoda Vĩnh Tràng słynie też z kilkudziesięciu rozmieszczonych wokół świątyni posągów Buddy. Trzy największe i najbardziej charakterystyczne to Stojący (Amitabha) Budda przed wejściem do świątyni, Siedzący (Maitreya) w części bocznej i Leżący Budda, rzeźba zaledwie z 2013 roku, a już będąca jednym z symboli tej okolicy. Ale i pozostałe posągi, choć dużo mniejsze, też zasługują na uwagę, bo wiele z nich naprawdę świetnie oddaje ludzką mimikę. Na terenie pagody mieliśmy kilkadziesiąt minut czasu wolnego i w zupełności nam to wystarczyło - weszliśmy do środka świątyni, obeszliśmy cały jej teren, przyjrzeliśmy się posągom i pięknym bramom... i zdążyliśmy wrócić do minibusa, zanim pogoda się kompletnie załamała ;).

Prześlij komentarz

0 Komentarze