Advertisement

Main Ad

Miasto Ho Chi Minha - z wizytą we współczesnym Sajgonie

Pisząc jakiś czas temu o Hanoi, wspomniałam, że fani wietnamskich miast są w internecie mocno podzieleni między miłośników stolicy i miasta Ho Chi Minha - zaznaczyłam też, że ja należę raczej do tych pierwszych :). Dziś chcę wam jednak pokazać Sajgon i wyjaśnić, dlaczego to największe wietnamskie miasto - choć przecież niewątpliwie też ma swój urok - jednak mnie aż tak bardzo nie zachwyciło. A jeśli już, to nocą podobało mi się bardziej niż za dnia ;). Żeby uniknąć zbyt wielu powtórzeń, będę tu naprzemiennie używać nazw Sajgon i HCMH (Ho Chi Minh City), bo też i obie funkcjonują normalnie w mowie potocznej, choć oficjalnie od zjednoczenia Wietnamu miasto nosi tę drugą nazwę. Na zwiedzanie Sajgonu przeznaczyliśmy jeden pełny dzień + wieczór drugiego na słynną ulicę z barami, choć to akurat ciężko nazwać zwiedzaniem ;). Z turystycznego punktu widzenia wydaje mi się, że to zupełnie wystarczyło, choć zapewne nie zgodziliby się tu ze mną ci, że HCMC trzeba po prostu poczuć, a na to i tydzień nie wystarczy...
Jak widać po powyższym, pełnym rusztowań obrazku, nie udało nam się zwiedzić katedry Notre Dame - XIX-wiecznej pamiątki po francuskim kolonializmie. Takich zabytków w Sajgonie się trochę zachowało, poza katedrą są to chociażby hala targowa Bến Thành, hotel Continental, opera czy poczta główna. Zbudowana na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XIX wieku poczta jest dziś jedną z atrakcji turystycznych Sajgonu, zwłaszcza że zwiedzanie można tu połączyć z wysłaniem pocztówek :). Moje kartki wysłane z poczty w HCMC zaczęły docierać do Europy po ok. 3 tygodniach, a za znaczki płaciłam tu ok. 30 tys. dongów (4,21 zł) - z tego, co mi wiadomo, to doszło wszystko, co wysłałam, więc nie mogę narzekać ;). A sama poczta... większe wrażenie wywiera na zewnątrz niż wewnątrz, ale i tak warto zajrzeć do środka. Szukając śladów kolonialnego Sajgonu, trzeba się też przespacerować ulicą Võ Văn Tần, choć moim zdaniem nie ma ona takiego klimatu jak dzielnica francuska w Hanoi. W mieście Ho Chi Minha dba się o najważniejsze kolonialne zabytki, ale resztę budynków z czasów francuskich się po prostu wyburza, gdy pojawi się pomysł na coś innego w danym miejscu.
Nasz plan zwiedzania Sajgonu obejmował dwa główne miejsca, które chciałam zobaczyć w środku. Pierwszym z nich był słynny Pałac Zjednoczenia, nazywany też Pałacem Niepodległości. Jeśli chcemy zwiedzić sam budynek, wstęp kosztuje 40 tys. dongów (5,62 zł), drugie tyle trzeba zapłacić za wystawy tematyczne - te jednak sobie odpuściliśmy. Początkowo w tym miejscu stał pałac gubernatora Sajgonu, powstały za czasów francuskich, został on jednak zniszczony w bombardowaniu z 1962 roku. Prezydent Wietnamu Południowego Ngô Đình Diệm nakazał budowę nowego pałacu, zaprojektowanego przez lokalnego architekta Ngô Viết Thụ. Diệm nie doczekał ukończenia prac - zginął w 1963 roku, a pałac oddano do użytku dopiero trzy lata później. Służył on jego następcy, generałowi Nguyễn Văn Thiệu, który uciekł z Sajgonu na krótko przed upadkiem miasta. Po zjednoczeniu Wietnamu wszystkie ważne funkcje rządowe przeniesiono do Hanoi - dziś pałac pełni głównie rolę muzeum, choć podobno odbywają się w nim czasem ważne wydarzenia.
Pałac Zjednoczenia zwiedza się na własną rękę - można zacząć od otaczającego go parku, gdzie rozstawiono pojedyncze pojazdy wojskowe, a podczas naszej wizyty mogliśmy również obejrzeć wystawę poświęconą historii edukacji w komunistycznym Wietnamie. W samym budynku ogląda się głównie reprezentacyjne pomieszczenia, zazwyczaj przez barierki, bo do środka wchodzić nie wolno. Ciekawostką są niewątpliwie prezydenckie pomieszczenia mieszkalne oraz bunkry w podziemiach, gdzie można zobaczyć, jak wyglądało życie prezydenta i praca jego otoczenia w chwilach największego zagrożenia. Generalnie Pałac Zjednoczenia nie zafascynował nas jakoś szczególnie, ot, można było zwiedzić, skoro już byliśmy w HCMC, a to takie ważne miejsce dla historii Wietnamu... 
Zdecydowanie ciekawsze było drugie miejsce, które miałam na swojej liście do zobaczenia. Muzeum Wojny Wietnamskiej - w języku angielskim funkcjonujące jako War Remnants Museum, czyli Muzeum Pozostałości Wojennych. Wstęp tutaj, podobnie jak do Pałacu Zjednoczenia, kosztował nas zaledwie 40 tys. dongów, a w środku można spędzić naprawdę dużo czasu. Wrażenie wywiera już spora kolekcja pojazdów wojskowych, głównie pochodzenia amerykańskiego, zdobytych w Wietnamie Południowym. Z ciekawością oglądaliśmy sprzęt wojskowy, a następnie weszliśmy już do budynku, by zwiedzić właściwą część muzeum.
Myślę, że nie muszę tu dodawać, że władze Wietnamu mają własne spojrzenie na tę wojnę i to właśnie ono jest tu zaprezentowane - krótko mówiąc, Amerykanie to brutalni okupanci, a wojska Wietnamu Północnego to wyzwoliciele dla nieszczęśników z Południa. Nie ma się więc co dziwić, że zbrodnie amerykańskie zostały tu podkreślone i wyolbrzymione na wszystkie sposoby, a o tych dokonanych przez Vietcong tutaj nie przeczytacie. Mimo wszystko uważam, że muzeum jest naprawdę ciekawe, bo zebrano tu chociażby sporo zdjęć autorstwa międzynarodowych fotografów i korespondentów wojennych, przy czym wielokrotnie chwalono odwagę wielu z nich. Sporo tu też można przeczytać o światowych ruchach antywojennych - są zdjęcia z protestów czy akcji w stylu oddawania krwi w różnych krajach. Jedna z najbardziej poruszających części muzeum opowiada o torturach stosowanych na północnowietnamskich jeńcach, naprawdę przeraża mnie pomysłowość ludzka w kwestii okrucieństw... Zdjęć w środku raczej niewiele robiłam, bo sporo tam brutalności - to też warto wziąć pod uwagę, wybierając się do tego muzeum.
Kiedy zaczęło się ściemniać, z nową energią wyruszyliśmy na odkrywanie Sajgonu. Nie bez powodu mnóstwo fajnych zdjęć przedstawia to miasto nocą - w końcu współczesne HCMC to nowoczesna metropolia pełna wieżowców i świateł. Czy można to zobaczyć lepiej niż z jakiegoś fajnego punktu widokowego? Internet podpowiedział tutaj Saigon Skydeck, taras widokowy położony na 49 piętrze (ok. 178 m) budynku zwanego Bitexco Financial Tower. Wchodzi się tutaj od bocznej strony wieżowca, podjeżdża trochę do góry ruchomymi schodami i już znajdujemy się przed kasami biletowymi. To jedna z droższych atrakcji Sajgonu, wciąż jednak mówimy tu o wietnamskiej perspektywie ;). Za wstęp na Saigon Skydeck płaci się 240 tys. dongów (33,70 zł) i po chwili już pędzi się jedną z najszybszych wind w regionie (7 m/s) na wspomniane 49 piętro...
Saigon Skydeck zapewnia panoramę 360 stopni - oczywiście jest to taras przeszklony, na tej wysokości nie wyjdziemy już na świeże powietrze ;). Cieszę się, że przyszliśmy tu dopiero po zmroku, bo faktycznie oświetlone tysiącami świateł miasto robi z góry ogromne wrażenie. Bitexco Financial Tower jest też świetnie położone - niedaleko centrum, więc dało się tu przyjść piechotą, a do tego tuż nad rzeką (o oryginalnej nazwie Sajgon ;) ), w której fajnie odbijają się nocne światła... Owszem, na tarasie widokowym nie spędzi się nie wiadomo jak dużo czasu, ale spojrzenie na HCMC z góry wieczorową porą powinno być rzeczą obowiązkową do zrobienia podczas wizyty w mieście.
A skoro nocny Sajgon ma taki fajny klimat, postanowiliśmy odkryć go jeszcze na inny sposób. Generalnie nie jestem fanką busów w stylu hop on, hop off, wolę zwiedzać miasto z perspektywy ziemi, ale... Tutaj istnieje opcja Saigon night tour bus, które nie polegają na tym, że można sobie wsiąść lub wysiąść, gdzie się chce. Wręcz przeciwnie, zaczynamy w centrum i ruszamy w 45-minutową wycieczkę po najważniejszych atrakcjach miasta w nocnym oświetleniu, bez postojów. Oczywiście wszystko na górnym, otwartym pokładzie autobusu. Przez internet można było zarezerwować taką rundkę za 7 $, ale my nie byliśmy pewni, czy zdążymy na konkretną godzinę, postanowiliśmy więc kupić bilet na miejscu. I opłacało się, bo tak kosztował tylko 150 tys. dongów (21,05 zł), czyli jednak mniej niż te 7 $. A do tego okazało się, że różne firmy wycieczkowe ze sobą współpracują, bo choć nasz autobus przed chwilą odjechał, to nie musieliśmy czekać pół godziny na następny, tylko po chwili zgarnęli nas z innej firmy, bez problemu uznając kupione już bilety. Spojrzenie na Sajgon z tej perspektywy też okazało się bardzo fajnym doświadczeniem, zwłaszcza gdy przejeżdżało się przez mosty, bo w tamte rejony pieszo się nie zapuszczaliśmy :).
Niektóre budynki pięknie oświetlone nocą podobały mi się jeszcze bardziej niż za dnia. Zwłaszcza katedra, której nie udało mi się niestety zrobić nocnego zdjęcia - w ciągu dnia widziałam tylko rusztowania, pod którymi jednak w nocy zapalono mnóstwo światełek. Na poniższych zdjęciach można zobaczyć również kolonialne ciekawostki po zmroku, czyli operę oraz ratusz, przed którym stoi pomnik Ho Chi Minha. Warto zwrócić uwagę też na wieżę Saigon Marina IFC, na moim zdjęciu w narodowych barwach z okazji 80 rocznicy ogłoszenia niepodległości Wietnamu. Swoją drogą, nie wiem, czy to miało związek z nadchodzącymi świętami (byliśmy tu w listopadzie), czy po prostu duże miasta lubią dekorować ulice światełkami, ale wieczorową porą naprawdę nie wiadomo było, gdzie patrzeć :).
Zaś kolejny wieczór spędziliśmy na słynnej ulicy Bui Vien, gdzie kwitnie nocne życie Sajgonu. I na start uprzedzam: jest głośno, bardzo głośno. Znajdziemy tu wszystko, od tanich knajpek dla backpackerów po najbardziej wymyślne bary i restauracje, w tym fajne rooftop bary. Światła i neony oraz tańczące na podestach w rytm głośnej muzyki dziewczyny zachęcają do wejścia do licznych klubów. My tu przyszliśmy w miarę wcześnie, krótko po zmroku, więc jeszcze bez problemu zmienialiśmy miejscówki i spacerowaliśmy, rozmawiając. Im później, tym ludzi było więcej, a muzyka z klubów i knajp coraz bardziej utrudniała rozmowy. Czy chciałabym tu bywać regularnie, podczas dłuższego pobytu? Nie, zdecydowanie nie ;). Ale przyjść tu raz czy dwa - jasne! Bo ulica Bui Vien tętni życiem i naprawdę jest tu sporo świetnych knajp z przystępnymi cenami, a łatwo znajdziemy też miejscówki na tyle ciche, że można spokojnie rozmawiać, w końcu nie wszędzie jest klub na klubie. A znajdą się tacy, którzy powiedzą, że to przecież najważniejsze miejsce w Sajgonie... ;)

Prześlij komentarz

0 Komentarze