Advertisement

Main Ad

Ruiny sanktuarium My Son

To właśnie ogromna chęć zobaczenia pozostałości sanktuarium My Son, oddalonego o jakieś 45 km na południe od Da Nang, sprawiła, że rozglądałam się za prywatnym kierowcą na ten dzień. Owszem, mogliśmy dołączyć do zorganizowanej wycieczki, ale zabiłoby to całą przyjemność, jaką mam ze spokojnego spacerowania wśród ruin w moim własnym tempie. Można by też dogadać Graba (wietnamski odpowiednik Ubera czy Bolta) na dojazd w tę i z powrotem, ale i tak niewiele więcej byśmy mogli tego dnia zrobić. A my na okolice Da Nang mieliśmy mało czasu i chcieliśmy połączyć My Son z Ba Na Hills i słynnym Złotym Mostem. Prywatny kierowca, który zawoził nas do wybranych miejsc,  serwował w drodze chłodne napoje i wietnamskie ciekawostki, a na miejscu pomagał kupić bilety i czekał, aż skończymy zwiedzanie w swoim tempie... to była bardzo fajna opcja :). Trung, bo tak miał na imię nasz kierowca, okazał się też bardzo przyjacielskim i rozmownym człowiekiem, więc naprawdę się cieszę, że tak wybraliśmy - nie dość, że zobaczyliśmy wszystko, co chcieliśmy, to jeszcze w bardzo fajnej atmosferze.
Trung zatrzymał auto na sporym parkingu pod wejściem na teren My Son i najpierw poprowadził nas do sporej mapki i opowiedział, jak wygląda zwiedzanie i na co zwrócić uwagę. Pewnie zajmie to wam z półtorej do dwóch godzin, ale nie spieszcie się, ja poczekam, ile trzeba. Tak to wyglądało i nie zaprzeczę, że było to mi na rękę ;). W kasie kupiliśmy bilety wstępu (150 tys. dongów - 20,55 zł za osobę), pożegnaliśmy się chwilowo z kierowcą i weszliśmy na teren kompleksu. Nie mieliśmy szczególnego szczęścia do pogody, bo choć nie były to ulewne deszcze, to jednak ciągle padało. Z ulgą więc weszłam od razu pod dach do niewielkiego muzeum poświęconego historii My Son oraz tutejszym odkryciom archeologicznym. Potem przeszliśmy przez mostek do przystanku, skąd ruszały pojazdy kursujące pomiędzy muzeum a ruinami. Nie jest to daleko, może z kilkaset metrów, ale nic po drodze nie ma, więc ciężko nie skorzystać z opcji przejażdżki - szczególnie przy niesprzyjającej pogodzie. Na tę jednak może nie powinnam narzekać, bo deszcz ustał akurat, jak wysiedliśmy z pojazdu i rozpadał się ponownie (już dużo intensywniej) dopiero wtedy, gdy skończyliśmy zwiedzanie... :)
Sanktuarium My Son - czytane trochę jak Mi Son, a nie z angielska, żeby nie było - to spory kompleks ruin, które oryginalnie były świątyniami wybudowanymi pomiędzy IV a XIII wiekiem. Należały one do królestwa Czampa, zamieszkiwanego przez Czamów - My Son powstało jako sanktuarium religijne władców królestwa, urządzano tu też ceremonie pogrzebowe dla co wybitniejszych członków ludu. Pierwsze świątynie były jeszcze drewniane, więc nie zachowały się do dnia dzisiejszego. Potem postawiono na cegły i z tych budynków zostało nieco więcej, choć burzliwa historia Wietnamu nie obeszła się łaskawie z tym miejscem... Wieki XIV i XV przyniosły Czamom wojny z Wietnamczykami, a w 1472 roku upadła Widżaja, stolica Czampy. Resztki państwa straciły swoje znaczenie w regionie, a My Son powoli odchodziło w zapomnienie i popadało w ruinę.
W XIX wieku tereny te podbili Francuzi i utworzyli tutaj Indochiny Francuskie, a z końcem lat dziewięćdziesiątych ponownie odkryli sanktuarium My Son. I wiadomo, jak takie kolonialne odkrycia i badania archeologiczne wyglądały. Co się dało wywieźć do Francji, wywieziono, wiele z tego, czego się nie dało łatwo zabezpieczyć, zburzono... Z drugiej strony EFEO, czyli Francuska Szkoła Dalekiego Wschodu, dokładnie zbadała i opisała cały kompleks, częściowo go odrestaurowała (choć te pseudo-rekonstrukcje z tamtych czasów nie budzą raczej zachwytów współcześnie) i faktycznie traktowała to miejsce jako zabytek wymagający ochrony, choć rozumiano ją jednak inaczej niż my o tym dzisiaj myślimy. Choć kolonializmu nic nie usprawiedliwia, nie da się jednak ukryć, że bez francuskiej dokumentacji i rysunków dysponowalibyśmy mocno ograniczoną wiedzą na temat dawnego kształtu My Son.
No właśnie, jak to się stało, że z sanktuarium zostało dziś dużo mniej, niż jeszcze sto lat temu mogli oglądać Francuzi (nawet już po tym, jak część rzeczy sobie ukradli i wywieźli)? Niestety, dla Wietnamu II wojna światowa i późniejszy upadek Indochin Francuskich nie oznaczał pokoju. Za zniszczenia na terenie My Son - a także w wielu innych miejscach w kraju - można tylko podziękować Amerykanom. Jak widać po zdjęciach, jest to teren zalesiony i górzysty, nic więc dziwnego, że oddziały komunistyczne szukały tu ukrycia... a Amerykanie zdecydowali się na masowe bombardowania oraz zaminowanie okolic. Wiele zabytków, które przetrwały setki lat, zmiotły z powierzchni ziemi bomby i fale uderzeniowe. Spacerując pomiędzy kompleksami ruin, widzieliśmy wciąż kratery po bombach, w deszczowy dzień wypełnione wodą, zaś oddalanie się od oznaczonego i rozminowanego terenu wciąż jest niewskazane, bo po dziś dzień jest ryzyko natrafienia na miny...
Po zakończeniu wojny wietnamskiej prace archeologiczne w My Son rozpoczął słynny Kazik, czyli Kazimierz Kwiatkowski, o którym wspominałam już przy okazji relacji z Hoi An - ten polski konserwator zabytków ma wyjątkowe miejsce w sercach Wietnamczyków dzięki swoim wysiłkom mającym na celu zachowanie krajowego dziedzictwa. W 1999 roku ruiny My Son wpisano na listę UNESCO, jako jednego z argumentów podając, że sanktuarium stanowi wyjątkowy przykład wymiany kulturowej, gdzie rdzenna społeczność adaptuje się do zewnętrznych wpływów kulturowych, zwłaszcza hinduskiej sztuki i architektury subkontynentu indyjskiego*. Fakt, że było to hinduistyczne sanktuarium, na pewno miał wpływ na to, że Indie postanowiły wspomóc Wietnam w zadbaniu o kompleks ruin. Spacerując po terenie My Son, w wielu miejscach natrafialiśmy na tablice informujące, że ma tu miejsce współpraca wietnamsko-indyjska, a konserwację i odnawianie grupy świątyń w My Son sponsorują: rząd Indii, Ministerstwo Spraw Zagranicznych, ambasada Indii w Hanoi.
Na zwiedzanie My Son poświęciliśmy ok. dwóch godzin, z czego półtorej na miejscu wśród ruin - myślę, że przy sprzyjającej pogodzie można tu spokojnie spędzić więcej czasu. Mamy tu kilka lepiej lub gorzej zachowanych kompleksów ruin, połączonych wybrukowanymi ścieżkami, które pomału prowadzą nas okrężną drogą do wyjścia. Jak widać po mapce, nie do wszystkich ruin da się dojść oznaczonymi trasami - nie wiem, na ile można z nich zbaczać, bo my nie ryzykowaliśmy przedzierania się przez błoto, chaszcze i wypełnione wodą leje po bombach ;). Część świątyń to ruiny w takim stanie, że strach ich dotykać, inne jednak częściowo zrekonstruowano - tak, że można zajrzeć do środka lub wejść na podesty. Lepiej zachowane fragmenty rzeźb i dekoracji umieszczono pod dachem, by nie narażać ich na dalsze niszczenie pod wpływem warunków atmosferycznych. Warto tu mieć oczy dookoła głowy, bo mimo wszystko zachowało się tu sporo ozdobnych detali na budynkach, które częściowo porośnięte roślinnością wciąż robią wrażenie. Uwielbiam takie miejsca, więc byłam naprawdę zachwycona wizytą w sanktuarium My Son, nawet jeśli niezmiernie mnie boli, jak brutalnie historia i ludzie obeszli się z dawnymi świątyniami. Do tego listopadowy, deszczowy dzień zapewnił nam zwiedzanie bez tłumów i mogłam się na spokojnie nacieszyć zwiedzaniem - osobiście uzupełniłam je informacjami z muzeum, rozmową z kierowcą oraz doczytywaniem rzeczy z internetu, ale widziałam też rozrzucone tablice z kodami QR, więc pewnie można i posłuchać co nieco w trakcie zwiedzania :). Tu już co kto lubi, ale ogólnie rzecz ujmując: jeśli będziecie w Da Nang lub okolicy, wizytę w My Son wrzućcie sobie na listę obowiązkową w Wietnamie, bo to naprawdę fascynujące miejsce.

Prześlij komentarz

0 Komentarze