Advertisement

Main Ad

Sylwestrowa Matera

Włochy Matera
Słynne skalne miasto, wpisane na listę UNESCO w 1993 roku, miałam okazję już odwiedzić kilka lat temu, jeszcze przed pandemią. Podczas tamtej wizyty przyjechałam w środku upalnego lipca, gdy skały dookoła mnie nagrzewały się do nieznośnych temperatur, a złapanie rozgrzanej poręczy w przypadku pośliźnięcia na wyślizganych kamieniach mogło skutkować poparzeniem dłoni. Zatem wtedy miałam 40 stopni, a teraz... Ze skrajności w skrajność ;). Materę wybraliśmy jako kierunek sylwestrowy każde z innego powodu: mnie ciągnęły południowe Włochy, bo liczyłam na ciepełko i chciałam zobaczyć pobliską Apulię w świątecznym klimacie, zaś M. interesowała sama Matera, w której dotąd nie był, a wyglądało przecież ciekawie. No i z tym ciepłem to nie wyszło, bo za dnia mieliśmy tu ledwo 2 stopnie, a wieczorową porą spadło do kilku poniżej zera. Nie po to wymyśliłam sobie Sylwestra na południu Włoch, by marznąć na mrozie, no ale kto by to przewidział...
O samej Materze, jej historii ani o słynnych Sassi di Matera, czyli dzielnicach z zabudową wykutą w skałach, pisać nie będę - to już znajdziecie w poprzednim poście. A historia się szczególnie przez tych kilka lat nie zmieniła ;). Ale muszę przyznać, że choć wtedy byłam przekonana, że całkiem sporo w Materze widziałam, ten kolejny wyjazd uświadomił mi, że byłam w błędzie. I nie mam na myśli tylko kościołów, do których ubrana (a raczej rozebrana) odpowiednio do letnich upałów nie mogłam wejść, a teraz zwiedziłam ich na tyle dużo, że chyba niedługo na blogu pojawi się wpis pt. Kościoły Matery ;). Podczas ostatniego pobytu zeszliśmy miasto dużo dokładniej, zaglądając do wielu zakątków, których dotąd nie widziałam. Więc i ja mogłam mieć poczucie, że zwiedzam Materę jakby po raz pierwszy...
Na terenie zabytkowej części Matery znajdziemy wiele wykutych w skale budowli. Zajrzeliśmy do skalnego XIII-wiecznego kościoła - malutkiego, z darmowym wstępem - oraz do dwóch różnych domostw. Nie trzeba się szczególnie rozglądać, by trafić na któryś z Casa Grotta - część jest ładnie opisana i oznakowana z zewnątrz, przed innymi stoją pracownicy, zachęcający turystów, by zajrzeli do środka. Wstęp do takich miejsc jest tani, może ze 2 €, ale też nie ma się co nastawiać na długie zwiedzanie. W pierwszym domku urządzono całkowitą rekonstrukcję dawnych wnętrz, a z głośników sączyła się opowieść o tym, co widzimy - raz po włosku, raz po angielsku. Drugi budynek był niemal pusty, ale zdecydowanie większy, można było też zejść do piwnic i zajrzeć do zbiorników na wodę, a sam pracownik opowiedział nam sporo ciekawostek. Myślę, że warto zobaczyć ze 2-3 skalne wnętrza, będąc w Materze - jakby nie patrzeć, to one czynią to miasto tak wyjątkowym :).
Jedno z najciekawszych miejsc w mieście odkryliśmy właściwie przypadkiem, kierując się do wypatrzonego przeze mnie kościółka. Mijaliśmy po drodze coś, co wyglądało po prostu jak sklepik z pamiątkami, ale przez otwarte drzwi rzuciło mi się w oczy ładnie rzeźbione niewielkie figurki, a chwile potem mój wzrok przykuły słowa Sassi in miniatura. Tak, na górze jest sklepik, gdzie w bardzo przystępnych cenach można zakupić wszelakie figurki oraz różne sprzęty domowe (w stylu zegarów czy lampek), których motywem przewodnim są właśnie skalne domy. Jednak prawdziwa perełka czeka na dole - po zejściu po schodach stanęliśmy przed miniaturą przedstawiającą całe centrum Matery. Jest to dzieło trzech lat pracy Eustachia Rizzi, fajnie podświetlone zmiennym światłem, raz przedstawiającym miasto nocą, a innym razem za dnia. I wstęp tutaj jest całkowicie darmowy! :) W sezonie świątecznym dodatkową atrakcją była wystawa kamiennych szopek bożonarodzeniowych. Jak rozglądałam się po sklepie, to miałam momenty żałowania, że lecimy tylko z bagażem podręcznym...
Wschodnia część Matery zapewnia odwiedzającym wiele fajnych punktów widokowych - i nie mam tu na myśli tylko widoków na dzielnice sassi, bo te można oglądać z wielu miejsc w mieście. Z tej strony możemy jednak przyjrzeć się pobliskim wzgórzom, wąwozowi wyrzeźbionemu przez rzeczkę Torrente Gravina, no i przede wszystkim licznym jaskiniom - dobrze widocznym nawet z tej odległości. Dla aktywnych biegnie w dół ścieżka, można zejść na samo dno wąwozu, przejść mostem nad rzeczką i wejść na jedno ze wzgórz, by spojrzeć na Materę z drugiej strony. My to odpuściliśmy, zostawiając sobie ten widok już na kolejny dzień ;).
Powoli trzeba było się zbierać do wynajmowanego pokoju, bo słońce było coraz niżej, a my chcieliśmy jeszcze trochę odpocząć i ogarnąć się przed wyjściem na sylwestrową kolację. Spacer po dzielnicach sassi zakończyliśmy na charakterystycznym, kamienistym wzgórzu z krzyżem tuż nad Piazza Madonna de Idris - planując tu wrócić wieczorową porą, bo to w tej okolicy znajdowała się wybrana przez nas restauracja ;). Nocleg mieliśmy po drugiej stronie starego miasta, parę minut od Piazza Vittorio Veneto, gdzie miała odbyć się główna impreza sylwestrowa w Materze, rozstawiono tam scenę i już za dnia było bardzo głośno.
Aaaale zanim jeszcze weszliśmy do mieszkania, chciałam podejść kawałek dalej, już poza starym miastem - za to w kierunku parkingu, gdzie zostawiliśmy samochód. Swoją drogą, jeśli szukacie darmowego parkingu w Materze, to bardzo polecamy Parcheggio Carlo Levi - dużo miejsc i zaledwie 10 minut spacerem do zabytkowego centrum :). A po drodze mija się wzniesiony na niewielkim wzgórzu XVI-wieczny zamek Tramontano. Parę razy go już mijaliśmy, więc teraz postanowiłam w końcu podejść bliżej i przyjrzeć się zamkniętej twierdzy. Budynku nigdy nie ukończono, bo władca Matery Giovanni Carlo Tramontano uchodził za tyrana, wpadł w długi, które chciał spłacić podniesionymi podatkami... i nic dziwnego, że ludzie się zbuntowali i faceta zabito. A potem nikt się już nie porwał na dalsze prace nad twierdzą, aż do czasów współczesnych, gdy podjęto decyzję o renowacji, by zabytek dalej nie niszczał. Wnętrz jednak zwiedzać nie można - raczej też nie ma w nich nic szczególnego, ale można podejść pod mury i pospacerować po niewielkim parku zamkowym.
Zatem wróciliśmy do pokoju i na spokojnie zaczęliśmy ogarnianie się. Do wybranej na kolację restauracji mieliśmy zaledwie 10 minut spacerem, a wszystko zaczynało się dopiero o 21, więc czasu było wystarczająco dużo. Gdy w końcu wyszliśmy na dwór wieczorową porą, pierwsze, co odnotowałam, to zimno (czy już wspominałam, że nie spodziewałam się mrozów w południowych Włoszech? ;) ), a drugie - tłumy. Ludzie szli we wszystkich kierunkach - na koncert plenerowy, do restauracji, do znajomych, a miasto naprawdę żyło. Google Maps poprowadziło nas jednak mniejszymi, pustymi uliczkami i trochę nam przyszło się rozglądać, zanim w końcu znaleźliśmy wybraną restaurację.
Przyznaję bez bicia: choć sam wyjazd zarezerwowaliśmy kilka miesięcy wcześniej, to jakoś nie pomyśleliśmy o tym, że w sylwestrowy wieczór raczej się ot tak do fajnej restauracji nie wejdzie ;). Jakoś w połowie grudnia zaczęliśmy pisać do różnych knajpek, które wpadły nam w oko i dostawaliśmy odpowiedzi, że albo są już fully booked albo w ogóle nie są otwarci w tym okresie. Ale jedna z interesujących nas restauracji odpowiedziała, że owszem, zapraszają, ale zaznaczają, że mają wtedy specjalne sylwestrowe menu. Bagatela, 150 € za jedzenie, napoje poza wodą dodatkowo płatne - oni proponują za dodatkowe 50 € degustację win. Wspomniane ceny, oczywiście, za osobę. Trochę się zastanawialiśmy, bo nie ma co ukrywać, tydzień we Włoszech w tym okresie i tak nie wyszedł szczególnie tanio, a to byłby znaczący wydatek on top. Stwierdziliśmy jednak, że nigdy wcześniej nie byliśmy na takiej sylwestrowej kolacji i skoro już lecimy witać Nowy Rok w fajnym miejscu, to niech będzie jeszcze w fajny sposób, a nie żeby znowu o północy leżeć już w łóżku ;). I zarezerwowaliśmy, potwierdzając rezerwację zapłaceniem 50% z góry.
Wybraliśmy restaurację Baccanti, specjalizującą się w kuchni włoskiej (bo jakże wybrać coś innego, będąc we Włoszech?), a jej wnętrze zostało urządzone w jaskini - nie zaprzeczę, że też nas to ciekawiło :). Z ogromnej karty win wybraliśmy butelkę czegoś lokalnego - tutaj na szczęście ceny były już standardowe, a nie sylwestrowe i najprostsze wina zaczynały się od ok. 20 €, górnej granicy nie chcę pamiętać ;). Najpierw zostaliśmy przywitani drobnymi przekąskami na powitanie, a potem zaczęło się podawanie poszczególnych punktów z menu. Na przystawkę wjechał dorsz z kaparami, pomidorami i oliwkami, na pierwsze danie ravioli z ośmiornicą, na drugie - carpaccio z chipsami z cukinii, na deser - kremowe ciastko... Niby porcje nie były duże, ale jednak całościowo szło się naprawdę najeść, a ja, nie będąc miłośniczką owoców morza, moimi ravioli podzieliłam się z M. Przed północą Włosi tradycyjnie jedzą soczewicę, mającą przynieść dobrobyt, ale tu już wymiękłam, spróbowałam łyżeczkę i podziękowałam, może mimo wszystko dobrobytu mi tu nie ubędzie... 
Krótko przed północą kelnerzy się ożywili i zaczęli roznosić po stolikach kieliszki szampana - wliczonego w menu, żeby nie było ;). Narzuciliśmy na siebie kurtki i z kieliszkami w dłoni wyszliśmy na zewnątrz. Mieliśmy stąd piękny widok na kościółek San Pietro Caveoso i wznoszące się za nim wzgórze z krzyżem. Po raz pierwszy, odkąd jesteśmy razem, witaliśmy Nowy Rok, oglądając fajerwerki z szampanem w dłoni - z miejsca, w którym staliśmy, może nie było widać całego pokazu, ale jednak pięknie to wyglądało nad tą częścią starego miasta. Długo na dworze nie staliśmy, bo temperatury robiły swoje - skończył się fajerwerki, wróciliśmy do restauracji ;). A tam czekało na nas jeszcze klasyczne panettone, czyli włoskie słodkie pieczywo drożdżowe z rodzynkami, przysmak świąteczny. Nasze żołądki miały jednak swoje granice i zapakowane w serwetkę panettone robiło M. za śniadanie kolejnego dnia...
Na 1 stycznia mieliśmy plany turystyczne w innej części Basilicaty, ale zanim tam ruszyliśmy (i kiedy się już ogarnęliśmy, co w Nowy Rok trochę jednak trwało), postanowiliśmy podjechać do wzgórz z jaskiniami, które oglądaliśmy poprzedniego dnia ze starego miasta. Różnych punktów widokowych jest tam całkiem sporo i do wielu da się dojechać samochodem, choć trzeba się z tym liczyć, że nie będą to równe, asfaltowe drogi. Zatrzymaliśmy się na trawiastym parkingu, gdzie rządziły wszechobecne koty, po czym zeszliśmy ścieżką w dół do niewielkiego i niestety zamkniętego kościółka. Obok w jaskini urządzono nawet miniaturową szopkę bożonarodzeniową, która wyglądała, jakby nocą miała być podświetlana. Na wzgórzach znajduje się więcej kościółków i kapliczek, ale nie wiem, czy da się którekolwiek zwiedzać - my widzieliśmy dwa i oba były zamknięte.
Jednak miejsca te przyciągają odwiedzających głównie ciekawymi jaskiniami - w wielu z nich, niestety, walają się śmieci, co może świadczyć o popularności urządzanych tu pikników w cieplejszym okresie. Nawet M. uznał, że fajnie byłoby tu wyskoczyć letnim wieczorem, o zachodzie słońca, z butelką wina ;). Zwłaszcza że wzgórza oferują świetny widok na same stare miasto w Materze, czasem tworzące bardzo fajny kadr z samymi jaskiniami. Myślę, że przy ładnej pogodzie można tu spokojnie spędzić cały dzień, spacerując wąskimi ścieżkami, zaglądając do jaskiń i po prostu ciesząc się widokiem :).

Prześlij komentarz

0 Komentarze