Tydzień w południowych Włoszech - zwłaszcza zimą, przy nie zawsze dopisującej pogodzie - stanowił dla mnie pewne wyzwanie organizacyjne. Wiadomo, jak to we Włoszech, zabytkowych miasteczek tu nie brakuje, ale jakbym chciała ciągać M. po starych kościołach przez siedem dni z rzędu, to nie wiem, czy nasz związek by to wytrzymał ;). Skoro nocowaliśmy w Materze, postanowiłam rozejrzeć się za ciekawymi miejscami nie tylko w sąsiedniej Apulii, ale też w Basilicacie. A wystarczy zacząć googlać atrakcje Basilicaty i niemal od razu wyszukiwarka podpowie dwa sąsiadujące ze sobą miasteczka: Castelmezzano i Pietrapertosę. Są one położone ok. 80 km na zachód od Matery, a mi wystarczyło zobaczyć zdjęcia (dość zbliżone do tego, które wrzuciłam powyżej), bym wiedziała, że to może być miejsce interesujące dla nas obojga.
Zatem dojechaliśmy do Castelmezzano - liczącego zaledwie ok. 700 mieszkańców i uważanego za jedno z najpiękniejszych miasteczek w południowych Włoszech. Castelmezzano jest niemal wrośnięte w charakterystyczne szczyty tzw. Dolomitów Lukańskich (Dolomiti Lucane), co sprawia, że mnóstwo turystów przyjeżdża tutaj dla tych widoków - cóż, my także ;). Na teren miasteczka wjazd mają tylko mieszkańcy, więc zatrzymaliśmy się na turystycznym parkingu na samych obrzeżach - kosztowało to 1 € / godzinę. Już z parkingu mieliśmy fajny widok na Castelmezzano, co miało niestety też swoją wadę: do miasteczka trzeba było zejść na dół, dość stromą drogą... a potem też wrócić do samochodu, więc warto się tu nastawić na trochę spacerowania góra-dół-góra-dół ;).
Przyjechaliśmy tu dokładnie w Nowy Rok, więc nie zdziwiły mnie pustki i spokój na uliczkach. Może w sezonie letnim Castelmezzano przyciąga niemało turystów, w zimie jednak zazwyczaj błądziliśmy sami po miasteczku. Miało to też tę wadę, że właściwie większość miejsc, gdzie moglibyśmy zajrzeć do środka - ogrzać się, zjeść coś czy skorzystać z łazienki - była po prostu zamknięta. Udało nam się załapać na ostatni, jednoosobowy (ale zawsze można dostawić jeszcze jedno krzesło) stolik w niewielkim barze Grippo i zjeść na ciepło proste makarony. Miejscówka była wypełniona lokalsami, a chwilę po nas zajrzała do środka dwójka zagranicznych wspinaczy (nic dziwnego, że te szczyty przyciągają miłośników skałek), dla których miejsca już zabrakło. Przyjeżdżając do Castelmezzano poza sezonem trzeba się liczyć z tym, że przyjeżdżamy głównie dla widoków i spacerów po pustych uliczkach, jakiekolwiek inne zwiedzanie trzeba zostawić na lepsze czasy ;).
Spoglądając dalej na szpiczaste szczyty, zobaczymy kolejne miasteczko tak samo wciśnięte w zbocze - to Pietrapertosa, kolejny cel naszej wycieczki. W linii prostej dzieli nas coś koło 1,5 km i w sezonie faktycznie można się tam w linii prostej dostać ;). Atrakcja ta nazywa się Lot Anioła i za 35 € na tygodniu lub 46 € w weekend można przejechać tyrolką między miasteczkami. Jest to niewątpliwie najszybszy sposób, z którego poza sezonem jednak skorzystać się nie da... nie to, że bym chciała, to nie na moje nerwy ;). Pomiędzy Castelmezzano a Pietropertosą wije się też licznymi serpentynami droga nr SP13, ale z tego, co widzę, jest ona już od dłuższego czasu zamknięta i Google Maps poprowadziło nas jedyną dostępną trasą. I tak pokonanie tych 1,5 km w linii prostej wymagało ponad 30 minut i kilkunastu kilometrów na liczniku. Żeby było ciekawiej, mimo że internet też zalecał tę trasę i Google niezbyt był w stanie wyczarować inną, to i tak się zastanawiałam, czy dobrze zrobiliśmy. Nie było tu zakazu wjazdu, ale widziałam różne, zapisane ręcznie kartki ostrzegające przed czymś - oczywiście po włosku. Biorąc pod uwagę, że droga też miała mnóstwo serpentyn i częściowo pokryta była lodem, a wypożyczone przez nas auto miało tylko letnie opony (w końcu to południowe Włochy...), to naprawdę się cieszyłam, że tylko raz natrafiliśmy na kogoś jadącego z naprzeciwka. Gdy skryta w cieniu gór i oblodzona trasa się skończyła, odetchnęliśmy z ulgą, wyjeżdżając na prostą, słoneczną drogę... by po chwili zobaczyć znak zakazu wjazdu ;). Było to bardzo dziwne, bo do większej ulicy mieliśmy już tylko kilkaset metrów, nie było gdzie indziej odbić, a powrotu po lodzie nie chcieliśmy ryzykować... Podjechaliśmy ten kawałek (po zwykłej, prostej drodze - zakazu więc nie rozumiem, ale takich dziwności we Włoszech było więcej) i bez problemu znaleźliśmy się już na dużo bardziej ruchliwej (tzn. minęliśmy kilka samochodów) drodze do Pietropertosy. Dawno już nie wysiadałam z samochodu z takim poczuciem ulgi, że dojechaliśmy na miejsce.
Pietropertosa, nieco większa od sąsiadki, bo mająca ponad 800 mieszkańców, jest równie pięknie położona na zboczach górskich, choć osobiście uważam, że miasteczko jest nieco mniej malownicze od Castelmezzano ;). Tu też wjazd do centrum jest ograniczony tylko dla mieszkańców, ale centrum jest na tyle malutkie, że nie ma co się martwić zostawionym na obrzeżach samochodem - choć znów warto się przygotować na spacery z pewnym przewyższeniem. Cóż, uroki górskich miasteczek. Plus parkowania wyżej był taki, że mieliśmy stąd najlepszy widok na Pietropertosę, a przecież dla widoków tu przyjechaliśmy.
Niestety, tutaj też byliśmy bardzo poza sezonem i nie było co liczyć na żadne zwiedzanie wnętrz. W Nowy Rok nawet okoliczne knajpki były pozamykane, odbiliśmy się też od drzwi zabytkowego kościoła San Giacomo Maggiore, a pod klasztor św. Franciszka nawet nie podchodziliśmy. Pospacerowaliśmy po prostu po opustoszałych uliczkach, by rozchodzić stres związany z dojazdem tutaj i tę uporczywą myśl: a co jeśli trasa do Matery też jest zamknięta i będziemy musieli wracać po tamtym lodzie? Dobrze, że gdzieniegdzie wciąż natrafialiśmy na dekoracje świąteczne, nawet jeśli wciąż niepozapalane o tej godzinie, dla mnie i tak dodają one miastom uroku :).
Na jednym ze wzgórz nad miasteczkiem wznosi się stary zamek, Castello Normanno di Pietrapertosa. Ze znalezionych w internecie informacji wyczytałam, że wstęp kosztuje zaledwie 3 €, ale w Nowy Rok późnym popołudniem nie liczyliśmy tu na cud otwarcia ruin i nie wchodziliśmy na samą górę. Warto było jednak podejść choć trochę wyżej, żeby spojrzeć na miasteczko z innej perspektywy, a także przyjrzeć się zaskakująco ciekawym formacjom skalnym. Jak zobaczyłam, że na niektórych położonych niedaleko wzgórzach zalega śnieg, to naprawdę zdałam sobie sprawę, że nie doceniłam południowowłoskiej zimy ;). Ale w końcu i sama Pietrapertosa leży na ponad 1.000 m n.p.m...
Zanim zaczęło się na dobre ściemniać, skierowaliśmy się z powrotem do samochodu. Jak wspomniałam, trochę się stresowałam, czy nie przyjdzie nam znów jechać naokoło oblodzoną trasą, bo droga wskazana przez Google to były też serpentyny oznaczone jako SP13 - czyli zamknięta trasa na Castelmezzano. Ale o ile apka pokazywała, że do sąsiedniego miasteczka nie da się dojechać, to do Matery powinno być ok. Żadnych zakazów na drodze też nie było, inne samochody tam jechały, więc ruszyliśmy za nimi... i już po chwili M. zatrzymał się i zjechał na bok, bo taki punkt widokowy się trafił ;). W ciepłych promieniach zachodzącego słońca wyłoniły się między dwoma skalnymi szczytami zabudowania Castelmezzano. Naprawdę, poniższe zdjęcia kompletnie nie oddają tego, jak to magicznie wyglądało :). Na szczęście okazało się, że większość drogi SP13 jest normalnie przejezdna, a jak zjechaliśmy na dół, to faktycznie na lewo - w kierunku sąsiedniego miasteczka - ulica była całkowicie zablokowana, ale my mogliśmy spokojnie pojechać na prawo tak, jak planowaliśmy. Przyznam, że nie spodziewałam się, że ta wycieczka okaże się taką przygodą - wyszło na to, że nie potrzeba wielu zabytków, wystarczą ładne widoki i górska droga pełna oblodzonych serpentyn przy letnich oponach, by wyjazd stał się niezapomniany ;).

0 Komentarze