Na Algarve nie mieliśmy dużo czasu, więc zwiedzaliśmy je dość intensywnie. Choć oczywiście najbardziej zależało nam na widokach przyrodniczych (zobacz poprzedni wpis), to w naszych planach nie zabrakło też miejskich klimatów. Jednego dnia postanowiliśmy połączyć dwa kilkudziesięciotysięczne miasteczka (choć w skali południowej Portugalii to już miasta ;) ) oddalone od siebie o jakieś pół godziny jazdy samochodem. W każdym z nich spędziliśmy ok. 2-3 godzin, ograniczając się głównie do turystycznego centrum - na pewno nie zwiedziliśmy wszystkiego, ale zobaczyliśmy wystarczająco, by stwierdzić, że owszem, jest ładnie, ale wolimy już jechać na klify... ;) Zatem zapraszam na spacery po Loulé i Albufeirze.
Zacznijmy od większego z miast(eczek), położonego bliżej Faro, które było naszą bazą wypadową. Zatem Loulé - miejsce z dość długą historią, bo sięgającą czasów rzymskich, choć prawa miejskie uzyskało dopiero w XIII wieku. Przyjechaliśmy tu w sobotnie przedpołudnie, a to oznaczało tylko jedno: ogromne tłumy na targu i spore trudności ze znalezieniem miejsca parkingowego. Na szczęście kawałek od centrum, za parkiem miejskim, znajduje się ogromny darmowy parking, gdzie udało nam się zatrzymać. Podobno w deszczowe dni na ubitej ziemi tworzy się wręcz małe jeziorko, ale akurat mieliśmy szczęście do ładnej pogody... ;) Zostawiliśmy samochód i zeszliśmy do centrum Loulé, gdzie pod charakterystyczną halą targową w stylu neomauretańskim (Mercado Municipal de Loulé) odbywał się weekendowy targ. No i wszędzie były tłumy... :) Sama hala większe wrażenie wywiera z zewnątrz niż wewnątrz, przeszliśmy więc tylko wzdłuż straganów, skorzystaliśmy z darmowej toalety i ruszyliśmy na zwiedzanie miasta.
Pierwsze miejsce, które rzuciło mi się w oczy było też tym, które w Loulé zachwyciło mnie najbardziej - była to kaplica maryjna Niepokalanego Poczęcia (Ermida de Nossa Senhora da Conceição). Zbudowana w połowie XVII wieku na pozostałościach arabskich fortyfikacji, które odkryto nie tak dawno temu podczas prac renowacyjnych. Prosta fasada kompletnie nie wskazuje na to, jakie cudo możemy znaleźć wewnątrz - a do środka zajrzeć po prostu trzeba. Misternie rzeźbiony i złocony ołtarz stanowi centralny punkt w kapliczce, a jej ściany ozdobiono charakterystycznymi, portugalskimi płytkami przedstawiającymi sceny religijne.
Tuż obok znajduje się wejście do pozostałości zamku w Loulé. Przy kasie wisiała informacja, że bilety wstępu kosztują 1,62 € i natychmiast zaczęłam się zastanawiać, skąd wytrzaśnięto tę cenę ;). Bądź co bądź płacić i tak nie musieliśmy, bo pani przy kasie machnęła na nas, byśmy weszli do środka, dzisiaj za darmo. Generalnie ze średniowiecznej twierdzy niewiele zostało, zwłaszcza po trzęsieniu ziemi z 1969 roku. Największe wrażenie zamek wywiera z zewnątrz, gdzie widać pozostałości murów i trzy wieże. W środku zwiedzania jest niewiele, zaledwie kilka pomieszczeń z krótkimi wystawami i odtworzonymi wnętrzami. Poza tym można wejść nad wieżę i rozejrzeć się z góry po okolicy, no i pospacerować murami. Jednak zwiedzanie zamku trwa naprawdę bardzo krótko, nic więc dziwnego, że bilety kosztują grosze, albo i wpuszcza się turystów za darmo :).
Zamek, kaplica i hala targowa były jedynymi miejscami, które mieliśmy zaznaczone do odwiedzenia wewnątrz. Potem mogliśmy już na spokojnie pospacerować po Loulé - z dłuższym postojem, gdy odkryliśmy festiwal czekolady i mogliśmy popróbować portugalskich słodyczy. Zrobiliśmy też podstawowe zakupy spożywcze, z zaskoczeniem, o ile taniej jest tutaj w porównaniu do Wiednia. Oczywiście, zarobki są też nieporównywalne, ale jednak małą wodę można było w Algarve kupić taniej, niż w Austrii wynosi kaucja za samą butelkę, w której ta woda jest... W końcu jednak przyszedł czas, by opuścić miasteczko i skierowaliśmy się na parking trochę inną drogą, by minąć jeszcze ciekawy pomnik inżyniera i ministra (a także burmistrza Lizbony) Duarte Pacheco... i można było ruszać w kierunku wybrzeża.
Pół godziny jazdy i dotarliśmy do Albufeiry, jednego z najpopularniejszych i najbardziej turystycznych miasteczek w Algarve. Nie wiem, czy chciałabym tu przyjeżdżać w sezonie, ale z końcem lutego było na tyle spokojnie, że mogliśmy odwiedzić i kurorty... ;) Znaleźliśmy darmowy parking zaledwie kilka minut piechotą od centrum i ruszyliśmy na spacer połączony ze zwiedzaniem. W przeciwieństwie do Loulé, tutaj nie mieliśmy planów na żadne atrakcje wewnątrz. Zresztą mijane kościoły - to, co mogłoby mnie najbardziej zainteresować - były po prostu zamknięte, więc chcąc nie chcąc zwiedzanie wnętrz musiałam sobie odpuścić.
Jednak to, co przyciąga turystów do Albufeiry - poza samym miasteczkiem, naturalnie - to plaża: szeroka, piaszczysta, pięknie położona. Fakt, że nie ma tu takich widoków z klifami jak w innych częściach Algarve, ale jeśli ktoś chciałby połączyć plażowanie z nocnym życiem miasteczka, licznymi knajpkami itp., to w Albufeirze znajdzie to wszystko w jednym miejscu. A naprawdę nie trzeba się stąd bardzo oddalać, by zobaczyć i bardziej klifowe wybrzeże :). Z końcem lutego było tu w miarę pusto i spokojnie, ale słońce przygrzewało na tyle mocno, że złapałam trochę opalenizny... zaś M. zaryzykował nawet krótką kąpiel w oceanie. Na plaży zachwyciły mnie też wszechobecne muszle, niektóre naprawdę ogromne.
Zeszliśmy z plaży koło popularnego pomnika rybaków, odpuszczając sobie wielki napis Albufeira na plaży, bo w związku z jakimś wydarzeniem rozstawiono tam też namioty kompletnie zasłaniające widok. Naszym celem był punkt widokowy - oznaczony na mapie jako Miradouro do Pau da Bandeira - skąd świetnie widać plażę i wznoszące się nad nią białe miasteczko. Żeby nie było za trudno, to z placu z pomnikiem rybaków na punkt widokowy prowadzą ruchome schody, więc widoki mamy zapewnione bez żadnego wysiłku :). Jak patrzę po zdjęciach, to świetnie musi się stąd oglądać zachody słońca, ale my aż tak długo nie planowaliśmy tutaj zostać...
No właśnie, białe miasteczko... Jak szukałam informacji o Albufeirze, trafiałam na liczne zachwyty nad tą charakterystyczną, portugalską zabudową, białymi domami zdobionymi niebieskimi elementami, wąskimi uliczkami, nad którymi gdzieniegdzie przerzucono łuki... I nie zaprzeczę, ma to swój urok. Zwłaszcza poza sezonem, gdy tymi uliczkami wśród białych budynków nie przechadzają się tłumy turystów, a w porze lunchu bez problemu znajdzie się wolny stolik w wybranej restauracji czy kawiarni. Nie sądzę jednak, bym miała kiedyś potrzebę wrócić do Albufeiry czy do Loulé - ładne to były miast(eczk)a, jednak Algarve zachwyca głównie przyrodą, to dla niej chcę wrócić do południowej Portugalii ;).

0 Komentarze