Advertisement

Main Ad

Natureispalast - pałac w lodowcu

Jest to jedna z najpiękniejszych, ale też i najdroższych atrakcji przyrodniczych, jakie miałam dotąd okazję odwiedzić w Austrii. Naturalny pałac lodowy - Natureispalast - reklamował mi się w mediach społecznościowych już od dawna i od dłuższego czasu miałam go na liście miejsc must-see. Drobny problem był taki, że lodowiec Hintertux, w którym znajduje się ta atrakcja, leży w Tyrolu, na południe od Innsbrucka i nie tak daleko od granicy z Włochami. Czyli ciężko tam wyskoczyć z Wiednia ot tak ;). Ale - jak już wspominałam - w grudniu postanowiliśmy wyskoczyć na jarmarki świąteczne do Innsbrucka, więc nie było innej opcji, niż połączenie tych dwóch rzeczy podczas jednego wyjazdu. Zresztą nawet z Innsbrucka do Hintertux mieliśmy prawie półtorej godziny jazdy, bo choć w linii prostej to niedaleko, to w Alpach nie ma przecież czegoś takiego jak jazda po linii prostej ;).
Innsbruck nie zaszczycił nas białą zimą, ale im bliżej Hintertuxu, tym więcej śniegu widzieliśmy dookoła. Samo miasteczko o tej nazwie położone jest na wysokości ok. 1.500 m n.p.m., ale jeśli chcemy zobaczyć lodowiec - a co za tym idzie, także pałac w lodowcu - trzeba dostać się sporo wyżej. To właśnie położenie sprawia, że Natureispalast kosztował całkiem sporo, bo musieliśmy wjechać do góry aż trzema kolejkami gondolowymi. Najpierw na Sommerbergalm (2.100 m), potem Tuxer Fernerhaus (2.660 m) i stacja końcowa to Gefrorene Wand (3.250 m). Bilet na całą trasę w obie strony kosztował 53,50 € dla osoby dorosłej, a 32,50 € dla dziecka. Tak wyglądają ceny w sezonie zimowym, latem jest to koszt 56 € / 34 € w godzinach porannych i 47 € / 27,50 € w godzinach popołudniowych. Warto też wziąć pod uwagę, że wjazd wszystkimi kolejkami na samą górę trwa nawet 40-50 minut, co trzeba uwzględnić w planowaniu, zwłaszcza jeśli kupuje się bilet do pałacu lodowego przez internet na konkretną godzinę. 
Oszczędzić trochę można, jeśli chce się połączyć zwiedzanie Natureispalast z jazdą na nartach. Hintertux ma warunki do jazdy na nartach prawie przez cały rok, więc jeśli ktoś wykupi Skipass na dany dzień, może sobie wjechać na najwyższą stację w ramach karnetu, zwiedzić pałac, zjechać na dół na nartach... i jeszcze potem przez ładnych parę godzin szusować po zboczach ;). Do pałacu z lodowcu można wejść w butach narciarskich i część osób faktycznie z tej opcji skorzystała, zostawiając same narty na dworze. Kasa biletowa to blaszana budka tuż obok stacji Gefrorene Wand - wygląda to trochę niepozornie, ale to właśnie tutaj zaczęliśmy przygodę z pałacem lodowym ;). Nawet z biletami kupionymi online musieliśmy tu podejść, by zamienić je na papierowe. O umówionej godzinie do marznących na zewnątrz turystów (w końcu był to grudzień, byliśmy na ponad 3.000 m i wiało jak diabli...) wyszedł przewodnik i poszliśmy za nim kilkadziesiąt metrów w dół stoku, do wejścia do Natureispalast. Przyznam, że ten spacer w dół po wydeptanym i wyślizganym śniegu - gdy ja nie miałam jeszcze pełnej stabilności w stopie ze względu na zapalenie ścięgien - był dla mnie najbardziej stresującą częścią. Ale jakoś dotarliśmy na miejsce, choć grupa musiała na mnie chwilę poczekać ;).
Zacznijmy może od biletów wstępu, skoro już wspominałam o tej jednej z najdroższych atrakcji. Sam wstęp do Natureispalast na podstawową trasę kosztuje 39 € dla osoby dorosłej (i 15 € dla dziecka) - jak łatwo podsumować, razem z wjazdem kolejką trzeba się więc liczyć z wydatkiem rzędu prawie 100 €. Swoją droga ta podstawowa, 70-minutowa trasa nosi nazwę Extended tour, bo Basic tour wyleciało z programu już jakiś czas temu ze względu na brak zainteresowania. Za dopłatą można mieć też zwiedzanie indywidualne, sesje zdjęciowe, a nawet pływanie... ale o tym później ;). My przyjechaliśmy tu w grudniu i choć mieliśmy kupione wcześniej bilety przez internet, to ludzi było na tyle mało, że dostalibyśmy je też bez problemu na miejscu. W sezonie nie ma na to co liczyć i naprawdę polecam rozejrzeć się za biletami wcześniej, zwłaszcza że trasy odbywają się tylko 5 razy dziennie. A raczej nikt nie chciałby zapłacić sporo za kolejkę i na szczycie przekonać się, że na ten dzień już biletów zabrakło... Nasza grupa liczyła sobie kilkanaście osób, ale jeśli wierzyć przewodnikowi, w sezonie potrafią mieć grupy sięgające nawet stu osób - i szczerze powiedziawszy, nie chcę sobie tego nawet wyobrażać.
Ledwo weszliśmy do środka i skryliśmy się przed wiatrem, przewodnik rozpoczął swoją opowieść. Był to na szczęście Czech a nie Austriak, mówił więc Hochdeutschem i dało się go dobrze rozumieć ;). Zresztą część grupy to byli narciarze z Niemiec, którzy też pewnie woleliby uniknąć austriackich dialektów ;). Przewodnik na start zaznaczył, że generalnie w pałacu lodowym obowiązuje zakaz fotografowania - i nie tylko dlatego, że za dodatkowe 50 € można wykupić możliwość swobodnego robienia zdjęć już po zakończeniu trasy (choć pewnie jest to jednak główny powód...). Jako najważniejszy argument podali bezpieczeństwo odwiedzających i jestem sobie w stanie wyobrazić, że na śliskim lodzie łatwo o wypadek, gdy człowiek zamiast pod nogi patrzy w telefon. Poza tym Natureispalast to bardzo wąskie korytarze i mało miejsca, a gdy w sezonie zgromadzi się tu kilkudziesięcioosobowa grupa i choć co druga osoba będzie chciała zrobić zdjęcia, to natychmiast zrobi się zator. My jednak byliśmy małą grupką w spokojnym okresie... i przewodnik stwierdził, że nie ma problemu ze zdjęciami, bylebyśmy je robili podczas postojów - idąc, mamy patrzeć pod nogi. A postojów mieliśmy sporo, podobno znacznie więcej niż normalnie, bo niewielką grupę przewodnik był w stanie ścisnąć w niejednej komnacie, by coś nam opowiedzieć.
Opowieści przewodnika bardzo dobrze się słuchało, zwłaszcza że nie znałam wcześniej historii Natureispalast, a ta okazała się bardzo ciekawa. Już chociażby to, że jaskinię w lodowcu Hintertux odkryto zaledwie w 2007 roku i przez następne miesiące trwały tam prace badawcze. Odkrycia dokonał przypadkowo Roman Erler i to on wraz z rodziną do dziś zarządza Natureispalast - no właśnie, jest to atrakcja prywatna. To firma Erlera przystosowała jaskinię lodowcową do turystyki i stale pracuje nad coraz to nowymi atrakcjami oraz udostępnianiem kolejnych części lodowca (na przestrzeni lat było już sześć rozszerzeń). Hintertux nie jest obszarem chronionym i choć Erler naturalnie musi współpracować z władzami państwowymi i regionalnymi w celu ochrony lodowca (a także z operatorem kolejki, by w ogóle mieć turystów na górze), to państwu też jest na rękę, że odpowiedzialność i koszty można tu zrzucić na prywatną firmę... ;)
Jedną z największych atrakcji w tym miejscu (jakby spacer wewnątrz lodowca sam w sobie nie był atrakcją ;) ) jest krótki rejs pontonem po lodowcowym jeziorze, 30 m pod stokiem narciarskim. Zanim wsiedliśmy na pokład, przewodnik zaproponował każdej parze/grupie zrobienie zdjęcia w tym miejscu - znów, coś, czego raczej nie oczekiwałabym w sezonie... ;) Ponton powoli sunął w lodowym tunelu, a przewodnik opowiadał o masochistach, którzy tutaj pływali - i to bez pontonu. No właśnie, za dodatkowe 10 € można też popływać w lodowcowym jeziorze: na SUPie, w kajaku... albo po prostu w kąpielówkach, tylko pamiętajcie o własnym ręczniku ;). Taka atrakcja jest dodatkiem do trasy o 13:30, kiedy tradycyjna grupa kończy zwiedzanie, przewodnik zostaje z tymi, którzy wykupili dodatkowe opcje. Chyba nie muszę mówić, że mi wystarczył ponton? ;)
Co jeszcze warto wiedzieć o pałacu lodowcowym? Temperatura panująca w środku to stale ok. 0° C, więc grube kurtki i dobre buty to rzecz obowiązkowa. W grudniu wydawało się, że temperatura wewnątrz jest zdecydowanie przyjemniejsza niż na zewnątrz (tam było -8°), zwłaszcza że nie wiało. Dobrze mieć też ze sobą okulary przeciwsłoneczne, bo gdy wychodzi się z dość ciemnej jaskini, a na dworze słońce odbija się w śniegu, to ciężko utrzymać oczy otwarte ;). Wstęp do Natureispalast mają dzieci od 6 roku życia, ze zwierzętami w ogóle nie można wchodzić. 
Nas Natureispalast naprawdę zachwycił - zdjęcia kompletnie nie oddają uroku jaskini lodowcowej. Lód w świetle mieni się tysiącami iskierek i przybiera różne odcienie niebieskiego i zielonego, efekt jest po prostu przepiękny :). I naprawdę świetnie się złożyło, że trafiła się mała grupa, przewodnik mógł spokojnie rozmawiać z ludźmi, a sama wycieczka przeciągnęła się ponad te ustawowe 70 minut. Zatem szczerze polecam wizytę w pałacu lodowym na lodowcu Hintertux, zwłaszcza poza sezonem. Owszem, tanio nie będzie, ale raczej będzie to przygoda raz w życiu, więc jeśli możecie sobie pozwolić na taką przyjemność, będąc w okolicy... warto, naprawdę warto :).

Prześlij komentarz

0 Komentarze