Advertisement

Main Ad

Agüimes i wąwozy

Agüimes dzieli od Maspalomas, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg, zaledwie 30 km - pół godziny jazdy wzdłuż południowo-wschodniego wybrzeża Gran Canarii. Tamtego dnia tylko ten odcinek cieszył się w miarę ładną pogodą, wszystko dalej na północ lub w głąb wyspy tonęło w ciężkich, deszczowych chmurach. Zresztą i te okolice były dość niepewne, bo prognoza zapowiadała tylko przejaśnienia, a jadąc tutaj, widzieliśmy ciemne chmury na horyzoncie. Nad nami jednak świeciło słońce, więc postanowiliśmy zacząć od atrakcji przyrodniczych, samo miasteczko zostawiając sobie na później. Tuż za Agüimes znajduje się wąwóz Guayadeque (barranco de Guayadeque), o którym czytałam sporo pozytywnych rzeczy i który wydawał się świetnym celem na przedpołudniową wędrówkę. Już sama trasa od Agüimes do Guayadeque była piękna, pełna zieleni i ciekawych formacji skalnych, więc od samego początku byłam pewna, że będzie mi tu się podobało :).
Widziałam różne porady, gdzie się zatrzymać, jadąc do wąwozu i sami zdecydowaliśmy się dojechać do samego końca. Jakby nie patrzeć, po samochód i tak trzeba by było wrócić ;). Wąwóz Guayadeque liczy sobie ok. 15 km długości i biegną przez niego różne szlaki, więc przy ładnej pogodzie można tu spędzić pewnie i cały dzień, odkrywając piękną okolicę. Nam pogoda niezbyt dopisała, bo choć wyruszyliśmy z parkingu w pełnym słońcu, wiatr szybko przywiał gęste chmury, widoczność mocno spadła, zaczęło padać i zrobiło się po prostu zimno. Spacer nie sprawiał już przyjemności, więc zdecydowaliśmy się na powrót do samochodu, ale nie ruszyliśmy w dalszą drogę, tylko czekaliśmy cierpliwie, aż wiatr przewieje dalej te chmury i przynajmniej niech przestanie padać...
A nie chciałam się jeszcze stąd zbierać, bo wąwóz Guayadeque słynie nie tylko z pięknych widoków. To także ciekawostka historyczna, choć my tu trafiliśmy poza sezonem, więc pozostało nam oglądanie tutejszych domków w skałach tylko z zewnątrz. Obszar ten jest niezwykle ważny z historycznego punktu widzenia - było to kiedyś jedno z najludniejszych miejsc na Gran Canarii, a w licznych jaskiniach archeolodzy odkryli ślady mieszkalnictwa oraz groby. Dziś w jaskiniach znajduje się mini-muzeum, kaplica, restauracje i domy, ale - jak już wspomniałam - w marcu wszystko było pozamykane na cztery spusty. Jednak nawet z zewnątrz ciekawie było się przyjrzeć wbudowanym w skałę i pomalowanym na intensywne kolory domom albo zajrzeć przez kraty do kapliczki.
Teraz można było ruszyć z powrotem do Agüimes ;). Do zabytkowego centrum nie wjedziemy samochodem, ale bez problemu mogliśmy zostawić auto przy jednej z ulic okalających centrum - większość takich miejsc parkingowych przy centrum była płatna. Najpierw skierowaliśmy kroki do informacji turystycznej, która okazała się bardzo pozytywnym zaskoczeniem jak na takie małe miasteczko (Agüimes liczy sobie ok. 30 tys. mieszkańców). Pracownicy byli przyjaźni i pomocni, dostaliśmy ładną mapkę z zaznaczonymi najważniejszymi miejscami i zachęcono nas do wizyty w miejscowym mini-muzeum. Znajduje się ono w tym samym budynku co informacja turystyczna i można się w nim zapoznać z historią Agüimes - warto zajrzeć, zwłaszcza że wstęp jest darmowy. 
Agüimes założono w 1491 roku na miejscu dawnej rdzennej osady i dziś to jedno z najlepiej zachowanych kolonialnych miasteczek na Gran Canarii. W internecie trafiłam też na określenia, że to otwarte muzeum ze względu na wszechobecne rzeźby - przedstawiające zarówno zwykłych ludzi, jak i zwierzęta. Gdzieniegdzie na budynkach można wypatrzeć też dekoracje przedstawiające dawnych mieszkańców wyspy przy codziennych obowiązkach. Agüimes zachwyciło mnie spokojem i czystością - zdaję sobie sprawę, że w sezonie pewnie jest tu więcej ludzi, zwłaszcza że wielu turystów odwiedza miasteczko razem z sąsiednim wąwozem... ale wciąż było tu zdecydowanie mniej ludzi niż w innych popularnych miejscach.
Najważniejszym zabytkiem w miasteczku jest kościół św. Sebastiana, który naturalnie musiałam odwiedzić. Budowę świątyni rozpoczęto w 1787 roku i trwała ona, choć z długimi przerwami, aż do 1940 roku. W muzeum przy informacji turystycznej można zobaczyć, jak kościół wyglądał w poszczególnych okresach. Obecnie jest to neoklasycystyczna, trzynawowa budowla o dość prostym wystroju, choć ołtarz główny i drewniane ozdoby przy niektórych ołtarzach bocznych / kapliczkach zasługują na uwagę. Przed kościołem znajduje się niewielki plac z drzewami i rzeźbami (Plaza del Rosario), wokół którego znajdziemy kilka knajpek - dla nas była to idealna miejscówka, by zrobić sobie przerwę w zwiedzaniu i napić się czegoś ciepłego :).
Na pewno zwróciliście uwagę na charakterystyczne zdobienia budynków w Agüimes. Nieotynkowane cegły - czasem tylko na rogach, a czasem na całych budynkach - to już wizytówka tego miasteczka. Mnie taka architektura naprawdę zachwyciła, więc zrobiłam w Agüimes tonę zdjęć ;). Mieliśmy czas na długi spacer bez tłumów turystów, a ja z przyjemnością zaglądałam z aparatem w różne zaułki. W sezonie można też zajrzeć do kilku domów i pracowni rzemieślniczych, by jeszcze lepiej poznać kanaryjską kulturę, ale w marcu wszystkie te budynki były niestety zamknięte.
Z Agüimes wyruszyliśmy do ostatniego zaplanowanego na ten dzień miejsca i zdecydowanie najpopularniejszego. Barranco de las Vacas leży zaledwie 6 km od miasteczka i jest jedną z najbardziej instagramowych miejscówek na Gran Canarii. W sezonie musi być tu ciężko z parkingiem, bo ten jest nieduży i nawet w marcu nie było już miejsc i musieliśmy się zatrzymać wzdłuż ulicy. A potem podążyć za innymi turystami, bo Google Maps nie jest szczególnie precyzyjny, zaś na miejscu nie ma żadnych oznaczeń i wskazówek, jak dotrzeć do słynnego wąwozu. Wyczytałam w internecie, że prowadzą do niego dwie trasy - dłuższa i łagodniejsza oraz krótsza, ale stroma, której nie poleca się używać po deszczu. My, idąc za ludźmi, dotarliśmy do tej drugiej - na szczęście było w miarę sucho i daliśmy radę bezpiecznie zejść i wejść. W ogóle ścieżka zaczyna się przy ulicy, trzeba najpierw przeskoczyć barierki, więc zdecydowanie nie wyglądało to na legitne przejście, ale też dopiero później wypatrzyliśmy tę inną, dłuższą trasę... za późno ;). Po zejściu na dół minęliśmy betonową bramę z napisem tourists go home i weszliśmy do wąwozu.
Barranco de las Vacas na zdjęciach wygląda jak potężny kanion pełen ciekawych kształtów, jednak tak naprawdę wąwóz ma zaledwie kilkadziesiąt metrów długości - a przynajmniej ta jego najbardziej widowiskowa część. A że jest niezwykle popularny, to na tej niewielkiej przestrzeni kłębi się całkiem sporo turystów - nic dziwnego, że według internetowych polecajek najlepiej przyjechać tutaj z samego rana. Ja naprawdę długo się czaiłam, by zrobić zdjęcia z niewielką ilością osób, ale o dłuższych sesjach zdjęciowych nie było tu nawet co myśleć ;). Zresztą Barranco de las Vacas to miejscówka polecana na krótki przystanek, jak jest się w okolicy - dobra właśnie do połączenia chociażby z Agüimes - bo na miejscu spędzi się może ze 20 minut. Ja myślę, że i tak warto, bo nie da się zaprzeczyć, że wąwóz jest ciekawy, a że mały... w końcu nie od dziś wiadomo, że rozmiar nie ma znaczenia ;).

Prześlij komentarz

0 Komentarze