Advertisement

Main Ad

Phu Quoc: wietnamskie wakacje

Phu Quoc (w wietnamskiej pisowni: Phú Quốc, ale pozwolę sobie zostać przy literach naszego alfabetu ;) ) to jedna z najbardziej turystycznych miejscówek Wietnamu. Na pewno pomaga tu fakt, że wyspa jest strefą bezwizową dla wszystkich turystów w przeciwieństwie do reszty kraju - choć akurat dla nas nie robiło to żadnej różnicy, bo z polskim paszportem od zeszłego roku możemy zwiedzać cały Wietnam bez wizy :). Nie da się jednak zaprzeczyć, że sporo turystów korzysta z tej oferty, przylatując bezpośrednio na Phu Quoc. W efekcie internet jest tu mocno podzielony: ci, co byli tylko na wyspie, zachwycają się tą wakacyjną twarzą Wietnamu, a ci, co podróżowali przez część lądową, powtarzają, że Phu Quoc to nie jest prawdziwy Wietnam! ;) Generalnie mnie wyspa nieszczególnie ciągnęła, ale chcieliśmy podczas naszej objazdówki mieć kilka bardziej leniwych dni gdzieś nad morzem. Gdybyśmy przyjechali tu w innym okresie, pewnie urządzilibyśmy sobie taki odpoczynek na plażach Da Nang, ale w listopadzie była tam pora deszczowa i o plażowaniu mogliśmy zapomnieć. No i zdecydowaliśmy się jednak na to Phu Quoc, docierając na wyspę liniami Vietnam Airlines. I nie żałujemy, że tu dotarliśmy, choć tak, jest to bardzo turystyczna miejscówka i odpowiednio droższa od reszty kraju. Jednak potrzebowaliśmy takiej przerwy od intensywnego zwiedzania, a wyspa dała nam właśnie to, czego potrzebowaliśmy :).
Jak to w takich miejscach bywa, pierwsze pytanie, jakie się pojawia, to: w której części wyspy się zatrzymać? Phu Quoc ma wiele plaż i każdy znajdzie tu coś dla siebie. My postawiliśmy na zachodnią część wyspy, nieco na południe od Duong Dong, czyli największego miasta na Phu Quoc. Dzięki temu nie mieliśmy daleko na lotnisko, wciąż łapaliśmy się do strefy darmowego odbioru na wycieczki łódką, a wszędzie, gdzie chcieliśmy, mogliśmy w miarę szybko dotrzeć Grabem. Plaże były ok - czyste, piaszczyste, ale jak patrzę po zdjęciach, w innych częściach wyspy można trafić na lepsze widoki. Albo może po prostu nie współpracowała z nami pogoda, bo większość naszego pobytu tutaj było wietrznie i pochmurnie, więc nieco wzburzone morze nie mogło się mienić błękitem w słońcu ;). Na szczęście nie padało, choć też zapowiadali, a my szukaliśmy różnych atrakcji na wyspie, gdy robiło się już za chłodno na leżenie na plaży.
Sporą zaletą wybranej lokalizacji była pobliska ulica Đường Trần Hưng Đạo. Ciągnie się ona kilometrami wzdłuż zachodniego wybrzeża, a przy niej znajdziemy wszystko, czego resortowy turysta może potrzebować. Restauracje, mniejsze bary, sklepy spożywcze i te z pamiątkami, apteki, hotele, stoiska biur podróży, salony masażu... Ku mojemu zaskoczeniu mnóstwo z tych miejscówek operuje głównie językiem rosyjskim. Wiedziałam, że rosyjskich turystów na Phu Quoc było dużo, czytałam o tym w internecie, ale i tak byłam zaskoczona ich ilością - od wybuchu wojny w Ukrainie i zablokowaniu różnych kierunków dla rosyjskich turystów, ci masowo skierowali się na niewymagającą wizy wyspę. Wielokrotnie byliśmy tu zaczepiani po rosyjsku, a wypisane cyrylicą oferty to była norma. Na szczęście po angielsku też się dało funkcjonować ;).

GRAND WORLD

Jedną z największych atrakcji Phu Quoc jest tzw. Grand World, coś w stylu kompleksu rozrywkowego zbudowanego na kształt różnych miejsc na świecie. Ten park tematyczny otworzono wiosną 2021 roku w północno-zachodniej części wyspy, no i chyba jeszcze nie rozwinął w pełni swojego potencjału ;). Kompleks jest ogromny i z założenia w jego poszczególnych częściach można się poczuć jak np. w Wenecji, na Majorce czy w Chinach, ale choć zbudowano już odpowiednie budynki, to jeszcze nie w pełni tchnięto w nie życie. Spora część Grand World to wciąż miasto widmo, szczególnie za dnia. Kompleks reklamuje się jako miejsce, które nigdy nie śpi, ale jeśli ktoś tak jak my podjedzie tu w ciągu dnia, to pustki na terenie Grand World mogą okazać się zaskoczeniem. W wielu budynkach otwarte są pojedyncze sklepy czy restauracje w części parterowej, reszta wciąż jest zamknięta na cztery spusty...
Szczególną uwagę przyciągają tutaj kanały będące kopią Wenecji i ciągnące się na długość 400 metrów. Wzdłuż nich wybudowany rzędy kolorowych kamieniczek - są to restauracje, sklepy i hotele, wśród których faktycznie nieco czuć, że miejsce to cieszy się pewną popularnością wśród turystów. Po kanałach kursują gondole i można skusić się na taką przejażdżkę w dużo bardziej przystępnej cenie niż w Wenecji - cena za osobę to było 230 tys. dongów (31,80 zł). Jeśli jesteście chętni na taki kurs, kupcie bilety i wsiądźcie do gondoli przy szklanym moście w miejscu, gdzie kanał łączy się z małym jeziorem. Są tu zdecydowanie mniejsze kolejki niż na początku kanału, a jednak trzeba wziąć pod uwagę, że tych gondoli nie ma aż tak dużo, zwłaszcza w zestawieniu z ilością chętnych.
Dla nas najciekawszą częścią Grand World była Kwintesencja Wietnamu, część parku poświęcona właśnie temu krajowi. W końcu nie po to człowiek leci do Wietnamu, by oglądać Wenecję ;). Po południu wstęp był tutaj darmowy, ale kiedy organizowane są spektakle, wtedy za wejściówkę trzeba zapłacić (300 tys. dongów - 41,45 zł). Trafiliśmy na jakieś przygotowania do pokazów - testowano głównie światła, ale tak poza tym mogliśmy swobodnie krążyć po tym terenie. Sporo tu różnych sprzętów i instrumentów w tradycyjnych pomieszczeniach, no i piękna alejka oświetlona lampionami... warto tu zajrzeć akurat, gdy zapada zmrok i wszystko powoli oświetlają :).
A kiedy pozapalano światła, wróciliśmy na główny teren kompleksu, czyli w okolice weneckich kanałów. Wieczorową porą ludzi było zdecydowanie więcej, a to dlatego, że po zmroku miały wystartować różne pokazy - już czasem testowo odpalano ognie nad jeziorem. Myślę, że to mogłoby być coś fajnego dla tych, którzy nocują na terenie Grand World, ale skoro my tu już byliśmy kilka godzin, nie widziało nam się czekanie na pokazy. Charm of Venice startuje bowiem o 21:30, a pokaz laserowy o 22:45... No, za starzy na to jesteśmy ;).
Skusiliśmy się jeszcze na odrobinę orzeźwienia nad kanałem: ja na świeżego kokosa, M. na lody owocowe, no i przyszedł czas się zbierać z powrotem do hotelu. Ostatnią ciekawostką, jaką oglądaliśmy w Grand World był bambusowy pawilon i otaczające go ogromne rzeźby, niektóre połączone z fontannami. Dla rodzin z dziećmi dodatkową atrakcją na terenie kompleksu może być też Teddy Bear Museum, ale że pluszowe misie nie leżą w gestii naszych zainteresowań, do środka nie zaglądaliśmy. Bez problemu złapaliśmy Graba w drogę powrotną - zresztą w Wietnamie na każdej nieco dłuższej trasie kierowca się pytał, czy będziemy potrzebować też podwózki w drugą stronę. Zazwyczaj wtedy zostawiali nam swój namiar przez Whatsappa, dogadywaliśmy cenę nieco niższą niż przez aplikację i dawaliśmy znać przez Whatsappa, kiedy i gdzie będziemy czekać. Była to opcja wygodna i opłacalna dla obu stron, ani razu żaden kierowca nas nie wystawił, więc taką metodę bardzo polecam :).

SNORKELING

Dla nas jedną z najfajniejszych rzeczy, jakie można robić w takich miejscach, jest snorkeling (na nurkowanie się jakoś nigdy nie porywaliśmy ;) ). Tutaj skorzystaliśmy z oferty miejscowego biura John's Tours, które oferuje różne całodniowe rejsy łódkami połączone właśnie ze snorkelingiem. Wszystkie startują z południa Phu Quoc, ale John's Tours oferowało podwózkę z niektórych miejsc i nasz hotel się tu też załapał. Warto nie zostawiać sobie takiej atrakcji na ostatni dzień pobytu na wyspie, bo jeśli pogoda nie dopisuje i morze jest wzburzone, władze portu nie zezwalają na wyruszenie łódek na morze. Wtedy mamy do wyboru przełożenie wycieczki na kolejny dzień (co my właśnie zrobiliśmy, gdy pogoda nie współpracowała) albo zwrot pieniędzy. W zależności od wybranej wycieczki mamy mniej lub więcej postojów na pływanie, jest też odpoczynek na wyspie i czas na lunch. Obsługa łódki wrzuca też karmę dla rybek do wody, żeby przyciągnąć ich więcej, co było dodatkową atrakcją :).

SEA WALKER

Pierwszy raz spotkałam się z czymś takim właśnie na Phu Quoc i oboje od razu stwierdziliśmy, że chcemy spróbować! W parku koralowym Namaste istnieje możliwość zejścia na głębokość 5-6 m pod wodę, by w specjalnie zaprojektowanym hełmie pospacerować po dnie morza. Organizator może załatwić też transport łódką z portu na Phu Quoc, ale my postanowiliśmy połączyć to z rejsem na snorkeling. Pracownicy John's Tours zabrali nas na platformę, z której schodziło się pod wodę, a potem oddzielna łódka zabrała nas z powrotem do reszty grupy - przegapiliśmy kawałek snorkowania, ale zdecydowanie nie żałowaliśmy. Seawalking nie jest tanią przyjemnością, ale myślę, że naprawdę warto czegoś takiego spróbować, jeśli się nie nurkuje, bo doświadczenie jest mocno odmienne od snorkelingu. No i nie wymaga umiejętności pływania, co sprawia, że więcej osób może z tego skorzystać. W listopadzie można było wybrać tu jeden z trzech pakietów:
- Experience - za 1.250 tys. dongów (172,25 zł) - schodzi się pod wodę na ok. 10-12 minut, podczas których można zobaczyć pół parku koralowego;
- Standard - za 1.550 tys. dongów (213,60 zł) - pod wodą spędza się 14-16 minut, można zobaczyć 2/3 parku, a na koniec dostaje się filmiki i zdjęcia z tej przygody;
- VIP - za 2.150 tys. dongów (296,35 zł) - w ok. 16-20 minut zobaczy się cały park, otrzyma się filmiki i zdjęcia, można doświadczyć underwater bubble dance, no i schodzi się pod wodę bez kolejki.
My wybraliśmy opcję Standard, więc po zostawieniu rzeczy w schowku przyszło nam czekać kilka(naście) minut w kolejce. Następnie schodziło się po drabince do wody - tak, by tylko nasza głowa wystawała nad powierzchnię, a obsługa zakładała nam wtedy hełm. Generalnie waży on ok. 40 kg, więc dobrze, że w wodzie ciężary się odczuwa inaczej... ;) Każdy uczestnik był pod opieką oddzielnego nurka, który schodził z nami pod wodę, pilnował, gdzie podchodzimy, a potem robił nam też filmiki i zdjęcia. Jego obecność była bardzo pomocna, bo nie spodziewałam się, jak ciężko operować kończynami głębiej pod wodą - parę razy złapałam się na tym, że chcąc zrobić krok, unosiłam nogę za wysoko i obie nogi mi nagle ulatywały do góry. Bez pomocy doświadczonego nurka ciężko byłoby mi stanąć z powrotem na dnie. Ale doświadczenie samo w sobie okazało się niesamowite, zwłaszcza gdy pracownicy sypali karmę dla rybek, a te kłębiły się dosłownie wszędzie wokół nas. Jedyny problem to to, że w przeciwieństwie do nurków byliśmy w strojach kąpielowych. I nie to, że temperatury nie pasowały - woda była zaskakująco ciepła. Ale rafa koralowa parzy, a w hełmie ciężko kontrolować swoje ciało i zdarzyło się niechcący dotknąć skórą rafy... Ślady goiły się tygodniami :).

AQUATOPIA

A teraz coś dla miłośników aquaparków... ;) Aquatopia wystartowała z końcem 2019 roku na wyspie Hon Thom na południe od Phu Quoc. Można tu się dostać na dwa sposoby - kolejką linową z Sunset Town albo łódką, wiele rejsów na snorkeling kończy dzień właśnie na Hon Thom. Aquatopia to podobno największy aquapark w Azji Południowo-Wschodniej, nic więc dziwnego, że przyciąga tłumy turystów. Kupuje się tu bilety na kolejkę linową, a wstęp do parku jest w cenie, dobrze więc choć w jedną stronę skorzystać też z przejażdżki. Cen już nie pamiętam, ale internet podpowiada, że dla osoby dorosłej to ok. 850 tys. dongów (117,50 zł), choć warto się rozejrzeć za różnymi pakietami, łączącymi np. aquapark z bufetem na miejscu czy z atrakcjami w Sunset Town. 
Aquatopię urządzono z rozmachem, więc rodziny z dziećmi na pewno będą miały tu wiele radości. Ja nie jestem fanką różnych szalonych zjeżdżalni, więc częściej czekałam gdzieś na M. niż sama korzystałam z tych opcji ;). Choć oczywiście nie brakuje też spokojniejszych atrakcji, jak chociażby powolne pływanie w kole po rzece meandrującej przez park. Aquatopia jest podzielona na strefy tematyczne, a pomiędzy nimi znajdziemy też strefy gastronomiczne, przebieralnie (schowki na ubrania i rzeczy są dodatkowo płatne) oraz mnóstwo sporej wielkości figur, przy których turyści urządzali sobie sesje zdjęciowe. Z aktywnymi dzieciakami można tu spędzić cały dzień, ale osobiście uważam, że Wietnam ma zdecydowanie ciekawsze miejsca do odwiedzenia niż Aquatopia... ;)
Jednak nie da się ukryć, że kolejka linowa łącząca Phu Quoc i Hon Thom to świetna rzecz. Wietnam szczyci się tym, że jest to najdłuższa na świecie kolejka na trzech linach i liczy ona sobie prawie 8 km długości. Ze swojej strony dodam: nie popełniajcie naszego błędu i nie zostawajcie w aquaparku niemal do zamknięcia, bo wtedy kolejki do kolejki robią się masakryczne. I nie to, że my byliśmy tam zupełnie do ostatniej chwili, zebraliśmy się na kilkadziesiąt minut przed, ale to samo postanowiły zrobić setki pozostałych odwiedzających. W tym tłumie staliśmy dobrą godzinę, bardzo powoli przesuwając się do przodu - ludzie przepychali się, krzyczeli, tu ktoś zasłabł, tam ktoś z obsługi próbował się dopchać do bramek... To był chaos w najczystszej postaci i z ogromną ulgą dostaliśmy się wreszcie do wagonika. Stąd już widoki były naprawdę piękne, chociaż liczyłam, że będziemy jechać o zachodzie słońca, ale zanim przyszła nasza kolej, było już dawno po zachodzie (choć i tak były chmury...). Przejazd trwał ok. 15 minut, no i dotarliśmy wreszcie do Sunset Town.

SUNSET TOWN

To turystyczny obszar na południowo-zachodnim brzegu Phu Quoc. Podobno o zachodzie słońca jest tu magicznie (zależy, jak to rozumieć ;) ), szczególnie jak stanie się po obu stronach platformy zwanej Kiss Bridge, a ktoś pobiegnie jeszcze dalej, by zrobić takie romantyczne zdjęcie... Po zmroku, a tak właśnie tu dotarliśmy, ta atrakcja jednak odpada. Czego za to w Sunset Town nie brakuje, to liczne restauracje, sklepy i hotele - ot, popularna strefa turystyczna. Do tego dość droga jak na Wietnam. Tutaj też inspirowano się zagraniczną architekturą przy budowie miasteczka, można więc poczuć się jak w Grecji, Francji czy Włoszech. Wrażenie to potęguje ogromny budynek Koloseum, w którym urządzono stację początkową kolejki linowej. Tak, Sunset Town zrobiono z rozmachem i ludzi tu zdecydowanie więcej niż w Grand World. Nie wszędzie też wjadą busy czy samochody, więc można się potem trochę szukać ze swoim kierowcą Graba, skąd może nas odebrać. Szczególnie, jeśli będziemy chcieli stąd ruszyć tuż po zakończeniu pokazów, bo wtedy są tu prawdziwe tłumy.
A o jakich pokazach mowa? W Sunset Town organizuje się dwa pokazy: Kiss of the Sea oraz Symphony of the Sea. Czytałam o nich wcześniej i nie znalazły się na mojej liście atrakcji do ogarnięcia na Phu Quoc. Ale gdy nasz snorkeling przełożono na kolejny dzień ze względu na pogodę, trzeba było się czymś zająć. Zaczęliśmy więcej oglądać i czytać o Sunset Town, po czym stwierdziliśmy, że niech już będzie, zaryzykujemy i pójdziemy na te pokazy. No właśnie, na oba, bo nie mogliśmy się zdecydować, a pakiet łączony był tańszy. Najpierw odbywało się Symphony of the Sea, 25-minutowy pokaz na wodzie. Akrobacje, skutery wodne, wszystko w rytm muzyki i w towarzystwie laserowych świateł oraz fajerwerków. Bilety na ten pokaz kosztowały 600 tys. dongów (82,95 zł), a na oba łącznie 1.050 tys. (145,15 zł). Ku mojemu zaskoczeniu, naprawdę było warto!
Bilety na drugi pokaz, Kiss of the Sea, kosztowały milion dongów (138,25 zł), czyli aż szkoda byłoby nie brać pakietu na oba pokazy :). Odbywają się one w innych miejscach, ale niedaleko od siebie - i czasu wystarczy, by na spokojnie przejść pod drugą scenę, gdzie pracownicy sprawnie usadzają widownię. Tutaj wyświetlone są animacje na ekranie z wody, a wszystkiemu towarzyszą pokazy akrobatyczne i różne zabawy wodą, ogniem i światłem. Na koniec zaś był ogromny pokaz fajerwerków w rytm Show must go on Queen. Całość urządzono z prawdziwym rozmachem, a że wszystko odbywa się wieczorową porą, gdy plażowanie i pływanie mamy już za sobą, warto dodać taką atrakcję do listy planów na Phu Quoc. Tak, wyspa ma kompletnie inną atmosferę niż lądowy Wietnam, ale naprawdę dobrze się tu bawiliśmy. Może nie chciałabym tu spędzić całego tygodnia czy dwóch, ale na kilkudniową przerwę od intensywnego zwiedzania Phu Quoc sprawdziła się znakomicie.

Prześlij komentarz

0 Komentarze