Advertisement

Main Ad

Małe Karpaty: jaskinia Driny, pałac w Smolenicach i Katarinka

Słowacja, Małe Karpaty
Czyżby to była nasza nowa majówkowa tradycja? W ubiegłym roku w majówkę wyskoczyliśmy do zamku Czerwony Kamień na Słowacji, w tym roku znów te same okolice... Rejon Małych Karpat to dobry pomysł na jednodniowy (choć coraz bardziej chodzi mi po głowie i cały weekend w tych okolicach!) wypad z Wiednia. To jakieś 150 km / 2 godz. jazdy w jedną stronę, a na miejscu naprawdę jest co robić. Planując ten wypad, po prostu otworzyłam Google Maps, przybliżyłam Małe Karpaty w miejscu, gdzie kraj bratysławski styka się z krajem trnawskim (słowackie odpowiedniki województw) i natychmiast rzuciły mi się w oczy liczne ruiny. Zamki, kościoły, pałace, szlaki górskie - tylko zaznaczmy, że najwyższy szczyt Małych Karpat, Záruby, znajdujący się też w tej okolicy liczy sobie 768 m n.p.m., więc te góry to z przymrużeniem oka ;). Kiedy wypatrzyłam też jaskinię, stwierdziłam, że plan jest już gotowy. Trzeba tylko rano wstać i ruszyć w drogę!
Zaczęliśmy właśnie od tej jaskini Driny, bo zaciekawiły mnie hasła, że to nie tylko jedna z głównych atrakcji Małych Karpat, ale też jedyna w zachodniej Słowacji jaskinia udostępniona zwiedzającym. A jak to z takimi miejscami bywa, można ją zwiedzać jedynie z przewodnikiem w określonych godzinach - dlatego postanowiliśmy od trasy po jaskini rozpocząć tegoroczną wizytę w Małych Karpatach. Trasy są zaledwie cztery w ciągu dnia - o 10, 11:30, 13 i 14:30, a wstęp kosztuje 10 € dla osoby dorosłej, 9 € dla studentów i emerytów, a 5 € dla dzieci do 15 r.ż. Pod samą jaskinię nie podjedziemy, dobrze oznaczony parking znajduje się jakieś 15-20 minut spacerem od wejścia i kosztuje 2 €. Dlatego też warto tak wyliczyć sobie przyjazd, by być na parkingu z pół godziny przed rozpoczęciem trasy, bo sprzedaż biletów też kończy się na kilka minut przed. Wyglądało to mniej więcej tak, że jeśli zwiedzanie zaczyna się o 10, to 9:50 przestają sprzedawać bilety na tę godzinę, chwilę później otwierane są drzwi do jaskini, wpuszczani turyści i punkt 10 rozpoczyna się już podziemne zwiedzanie. Według informacji na stronie, jeśli chętnych jest dużo, organizowane są dodatkowe trasy, więc w sezonie raczej nie trzeba długo czekać :).
Lubię jaskinie, a choć widziałam już sporo ładniejszych niż Driny, to i tak z radością wyruszyłam na zwiedzanie :). Temperatura w środku wynosi niecałe 8°C, ale do przejścia mamy zaledwie 450 m i trwa to ok. 30 minut, więc w letni dzień wystarczy dodatkowo cienka bluza - nie zdąży się zmarznąć. No i trasy odbywają się po słowacku, ale myślę, że dla polskojęzycznych turystów nie jest to szczególny problem ;). Z historycznego punktu widzenia: miejscowi o jaskini wiedzieli już wcześniej, ale oficjalne badania rozpoczęto dopiero w latach trzydziestych XX wieku, a pierwsza - jeszcze sporo krótsza - trasa turystyczna została otwarta już w 1935 roku. Ciekawostką jest też, że od 2026 roku słowackie jaskinie nie pobierają opłat za robienie zdjęć w środku - jedynie nie można używać statywu ani spowalniać grupy.
Jaskinia znajduje się tuż przy miejscowości Smolenice, a w niej znajdziemy też całkiem ciekawy pałac. Zatem skoro byliśmy już w okolicy... ;) Tylko podjechaliśmy bliżej samochodem, parkując przy kościele Narodzenia NMP - niestety, zamkniętym, więc do środka zajrzeć się nie udało. Za parking trzeba zapłacić jakieś grosze - my nie wykorzystaliśmy całego czasu opłaconego za 1 € ;). Spod kościoła pod pałac trzeba przejść jakieś 10 minut, a wieżyczki powoli wyłaniają się nad drzewami. My tu trafiliśmy też w dzień jakiegoś biegu, wszędzie rozstawione były namioty, a pan przez mikrofon dopingował kolejnych dobiegających do mety :).
Pałac w Smolenicach pierwotnie był XIV-wiecznym zamkiem, a patrząc na jego obecny wygląd, oba słowa: pałac i zamek wciąż wydają się tu pasować. XVIII i XIX wiek obeszły się brutalnie z tym miejscem - wojny, pożar, aż w końcu z twierdzy zostały tylko ruiny. Ostatni właściciele zamku, ród Pálffych, rozpoczął odbudowę w XX wieku, jednak - jak wiadomo - nie był to historycznie najspokojniejszy okres... ;) Prace zakończono już w Czechosłowacji, zamek stał się bardziej pałacem i trafił w ręce Słowackiej Akademii Nauk.
Generalnie pałac w Smolenicach można zwiedzać w weekendy i święta, a w lipcu i sierpniu nawet codziennie, ale... Po zdjęciach nie wyglądało to jakoś szczególnie, a my już widzieliśmy na tyle wnętrz zamkowych, że nie odczuwamy potrzeby zaglądania do każdych kolejnych - zwłaszcza gdy trzeba czekać na kolejną trasę z przewodnikiem. Zresztą tylko niewielka część pałacu + wieża są udostępnione odwiedzającym, w reszcie budynku znajduje się hotel, centrum konferencyjne, organizowane tu są też wesela i różne imprezy. Obeszliśmy na spokojnie tereny pałacowe, bo wstęp tutaj jest wolny, pospacerowaliśmy wzdłuż murów i mogliśmy się zbierać w dalszą trasę :).
Ostatnie miejsce, które wybraliśmy sobie na ten dzień, okazało się kompletną pomyłką w kwestii zaufania mapom Google'a ;). W rejonie Małych Karpat jest mnóstwo ciekawych ruin, wszystkich i tak byśmy nie obeszli, więc w oparciu o zdjęcia wybrałam pozostałości dawnego klasztoru - Katarínkę. Jak zwykle ustawiliśmy samą atrakcję jako miejsce docelowe dla GPS, zakładając, że jak się nie da podjechać do samego celu, to po drodze na pewno trafimy na parking. No i były jakieś niewyraźne oznaczenia, a tam, gdzie pojawił się zakaz wjazdu, znajdował się nawet niewielki parking. Zatem zostawiliśmy tam auto i ruszyliśmy ścieżką za Google Maps, choć wydawało mi się dziwne, że nie ma tu żadnych znaków ani informacji, zaś ścieżka się regularnie rozwidlała - w opiniach o Katarínce wyczytałam, że dojście do ruin jest dość proste. My niby widzieliśmy, że idziemy w ich kierunku, ale droga stawała się coraz bardziej nieoczywista, nikogo też po drodze nie mijaliśmy. A potem się okazało, że przed nami wyrósł wąwóz i las, i nie było co dłużej tak błądzić... Wróciliśmy na przełaj na parking, marnując na taki dziki spacer dobrą godzinę. Przyglądając się mapom szczegółowiej, po drugiej stronie ruin odkryliśmy punkt Katarínka - parkovisko i to właśnie tam powinniśmy byli się od razu kierować. Od tamtej strony były nawet znaki przy ulicy prowadzące do Katarínki, parking był dużo większy, ludzi też cały tłum... no i droga, zgodnie z komentarzami, prosta i jasna :). Widać los uznał, że wyrobiliśmy wcześniej za mało kroków ;). Na teren ruin wchodzi się przez mini-muzeum kolejowe, ale to akurat nieco mniej nas interesowało.
Pierwsza kapliczka w tym miejscu istniała jeszcze w XV wieku, ale budowę klasztoru franciszkanów p.w. św. Katarzyny, którego ruiny dziś oglądamy, rozpoczęto dopiero w 1618 roku. Mimo najazdów tureckich z XVII wieku klasztor całkiem nieźle się trzymał dzięki finansowemu wsparciu lokalnej szlachty, ale dekret Józefa II z 1786 roku nakazujący rozwiązanie klasztorów był tu już początkiem końca. Opustoszałe budynki popadały w ruinę, były plądrowane i poddane niszczycielskiemu działaniu czasu i pogody. Dopiero od 1995 pozostałościami klasztoru zajęli się wolontariusze i to oni po dziś dzień dbają o to miejsce. Gdy podeszliśmy do imponujących ruin kościoła, natychmiast nas zaczepili, proponując oprowadzanie po wieży. Ja na samą górę nie weszłam, bo jednak wąskie schody skutecznie mnie zniechęcały, ale M. dotarł do najlepszych widoków... i bardzo długiej opowieści przewodnika, który mniej skupiał się na samym miejscu i jego historii, a dużo więcej na ciężkiej pracy wolontariuszy. Tak, zrozumieliśmy, zostawiliśmy datek na ich dalszą działalność ;). Bo nie da się ukryć - jest to fajne i ciekawe miejsce, szkoda by było, żeby miało dalej niszczeć...

Prześlij komentarz

0 Komentarze