Maspalomas było dobrym wyborem na bazę wypadową podczas marcowej wycieczki na Gran Canarię, chociaż tak sobie myślę, że Puerto de Mogán też całkiem nieźle by się tu sprawdziło. Tak, jest to turystyczny kurort, ale nie da się zaprzeczyć - ma swój urok. Tylko z parkowaniem auta byłoby pewnie trochę gorzej... Cen już nie pamiętam, ale dalej pozostało w mojej pamięci, że to właśnie tutaj płaciliśmy najwięcej za parking na całej wyspie ;). Puerto de Mogán wybraliśmy sobie jako cel trzeciego dnia naszej wycieczki - na południu Gran Canarii widzieliśmy już większość tego, co chcieliśmy zobaczyć, ale wciąż dobra pogoda utrzymywała się tylko w tej części wyspy i nie było co jechać bardziej na północ. Postawiliśmy więc na luz i zaczęłam szukać rejsów na oglądanie delfinów.
Znaleziony przeze mnie rejs startował z miejscowości Puerto Rico, położonej ok. 10 km w dół od Puerto de Mogán - dla nas jadących z Maspalomas to było akurat po drodze ;). Przy samym porcie znajduje się spory parking, gdzie płaci się za... każdą minutę parkowania. O ile dobrze pamiętam, to są jakieś drobiazgi, w stylu 3 centów za minutę, ale było to dość ciekawe rozwiązanie ;). No i jednak w perspektywie kilku godzin zrobi się już z tego jakaś kwota, nie da się zaprzeczyć - a na sam rejs trzeba spokojnie liczyć ze 2-3 godziny + na miejscu też wypada być chwilę wcześniej. Z biletami kupionymi przez Get Your Guide musieliśmy i tak podejść do stanowiska organizatora. Byliśmy tam przed wyznaczonym czasem i powiedziano nam, żebyśmy podeszli dopiero na 15 minut przed rejsem. Wybraliśmy się więc na spacer po porcie i usiedliśmy w kawiarni, a gdy podeszliśmy na czas, okazało się, że już dawno zaczęli wpuszczać ludzi i właściwie cały górny pokład statku był już zajęty... Trochę mnie to podirytowało, bo gdybyśmy wiedzieli, że jednak będą wpuszczać przed czasem, to czekalibyśmy na miejscu, no ale... Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - może i na dolnym pokładzie było chłodniej, bo nie grzało słońce, ale z bliska było lepiej oglądać delfiny ;). Mimo wszystko cieszyłam się, że wzięłam bluzę, choć było ze 25 stopni, jednak wiatr od oceanu plus rozbryzgujące się na pokładzie krople wody sprawiały, że przy szybkim ruchu statku było mi momentami zimno.
Generalnie takie rejsy reklamują się jako poszukiwanie delfinów i wielorybów, ale co do tych drugich to trzeba trafić na dobry czas i mieć sporo szczęścia. My się nastawialiśmy tylko na delfiny i dokładnie je się udało zobaczyć :). Wybraliśmy takiego organizatora (Líneas Salmón), który zapewniał zobaczenie zwierząt - jeśli by się nie udało, dawali vouchery na kolejny, darmowy rejs z nimi, by spróbować szczęścia jeszcze raz. Naturalnie lepiej takiej atrakcji nie zostawiać sobie na ostatni dzień pobytu na wyspie, bo wtedy na ten jeszcze raz może nie starczyć czasu ;). Za rejs zapłaciliśmy 35 € od osoby i wydaje mi się to dobrą ceną, zwłaszcza że w przypadku braku szczęścia ten kolejny rejs jest zagwarantowany. Całość trwa ok. 2,5 godziny, choć tu wszystko zależy od tego, jak szybko uda się natrafić na delfiny - nam się trafiło bardzo szybko, więc już po ok. 2 godzinach byliśmy z powrotem w porcie.
Organizatorzy muszą dysponować jakimś sprzętem do namierzania ssaków, bo wkrótce po oddaleniu się od portu usłyszeliśmy z głośników, że stado delfinów znajduje się w pewnej odległości od nas i właśnie się tam kierujemy. I faktycznie było ich mnóstwo, nigdy jeszcze nie widziałam tylu delfinów naraz :). Jak statek powoli się przemieszczał, to płynęły przed nim lub tuż obok, czasem nurkowały też pod pokładem. A jeśli staliśmy w miejscu, to podpływały i odpływały, czasem kompletnie nas ignorując. Ze względu na dobrostan zwierząt statki nie mogą przebywać za blisko nich dłużej niż kilka-kilkanaście minut, ale... Choć sami nam to mówili, poza sezonem niezbyt się tym przejmowali - zazwyczaj koło delfinów byliśmy sami, przez chwilę tylko towarzyszył nam inny statek. Może gdy tych łódek kręci się tam więcej, to faktycznie pilnują tego czasu, żeby nie męczyć zwierząt, ale my staliśmy tam ponad pół godziny, a delfiny wciąż podpływały i odpływały. I doświadczenie było niesamowite, tylko przechodziło się z jednej na drugą stronę pokładu, raz na dziób, raz na tył - gdzie akurat było więcej delfinów... Zdecydowanie jedna z najfajniejszych atrakcji Gran Canarii :).
Po zakończonym rejsie wsiedliśmy w samochód i podjechaliśmy do Puerto de Mogán. Był środek dnia, a choć poza sezonem, to na większości parkingów w centrum nie było już miejsc. Na szczęście udało nam się coś znaleźć, a po wyjściu z auta zaskoczyło mnie nieruchome powietrze. Generalnie Gran Canaria jest bardzo wietrzną wyspą, ale te okolice Puerto Rico / Puerto de Mogán okazały się zaskakująco bezwietrzne, co sprawiało, że było tu wyjątkowo ciepło i przyjemnie. I nie była to chyba jednorazowa sytuacja, bo innego dnia rozmawialiśmy gdzieś z innymi turystami o pogodzie na wyspie i oni też zwrócili uwagę na to samo: cała Gran Canaria jest wietrzna poza tą częścią południowego wybrzeża ;).
Puerto de Mogán rozrosło się z wioski rybackiej w turystyczny kurort, więc dziś w porcie obok kutrów rybackich cumują i zwykłe łódki i stateczki gotowe zabrać turystów w rejsy po okolicy. Miasteczko jest nieduże, lecz bardzo urokliwe i jego popularność zdecydowanie nie powinna nikogo zaskakiwać :). Zwłaszcza gdy mówimy o tej części położonej tuż nad samym wybrzeżem i nazywanej nawet Małą Wenecją. Moim zdaniem to nazwa trochę na wyrost, bo choć owszem, znajdziemy tu kanały i mostki, ale klimat całego miejsca jest zdecydowanie inny niż u włoskiego oryginału. Co nie znaczy, że nie jest ładnie - naprawdę jest, po prostu zaakceptujmy, że jest ładnie w stylu Puerto de Mogán i nie potrzeba odnosić się do niczego innego :).
Co w Puerto de Mogán zachwyca najbardziej to po prostu same uliczki pomiędzy białymi domkami, których brzegi oraz ramy wokół drzwi i okien pomalowano na różne ładnie kontrastujące kolory. No i kwiaty, których w marcu było wszędzie zatrzęsienie i dodawały miasteczku jeszcze większego uroku. Tu wystarczy zapuścić się w labirynt uliczek i niemal na każdym rogu znajdziemy jakiś kadr warty uwiecznienia, a największą popularnością cieszy się domek z głównego zdjęcia tego wpisu :). Mnóstwo tu też sklepików z pamiątkami, a nad samym brzegiem także restauracji - my zatrzymaliśmy się na lunch w knajpce Rincon Del Amazonas i było naprawdę smacznie, więc szczerze polecam.
Miasteczko ma też własną piaszczystą plażę położoną niemal w samym centrum, co na pewno jest dodatkową zaletą dla tych, którzy w Puerto de Mogán zdecydują się nocować. Playa Mogán nie jest jednak duża, liczy sobie ok. 200 m długości, więc wyobrażam sobie, że w sezonie musi tu być baaaardzo tłoczno. W marcu nie było jednak źle, bez problemu mogliśmy się tu rozłożyć, a M. wskoczył nawet do wody - mi wystarczyło, że weszłam na chwilę po kolana ;). Oczywiście można tu za opłatą wynająć leżaki czy parasole, a tuż za plażą ciągnie się deptak z licznymi knajpkami, więc nawet zgłodnieć nie zdążymy ;). Piasek był miękki, woda czysta i przejrzysta - jeśli nie ma tłumów, naprawdę fajnie tu zajrzeć.
Pod kątem zabytków czy innych atrakcji niż spacerowanie i plażowanie to w Puerto de Mogán wiele nie znajdziemy - nie po to się tu przyjeżdża ;). Dla nas miasteczko było idealną miejscówką na pół dnia - akurat, żeby pospacerować, zjeść obiad i złapać trochę słońca na plaży. Myślę, że to mogłaby być też fajna baza wypadowa, choć do Las Palmas czy na lotnisko mamy stąd nieco dalej niż z Maspalomas, a w sezonie może być tu dużo bardziej tłoczno. Jednak wracać tutaj po dniu intensywnego zwiedzania i zgubić się wieczorową porą w takich uliczkach, usiąść w knajpce czy na plaży i po prostu odpoczywać... Tak, miałoby to swój urok ;).

0 Komentarze