Advertisement

Main Ad

Las Palmas de Gran Canaria i okolice

Po kilku dniach, gdy Gran Canaria cieszyła się słońcem tylko w południowej części, wreszcie i na północy wypogodziło się na tyle, by móc zaplanować wypad do stolicy wyspy. Oczywiście mieliśmy w planach i okolice, ale tutaj już z pogodą było różnie - w końcu powiedzenie jeśli chcesz zobaczyć inną pogodę na Kanarach, pojedź 5 kilometrów w bok nie wzięło się znikąd ;). Tego dnia akurat całkiem ładnie było na wybrzeżu, ale wystarczyło odbić dosłownie odrobinę w głąb wyspy, a już wisiały nad nami ciemne chmury. I tak na przykład myśleliśmy, by po drodze odwiedzić Caldera de Bandama, charakterystyczny krater położony niecałe 10 km w linii prostej od wybrzeża, wzdłuż którego jechaliśmy w pełnym słońcu. Im bardziej jednak odbijaliśmy od głównej drogi, tym ciemniej się robiło, a po chwili zaczęło padać, więc jak niepyszni zawróciliśmy, kierując się prosto na Las Palmas. Prognozy na popołudnie były całkiem optymistyczne, więc stwierdziliśmy, że zaczynamy od stolicy, a potem się zobaczy, na co pogoda i czas pozwolą :).
Liczące ok. 380 tys. mieszkańców Las Palmas to największe miasto Wysp Kanaryjskich, budzące wśród turystów dość skrajne emocje. Z jednej strony widziałam komentarze, że nic specjalnego tu nie ma, że nie po to się leci na Kanary, by siedzieć w mieście, itp. Z drugiej, że warto jednak odwiedzić stolicę wyspy, że ciekawa architektura, trochę zabytków się tu znajdzie, plaża miejska też niczego sobie... Mnie bardziej przekonywały te drugie głosy, choć akurat na plaże się nie planowałam wybierać - mieliśmy je w Maspalomas, gdzie nocowaliśmy, i to w zupełności wystarczyło ;). Chciałam jednak pospacerować po Las Palmas, zajrzeć do katedry i paru innych zabytków, nawet jeśli nie planowaliśmy tu spędzać całego dnia. Zatrzymaliśmy się na parkingu przy hali targowej Mercado De Vegueta (Vegueta to nazwa zabytkowej dzielnicy w Las Palmas) - bardzo blisko centrum, a wciąż przystępne ceny. Choć płaciło się za każdą minutę parkowania, taka dziwna rzecz na Gran Canarii ;) - całościowo wychodziło to ok. 2 € / godzinę.
Pierwszym miejscem, do którego poszliśmy, była kaplica Antoniego Pustelnika (Ermita de San Antonio Abad) z biletem wstępu za całe 1,50 € ;). To jeden z najstarszych kościołów na Kanarach (zbudowany w 1478 roku) i podobno modlił się tu sam Krzysztof Kolumb o bezpieczną drogę do Indii...
Więc jeśli chcecie się tu o coś modlić, to ostrożnie, różnie wychodzi ze spełnianiem tych modlitw ;). Choć trzeba pamiętać, że obecny kościółek to XV wieku nie pamięta - odbudowano go w stylu barokowym w połowie XVIII wieku i bogato zdobiony ołtarz z tamtych czasów współcześnie najbardziej rzuca się w oczy. Niedaleko kaplicy znajdziemy też inne miejsce związane z Kolumbem -Casa de Colón, czyli dosłownie Dom Kolumba. Sam żeglarz jednak tutaj nie mieszkał, był to raczej dom gubernatora i uważa się, że Kolumb musiał go odwiedzać podczas pobytu na Gran Canarii. Wystarczyło jednak na nazwę ;). Obecnie w środku znajduje się muzeum, poświęcone głównie jego wyprawom - nie wypowiem się jednak, czy warto, bo do środka nie zaglądaliśmy. Bilety wstępu były po 4 €, więc cenowo nie jest źle.
Następnie przeszliśmy na plac św. Anny (Plaza de Santa Ana), otoczony licznymi palmami i eleganckimi budynkami plac katedralny. Z jednej strony obszar ten zamyka świątynia, a z drugiej dawny ratusz (podobno wciąż pełniący funkcje administracyjne, choć burmistrz od lat ma już inną siedzibę) - ten ostatni można zwiedzać z przewodnikiem w określone dni, my jednak oglądaliśmy go tylko z zewnątrz. Za to koniecznie musiałam zwiedzić w środku XVI-wieczną katedrę św. Anny. Bilet wstępu, obejmujący nie tylko świątynię, ale też wieżę widokową i małe muzeum, kosztował 8 €, a na całość warto poświęcić około godziny.
Budowę katedry rozpoczęto w 1500 roku, wkrótce po podbiciu Wysp Kanaryjskich i choć inaugurowano ją w 1570 roku, to kolejne stulecia przyniosły różne przebudowy i renowacje. Dominuje tu jednak gotyk, do którego wręcz wydaje się nie pasować neoklasyczna fasada. W środku znajdziemy też trochę renesansowych i barokowych elementów, choć nie ma co udawać, że jest to wyjątkowo piękna świątynia ;). Zdecydowanie warto jednak wejść na taras widokowy i wieżę, bo rozciąga się stąd fajny widok na Las Palmas, rozpościerający się od wybrzeża aż po otaczające stolicę liczne wzgórza.
Mniej przypadło mi do gustu Muzeum Diecezjalne znajdujące się w sąsiednim budynku. Niewielka kolekcja przedmiotów sakralnych, trochę portretów miejscowych biskupów, prosty wystrój samych pomieszczeń... Ot, weszliśmy, rozejrzeliśmy się po pokojach i skierowaliśmy się do wyjścia, nic specjalnego nie rzuciło nam się w oczy. Mają tu ładny zielony dziedziniec i jest okazja, by skorzystać z darmowych toalet, ale to by było na tyle ;). Po wyjściu z katedry odbiliśmy na północ i rozpoczęliśmy spacer po uliczkach Veguety.
I szybko trafiliśmy na kolejną świątynię, a że była otwarta, to czemu by do niej nie zajrzeć...? ;) I tak zwiedziliśmy też kościół św. Franciszka z Asyżu. Pierwsza świątynia powstała w tym miejscu jeszcze na początku XVI wieku, jednak nie przetrwała pożaru, a obecną zbudowano w połowie wieku XVII. To barok, ale taki typowy kanaryjski, a wiele elementów wystroju wnętrza pochodzi z wieków XVIII-XIX. W kościele św. Franciszka znajdziemy też popularny, będący obiektem miejscowego kultu obraz Matki Bożej Samotnej/Samotności (w ogóle próbowałam wygooglać i nie znalazłam w języku polskim takiego wezwania, oddającego hiszpańskie Nuestra Señora de la Soledad de la Portería, ale z chęcią się tu doedukuję ;) ).
Spędziliśmy trochę czasu, spacerując po zabytkowym centrum Las Palmas - udało mi się jeszcze zajrzeć do mniej ciekawych kościołów, a także kupić znaczki i wysłać pocztówki na miejscowej poczcie. W małym kiosku z informacją turystyczną zaopatrzyłam się w mapkę miasta i szybko odkryłam, że co ciekawsze miejsca to zdążyliśmy zobaczyć i bez niej ;). Usiedliśmy w lokalnej knajpce na późny lunch, po którym stwierdziliśmy, że nie ma co dłużej błąkać się po tych uliczkach. Owszem, jest ładnie, ale inne miejsca w okolicy też zapowiadają się dobrze... więc chyba czas ruszyć w dalszą trasę.
A naszym kolejnym celem podróży było miasteczko Teror, położone jakieś 20 km od Las Palmas w głąb wyspy. Już sama trasa, pełna zieleni, robi wrażenie, ale w wielu miejscach czytałam, że Teror to jedno z najpiękniejszych miasteczek na Gran Canarii - no, musieliśmy tam podjechać ;). M. znalazł darmowy parking w centrum miasteczka, ale okazało się, że grupka głośnych i agresywnych miejscowych postanowiła sobie tutaj zarobić... I choć pisało, że parking darmowy, to nawet zaopatrzyli się w żółte kamizelki i nachalnie domagali się opłat. M. stwierdził, że odżałuje te 2 €, majątek to to nie jest, a przynajmniej można zakładać, że samochód zastanie się potem nieuszkodzony... Ale jak widzę komentarze na Google Maps, to problem z parkingowymi na tym bezpłatnym parkingu istnieje od dawna i władze nic z tym nie robią. Zatem pierwsze wrażenie z Teroru nie było najlepsze, ale wystarczyło się zanurzyć w wąskie uliczki otoczone piękną, kanaryjską zabudową, by szybko zapomnieć o tym incydencie.
Najważniejszym zabytkiem Teroru jest... kościół, bo co innego ;). Piękna bazylika Matki Boskiej Sosnowej (Basilico Nuestra Señora del Pino) - nie da się zaprzeczyć, że ładnie ci Hiszpanie nazywają swoje świątynie ;). A Matka Boska Sosnowa jest w ogóle patronką Kanarów - ot, objawiła się kiedyś Kanaryjczykom na drzewie i to wystarczyło do rozprzestrzenienia się kultu, którego najważniejszym miejscem jest właśnie Teror. To pierwsza bazylika mniejsza na wyspach, zaś sam kościół wybudowano w stylu neoklasycznym w latach sześćdziesiątych XVIII wieku. W środku znajdziemy parę bogato zdobionych elementów, szczególnie warto zwrócić uwagę na barokowy ołtarz z figurą Matki Boskiej Sosnowej w centralnej części.
Zresztą życie w Teror od początku kręci się wokół Matki Boskiej Sosnowej - objawienie podobno miało miejsce w 1481 roku, czyli u schyłku podboju Wysp Kanaryjskich. Legenda bardzo przydatna, by rozprzestrzenić nową religię na Gran Canarii, więc szybko powstał tu pierwszy kościółek i rozpoczął się ruch pielgrzymkowy. Samą sosnę zniszczyła burza jeszcze w XVII wieku, ale ludziom wystarczyły już kolejne świątynie i święta figurka - miasto się rozrastało, przyciągając nowych mieszkańców i coraz więcej pielgrzymów. A współcześnie także turystów, zachwyconych kanaryjską architekturą - kolorowymi i zadbanymi domkami w otoczeniu gęstej zieleni. Dużo czasu w miasteczku się nie spędzi, jego centrum jest niewielkie, ale zdecydowanie warto tu zajrzeć choć na tę godzinę :).
Ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy tego dnia, było to, od którego chcieliśmy zacząć - Caldera de Bandama. I, jak czytam, nie do końca poprawnie nazwałam na początku to miejsce kraterem, bo w języku polskim też istnieje słowo kaldera, a od krateru różni się ona głównie tym, że powstaje przy gwałtownym, potężnym wybuchu wulkanu, więc jest zazwyczaj dużo głębsza. Człowiek uczy się całe życie ;). Najpierw spiralną drogą wjechaliśmy na szczyt Pico de Bandama, wznoszący się na wysokość 569 m. Na górze nie ma dużo miejsca na parkowanie, co warto wziąć pod uwagę w sezonie, ale w marcowe popołudnie nie było tu wielu ludzi i bez problemu zaparkowaliśmy samochód. A potem weszliśmy kilka schodków do góry i znaleźliśmy się na naprawdę fajnym punkcie widokowym. Z jednej strony mieliśmy u swoich stóp głęboką kalderę, z drugiej w oddali rozpościerało się Las Palmas, poza tym dużo zieleni i ocean w oddali... Pięknie tu :).
Szacuje się, że ostatnia erupcja tego wulkanu miała miejsce jakieś 2000 lat temu - od tej pory całość pokryła niezbyt gęsta zieleń. Kaldera liczy sobie ok. 1 km średnicy i 200 m głębokości. Na dół schodzić nie planowaliśmy, ale postanowiliśmy wybrać się na spacer dookoła wygasłego wulkanu - biegnie tędy 3,5-kilometrowy szlak. Choć już na start okazało się, że musieliśmy z tego szlaku odbić i przejść przez parking należący do pobliskiego pola golfowego, bo na trasie było spore osuwisko i istniało ryzyko, że kamienie i ziemia będą się dalej osuwać. Na szczęście to był tylko jeden taki punkt, a resztę trasy mogliśmy już bez problemu podążać za strzałkami.
Nie da się ukryć, trasa wokół kaldery jest piękna, choć momentami nieco wymagająca. Ścieżki składają się z kamyczków i różnych powulkanicznych żwirów, które są dość sypkie i niewygodnie pokonuje się po nich przewyższenia - a ten spacer to przecież ciągłe góra-dół-góra-dół... Ja odczułam to podwójnie, bo na Kanarach wróciło mi zapalenie ścięgna w stopie i spacer po kalderze bywał momentami bardzo... niemiły ;). Widok na pełen zieleni powulkaniczny krajobraz wynagradzał to jednak całkiem nieźle, a cała trasa zajęła nam niewiele ponad godzinę - uwzględniając tu liczne postoje na zdjęcia. A potem... potem był już tylko powrót do Maspalomas, na zasłużone tapas i sangrię ;).

Prześlij komentarz

0 Komentarze