Choć nasz krótki wypad do Chin skupiał się głównie na dużych miastach (Chongqing, Chengdu) oraz słynnych górach z Avatara, to chciałam zobaczyć choć jedno zabytkowe miasteczko. Przewodniki po Chinach wymieniają mnóstwo tych ancient towns i trzeba ostrożnie przeglądać te listy, bo niektóre miasteczka mogą być zabytkami wpisanymi na listę UNESCO, a inne współczesnymi konstrukcjami tylko udającymi coś starszego. Te najbardziej znane znajdziemy w okolicach, których nie mieliśmy teraz w planach, jednak w okolicach Zhangjiajie wypatrzyłam stare miasteczko Furong. Przez w okolicach rozumiem ok. 80 km, co daje dokładnie 23 minuty jazdy szybkim chińskim pociągiem - idealny pomysł na krótki wypad. Pierwszą część dnia spędziliśmy na górze Tianmen, zjedliśmy lunch i ruszyliśmy na pociąg. Nie spieszyło nam się zbytnio, bo według wszystkich znalezionych informacji w Furongu robi się magicznie dopiero po zmroku, a ten w maju zapadał już dość późno. A i tak mimo braku pośpiechu dotarliśmy do miasteczka późnym popołudniem, mając kilka godzin na zwiedzanie.
Zabytkowe miasteczko oddalone jest o ok. 10 min jazdy od dworca, co przy cenach chińskich taksówek nie stanowi problemu - sporo samochodów czekało przy dworcu na pasażerów i szybko złapaliśmy taksówkę. Bardziej problematyczne okazało się to później w drodze powrotnej. Ostatni pociąg z Furongu do Zhangjiajie odjeżdżał ok. 22, wcześniej w odstępach plus minus dziesięciominutowych odjeżdżały jeszcze dwa pociągi, a przed nimi przez dobrą godzinę nie było nic. Czyli dla tych, którzy nie nocowali w Furongu, ale planowali wrócić do Zhangjiajie na noc - tak jak my - było tylko to półgodzinne okienko czasowe. Turystów na te trzy pociągi było dużo, zdecydowanie więcej niż dostępnych taksówek. Na szczęście zabrałam się za szukanie pojazdu w apce odpowiednio wcześniej, bo naprawdę przez dłuższy czas patrzyłam tylko na ładujący się pasek: szukamy dla ciebie kierowcy, z którego nic nie wynikało... W końcu się udało i zdążyliśmy spokojnie, bo ja zawsze sobie daję spory zapas czasu na takie rzeczy :). Ale weźcie to pod uwagę, jeśli wpadniecie do Furongu tylko na jeden dzień i wieczorem zechcecie ruszyć z powrotem na stację kolejową. A, no i jak jedziecie do samego miasteczka, to znajdźcie dobry punkt, gdzie kierowca może Was wysadzić, bo do zabytkowego centrum samochodem nie wjedzie. Nam pani w hotelu poleciła parking, który podałam w apce jako adres docelowy dla kierowcy... i nie był to najlepszy pomysł, bo parking okazał się ogromny, a taksówkarz wysadził nas przy wejściu do niego - i czekało nas sporo lawirowania między autami, zanim dotarliśmy do bramy do miasta. Pod którą też bez problemu można by było dojechać taksówką ;).
Wstęp na teren zabytkowego centrum jest płatny i kosztuje 108¥ (60,25 zł) - nam bilety przez internet kupiła pani w hotelu, ale bez problemu dostanie się je w tej samej cenie w kasie na miejscu. A do kasy i tak trzeba zajrzeć, by pokazać paszport i odebrać fizyczny bilet ;). Ten trzeba mieć ciągle przy sobie, bo na terenie miasta - szczególnie w okolicy wodospadu - zdarzają się kontrole. Furong to miasteczko (bądź wioska, zależy jak na to spojrzeć, z chińskiej perspektywy raczej to drugie ;) ) z 2000-letnią historią związaną z handlem na rzece Youshui - oczywiście współcześnie oglądana zabudowa jest już nowsza, często zrekonstruowana na potrzeby turystyki. Idąc od parkingu, przeszliśmy przez ładnie zdobiony most Tuwang i znaleźliśmy się w głównej części Furongu.
To tu znajduje się główny plac Baishoutang, a za nim kolejne wejście do Furongu wraz z centrum turystycznym oraz świątynia. Tutaj też natrafiliśmy na najwięcej naganiaczy do zdjęć - takie turystyczne miejscówki w Chinach są bardzo popularne do sesji fotograficznych w tradycyjnych strojach. Przyznam, że nawet chodziło nam to po głowie, mimo że to nienajtańsza przyjemność, tylko nie wiedzieliśmy, jak będziemy stać z czasem. Biorąc pod uwagę, że Furong miał nabrać kolorów dopiero po zmroku, taka sesja też byłaby najfajniejsza wieczorową porą - tyle, że od zapadnięcia zmroku do tej 21 z minutami, gdy musielibyśmy się zbierać na pociąg, wcale nie było tak dużo czasu, a całkiem sporo chcieliśmy wtedy obejrzeć ;). Powiedzieliśmy więc, że wrócimy później, jeśli starczy nam czasu, choć pani bardzo usilnie próbowała nas zatrzymać, mówiąc, że najpierw trzeba się przebrać i umalować, to trochę potrwa, akurat zrobi się ciemniej... Biorąc pod uwagę, że do zachodu słońca były jeszcze dobre 2 godziny, a tyle na przebranie się na pewno nie potrzebowaliśmy, nie daliśmy się przekonać ;). Jak potem w internecie oglądałam, jak w takich miejscach malują wszystkich po kolei przy użyciu tych samych produktów do makijażu, rzucając te pędzelki, gdzie popadnie, to stwierdziłam, że chyba jednak wolałabym, by tym wszystkim nie dotykali mojej twarzy...
Zamiast więc pozować do zdjęć, zapuściliśmy się w labirynt uliczek Furongu. Wbrew pozorom, wiele do chodzenia tu nie ma, zabłądzić też raczej trudno - Furong nie jest duży, przynajmniej jeśli chodzi o to zabytkowe centrum. Wiele drewnianych budynków było pozamykanych, a w tych otwartych mieściły się sklepiki turystyczne, często oferujące też sesje zdjęciowe w tradycyjnych strojach, oraz restauracje. Część knajpek ma tarasy z widokiem na wodospad, gdzie chętnie byśmy tam zajrzeli, gdybyśmy mieli więcej czasu, bo oglądane w internecie zdjęcia z takich tarasów widokowych naprawdę wpadają w oko :). W końcu zeszliśmy na dół i dotarliśmy nad rzekę, gdzie coraz lepiej było słychać szum wodospadu...
Furong jest pięknie położony nad wodospadem, a po jego obu stronach znajdziemy fajnie zlokalizowane platformy widokowe, idealne do zdjęć :). Bliżej wodospadu natrafiliśmy też na kolejne kontrole biletów, więc warto mieć je tutaj pod ręką. Trochę się obawiałam, że nie będzie wystarczająco wody w rzece - gdy dłużej nie ma opadów, wodospad potrafi zamienić się w cienkie strużki wody spływające po skałach... Na szczęście nic takiego nie miało miejsca tym razem :). Za wodospadem biegnie ścieżka i spacer nią jest dodatkową atrakcją w Furongu, choć specjalnie założyliśmy tu kurtki przeciwdeszczowe, bo woda lała się dosłownie wszędzie... Ale wrażenie fajne, i tak polecam ;).
Po drugiej stronie wypatrzyliśmy fajny, drewniany pawilon z widokiem na wodospad, a że powoli już zapadał zmrok, usiedliśmy tam na trochę, by poczekać na zapalenie świateł. W międzyczasie M. skoczył do jakiegoś ulicznego stanowiska z sokami, które okazały się tak masakrycznie przesłodzone, że ledwo dałam radę to wypić ;). Światła - zarówno w budynkach, jak i oświetlenie wodospadu - zapalono dość wcześnie, jeszcze nie było całkowicie ciemno, więc na początku musieliśmy się uważniej przyglądać, by dostrzec różne odcienie padające na wodę... Im ciemniej się robiło, tym wzmagało się brzęczenie, bo nad wodospadem krążyło coraz więcej dronów - chyba nigdy w życiu nie widziałam ich aż tylu w jednym miejscu. Oglądałam filmiki z drona nagrane w Furongu wieczorową porą, więc wiem, że wygląda to naprawdę pięknie, ale nie spodziewałam się, by tyle osób tu latało i próbowało złapać taki sam kadr ;).
Gdy w końcu się porządnie ściemniło, ruszyliśmy ścieżką wzdłuż skał i wody do widocznej z daleka platformy widokowej. Już po drodze mieliśmy coraz lepszy widok na wodospad i górującą nad nim zabudowę Furongu, ale jednak to platforma okazała się strzałem w dziesiątkę. Poniżej znajduje się restauracja i na pierwszy rzut oka wyglądało to, jakby punkt widokowy był tylko dla gości, ale szybko okazało się, że wejście na platformę jest z boku i dostępne dla wszystkich. Staliśmy tu dłuższą chwilę, robiąc zdjęcia zmieniającej kolory w różnym oświetleniu wodzie i cóż mogę powiedzieć ponad to, że naprawdę pięknie tu było? :)
Nie wiem, czy to była jakaś czasowa atrakcja, czy też można to zobaczyć cały czas (na mapkach Furongu nic w tym miejscu nie zaznaczono), ale za platformą widokową natrafiliśmy na coś w stylu niewielkiego ogrodu świateł. To krótka uliczka ozdobiona dekoracjami świetlnymi przypominającymi ogród - znajdziemy tu mnóstwo różnorodnych kwiatów, a na drzewach liczne owady, a nawet pajęczyny z pająkami. I, ku mojemu zaskoczeniu, wcale nie było tu dużo ludzi, większość chyba docierała do platformy / restauracji i wracała tą samą drogą, nie rozglądając się po bocznych uliczkach - cóż, lepiej dla nas ;).
Jednak i my wróciliśmy wkrótce do centrum Furongu, tym razem udając się na górę wodospadu. Tam na mapce oznaczono punkt rock jumping, a to brzmiało dość ciekawie ;). I faktycznie, tuż nad wodospadem można przejść przez rzekę po ścieżce z kamieni - na szczęście z jednej strony dorobiono poręcz, gdyby człowiek nie czuł się tu zbyt stabilnie. Przyznam, że spacer po rzece, gdy wszystkie budynki dookoła są pięknie oświetlone, naprawdę robił wrażenie. Furong po zmroku wydawał się dopiero budzić do życia, otwierały się kolejne restauracje, turyści wychodzili na spacer, a grajkowie uliczni zapewniali ścieżkę dźwiękową do tego wszystkiego. Nie mogliśmy zaprzeczyć - miasteczko nas oboje naprawdę zachwyciło.
Aż nie chciało się po tej 21 zbierać na pociąg... Chyba ze wszystkich odwiedzonych miejsc w Chinach, to w Furongu najbardziej żałowaliśmy, że nie mamy więcej czasu i nie możemy zostać tu jeszcze na noc. Miasteczko ma niesamowitą atmosferę, a tych kilka godzin wieczorową porą - zwłaszcza gdy dzień jest długi i światła zapalane są dość późno - to jednak stanowczo za krótko. Świetnie byłoby pobłądzić dłużej po oświetlonych uliczkach, usiąść na tarasie jednej z restauracji z widokiem na podświetlony wodospad i po prostu chłonąć to miasteczko... Ale trzeba było wracać do Zhangjiajie, bo następnego ranka czekała na nas dłuższa podróż pociągiem do Chengdu i koniec naszej chińskiej przygody. Ale już wiem na pewno, że podczas kolejnej wycieczki do Chin znów będzie trzeba dodać jakieś ancient town do listy atrakcji - i tym razem zostać tam na noc :).



0 Komentarze