Advertisement

Main Ad

W sercu Gran Canarii

Długo przyszło nam czekać, aż pogoda w centralnej części Gran Canarii poprawiła się na tyle, by móc w końcu zwiedzić także środek wyspy. Wybraliśmy się tam dopiero ostatniego dnia przed wylotem, ale na szczęście udało się złapać słoneczny dzień. Niestety, widoczność była taka sobie, ale na więcej już nie mogliśmy liczyć - najważniejsze, że udało się odwiedzić tych kilka punktów, które chodziły mi po głowie: wioski Fataga i Tejeda, najwyższy szczyt Gran Canarii, czyli Pico de las Nieves, a dzień zakończyliśmy spacerem na słynne Roque Nublo. Z Maspalomas, gdzie nocowaliśmy, do centrum wyspy mieliśmy trochę ponad godzinę jazdy, ale szybko okazało się, że nie ma co bazować na wyliczeniach Google Maps. Po pierwsze, bo i tak chciałam się często zatrzymywać dla pięknych widoków - na trasie urządzono parę fajnych punktów widokowych takich jak Mirador Degollada de las Yeguas. A po drugie, okazało się, że pełne zakrętów i różnic wysokości drogi Gran Canarii są niesamowicie popularne wśród rowerzystów. I mijaliśmy ich dziesiątki, jeśli nie setki... Na trasie, gdzie ciężko było wyprzedzać ze względu na ilość serpentyn, a rowerzyści nieraz jechali grupkami i przewyższenia pokonywali w różnym tempie. Oj, dla M. jako kierowcy była to niezła lekcja cierpliwości ;).  
Jadąc pustynnym wąwozem Barranco de Fataga (który podobno jest nazywany Doliną Tysiąca Palm, ale uważam, że to zdecydowanie przesada ;) ), dotarliśmy do wioski o tej samej nazwie. Fataga pojawiała się bardzo często na wszelakich rozpiskach pt. Co zobaczyć na Gran Canarii? jako jedna z najpiękniejszych i najurokliwszych wiosek na wyspie. A skoro i tak przez nią przejeżdżaliśmy, trzeba było się tu na trochę zatrzymać, choć przyszło nam nieco krążyć, zanim udało się znaleźć miejsce parkingowe. Podobno w okolicy można nawet pojeździć na wielbłądach, ale akurat taka atrakcja nas nie kusiła ;). Mnie interesowała sama wioska i krótki spacer po niej - i to naprawdę krótki, bo Fataga to zaledwie kilka uliczek na krzyż.
Z historycznego punktu widzenia Fataga była jedną z dawnych osad Guanczów, a gdy Hiszpanie rozpoczęli podbój Kanarów, okolice te były miejscem licznych starć między najeźdźcami a miejscową ludnością. Biorąc więc pod uwagę historyczne znaczenie Fatagi, nie dziwi, że miejsce to przyciąga turystów... Choć nie oszukujmy się, większość z nich przyjeżdża tu dla widoków - wioska jest pięknie położona, otoczona górami, a jej typowa kanaryjska architektura też przyciąga wzrok. Wiosną nie brakowało tu wszędzie kwiatów i jedynie szkoda, że nie udało się zajrzeć do lokalnego kościółka. Fataga to idealne miejsce na półgodzinny postój, ale warto zatrzymać się też na chwilę przy drodze prowadzącej do wioski, przy jednym z punktów widokowych na wąwóz i góry otaczające budynki - pięknie to wygląda :).
Fatagę od naszego kolejnego na ten dzień celu dzieliło niecałe 30 km, czyli... prawie godzina jazdy ;). Górskie serpentyny w sercu Gran Canarii wymuszają wolniejszą jazdę, nawet jeśli chwilowo na drodze nie mijamy zbyt wielu rowerzystów. Albo po prostu nie chcą się oni pchać rowerami na najwyższy punkt wyspy, a tym właśnie jest wznoszący się na 1.949 m n.p.m. szczyt Pico de las Nieves. Jako że na górze znajduje się baza wojskowa, która wymagała zbudowania prowadzącej tu drogi, szczyt jest łatwo dostępny samochodem. W innym razie pewnie byśmy się tu nie pchali, ale skoro można podjechać na samą górę i się rozejrzeć, to czemu by nie ;). Mnie na Pico de las Nieves już na samym początku zachwyciły... kanarki. To jedyne miejsce na Gran Canarii, gdzie widziałam te ptaki na wolności.
Zaparkowaliśmy wzdłuż drogi, bo właściwego turystycznego parkingu na szczycie nie znajdziemy, po czym podeszliśmy krótką ścieżką na samą górę. Znów przyszło nam żałować, że widoczność tego dnia była taka sobie, bo podobno przy dobrej pogodzie z Pico de las Nieves widać nawet Teneryfę. My widzieliśmy co najwyżej okoliczne góry i skały, w tym słynne Roque Nublo, ale w tle horyzont się coraz bardziej rozmywał. Myślę, że warto tu podjechać, zwiedzając centralną część Gran Canarii, bo nie trzeba dużo odbić w bok, by znaleźć się na najwyższym szczycie - a dzięki asfaltowej drodze możemy sobie oszczędzić wspinaczki ;). Na górze zaś długo się nie posiedzi, bo jednak wieje masakrycznie...
Po napatrzeniu się na widoki ruszyliśmy w dalszą drogę - kilkanaście kilometrów dalej na północ znajduje się wioska Tejeda. Znów jedna z tych pięknie położonych i pełnych uroczej architektury, choć nieco większa od Fatagi, więc można tu spędzić trochę więcej czasu. Na pewno jest tu dużo bardziej zielono, no i trzeba wziąć pod uwagę, że Tejeda jest położona na mocno nierównym terenie, więc spacer po wiosce oznacza sporo przewyższeń, co można trochę odczuć w nogach ;). Na obrzeżach Tejedy nie brakuje fajnie umiejscowionych punktów widokowych, skąd można objąć wzrokiem zarówno wioskę, jak i jej okolicę.
Najważniejszym obiektem w wiosce jest kościół NMP z Socorro (Nuestra Señora del Socorro) - patrząc po zdjęciach w internecie (świątynia była, niestety, zamknięta podczas naszej wizyty) jest to przykład dość prostego baroku. Tejeda jest mocno nastawiona na turystów, znajdziemy tu trochę knajpek i kawiarni, hoteli i pensjonatów, niewielkie muzeum... Niemiłym zaskoczeniem okazały się tylko toalety, bo choć strzałki prowadziły do dwóch różnych obiektów, to jednego nie mogliśmy w ogóle zlokalizować (najprawdopodobniej były w remontowanym budynku), a w drugim akurat były nieczynne... Zaś na dłuższą przerwę w którejś z kawiarni czy cukierni nie mieliśmy czasu, bo ostatnia atrakcja na ten dzień wymagała nieco dokładniejszego planowania i większej ilości czasu.
To na terenie prowincji Tejeda znajduje się najbardziej znana formacja skalna Gran Canarii, czyli wspomniane już Roque Nublo. Szlak jest na tyle popularny, że władze wyspy zadecydowały o ograniczeniu liczby odwiedzających i wstęp tutaj wymaga wcześniejszej rezerwacji przez internet. Bilety są darmowe, ale ich liczba ograniczona, więc raczej nie ma co liczyć na to, że uda się przyjechać tu spontanicznie i dostać bilety na ten sam dzień. Do tego warto pamiętać, że przed samym wejściem na szlak nie można parkować - kiedyś podobno znajdował się tam niewielki parking, do tego można było zatrzymywać się przy drodze, ale obecnie jest to zabronione, a lokalne służby ponoć chętnie szafują mandatami. W okolicy są wyznaczone dwa parkingi, ale ten bliższy to wciąż ok. 5 km od wejścia na szlak. Warto to wziąć pod uwagę przy planowaniu wizyty w Roque Nublo, bo autobusy na tej trasie kursują (przynajmniej poza sezonem) bardzo rzadko, a alternatywą jest dość długi spacer z parkingu. Wejściówki do Roque Nublo obejmują godzinne okienko czasowe, a autobusy się tak układały, że moglibyśmy dotrzeć na miejsce na pół godziny wcześniej albo pod sam koniec naszego okienka. Zaryzykowaliśmy to pierwsze rozwiązanie i na szczęście nie robiono nam problemów z wcześniejszym wejściem na szlak.
Samo Roque Nublo to charakterystyczny monolit, sięgający 1.813 m n.p.m. - oczywiście na jego szczyt  nie wchodziliśmy, tylko skupiliśmy się na szlaku biegnącym od Mirador de la Goleta pod samą skałę i z powrotem. To ok. kilometra w jedną stronę, momentami nieco stromiej pod górkę, ale generalnie trasa nie jest wymagająca. Dla tych, co lubią większe wyzwania, można wyruszyć tu z Tejedy albo z innego położonego odpowiednio niżej punktu startowego, nie trzeba podjeżdżać autobusem do głównego wejścia ;). Widoki na szlaku są ładne, choć jednak nie dorównują tym z Pico de las Nieves - no, ale być na Gran Canarii i nie odwiedzić Roque Nublo, nie można tak ;). Oczywiście, trzeba się liczyć z tym, że poza nami myśli tak całkiem sporo osób, więc nie ma się co łudzić, że na szlaku będziemy sami - dobrze więc, że te limitowane wejściówki wprowadzili. Mogliby jeszcze ogarnąć lepszy transport publiczny pomiędzy parkingiem a początkiem szlaku...

Prześlij komentarz

0 Komentarze