Advertisement

Main Ad

Jesienny Luksemburg

Luksemburg
Mój weekend urodzinowy miał być dla mnie niespodzianką i niemal do samego końca nią był. Wiedziałam, że lecimy w piątek wieczorem, wracam w poniedziałkowy wieczór, a gdy termin się zbliżał, usłyszałam jeszcze, że pogoda może być taka sobie, ale liczmy na brak deszczu ;). A, no i miały być zabytki UNESCO i kościoły, ale powiedzmy sobie szczerze - w Europie całkiem sporo miejsc można by tak zapowiedzieć. Niespodzianka rozjechała się nieco w czwartkowy wieczór, gdy M. odprawiał nas na samolot i nagle zdziwiony odkrył, że mamy w cenie bagaż rejestrowany. Nie jest to coś, co wykupujemy na weekendowe wyjazdy ani coś, co Austrian Airlines oferuje w podstawowych pakietach, a M. był przekonany, że to właśnie Austrianem lecimy. Okazało się jednak, że przez ich stronę zarezerwował lot partnerskimi liniami i odruchowo wymówił ich nazwę na głos, bo z niczym mu się nie kojarzyła. Luxair. Ja miałam więcej skojarzeń i cóż, gdzie mogłyby latać z Wiednia luksemburskie linie lotnicze, hmmm? :) Zatem całkowitej niespodzianki już tu nie było, wciąż jednak nie znałam planów ani sama nie interesowałam się tym, co można w Luksemburgu zobaczyć - zdałam się tu całkowicie na męża. Niestety, pogoda nie zawsze nam sprzyjała - końcówka października wydawała się już listopadem przy zaledwie kilku stopniach, silnym wietrze i czasem padającym deszczu. Przerywało się więc zwiedzanie na coś ciepłego do picia lub jedzenia, ale nie stanowiło to problemu, bo - powiedzmy sobie szczerze - stolicę Luksemburga można by zwiedzić na spokojnie i w jeden dzień, więc czasu mieliśmy pod dostatkiem.
Nie ma się co okłamywać, Luksemburg nie jest najtańszym kierunkiem. Dlatego nie da się nie docenić faktu, że w całym kraju mamy darmowy transport publiczny - jedynie za pierwszą klasę w pociągach trzeba dopłacać, wciąż jednak mówimy tu o kwotach rzędu kilku euro. No a drugiej klasie też nie można tu niczego zarzucić... ;) Z lotniska do centrum Luksemburga dojechaliśmy darmowym autobusem w jakieś dwadzieścia minut, a odczuwalna temperatura w okolicach zera i towarzyszący jej deszcz sprawiły, że w piątkowy wieczór już się nie ruszaliśmy z wynajmowanego mieszkania. Za to w sobotni poranek zjedliśmy śniadanie i byliśmy już gotowi na zwiedzanie. Nocleg mieliśmy między dworcem a ścisłym centrum, wszędzie blisko na piechotę... Zresztą w centrum miasta to wszędzie jest blisko na piechotę, choć trzeba się liczyć z pewnymi przewyższeniami ;). Minęliśmy Place de Metz z eleganckim budynkiem krajowego banku zwanego Spuerkeess, którego wieża widoczna jest z daleka z wielu części miasta. Przeszliśmy malowniczym, zbudowanym na początku XX wieku mostem Pont Adolphe i już znaleźliśmy się w historycznym centrum miasta, w dzielnicy zwanej Ville-Haute.
Centralnym punktem zabytkowego starego miasta jest plac Guillaume II, czyli w naszej nomenklaturze Wilhelma II Holenderskiego, który w latach czterdziestych XIX wieku był również wielkim księciem Luksemburga. Jego pomnik stoi we wschodniej części placu, ale przyjrzeć mu się mieliśmy lepszą okazję dopiero po południu. Gdy dotarliśmy tutaj w sobotni ranek, cały plac był zastawiony straganami; wiadomo, sobota - dzień targowy ;). Przed wieczorem wszystko jednak opustoszało i można było pospacerować po placu, przyjrzeć się XIX-wiecznemu ratuszowi, no i zajrzeć do informacji turystycznej po foldery i mapki. Po zmroku na placu Guillaume II uruchamiana jest podświetlana fontanna (może w cieplejsze dni działa ona i za dnia, tylko bez świateł?) i choć nie jest to jeden z najładniejszych europejskich rynków, to i tak warto tu zajrzeć podczas zwiedzania Luksemburga :).
Jak widać po zdjęciach, w tle nad placem górują dwie kościelne wieże. To pobliska katedra Notre-Dame de Luxembourg, najważniejsza świątynia w kraju, a dla mnie punkt obowiązkowy (oczywiście uwzględniony w planach M. ;) ). Jej budowa (wtedy był to jeszcze po prostu kościół jezuicki p.w. Niepokalanego Poczęcia) wystartowała w 1613 roku - status katedry otrzymała w latach siedemdziesiątych XIX wieku, no i jest to jedyna katedra w kraju. Pierwotnie zbudowana w stylu gotyckim świątynia miała potem dodane różne renesansowe elementy, a w pierwszej połowie XX wieku została znacząco rozbudowana, dobudowano również dwie wieże (pierwotny kościół jezuitów miał tylko jedną).
Zwiedzanie katedry jest na szczęście darmowe, a sama budowla jest na tyle duża, że można w niej spędzić trochę czasu. Niestety, nie udało nam się zajrzeć do krypty, w której pochowany jest m.in. czeski król Jan Luksemburski, który na początku XIV wieku rościł sobie pretensje również do polskiego tronu. Obeszliśmy jednak cały główny poziom kościoła i choć nie jest to jedna z najwspanialszych świątyń, jakie w życiu widziałam, to i tak mi się tu podobało - może dlatego, że lubię gotyk i kolorowe witraże... ;) Pięknie rzeźbiony jest też chór, który pochodzi jeszcze z początku XVII wieku i czasów jezuickiego kościoła, a z religijnego punktu widzenia warto zwrócić uwagę na znajdującą się w prezbiterium figurę Matki Bożej Pocieszenia (Consolatrice des Affligés). Co mnie osobiście zaciekawiło to arrasy/tapiserie na ścianach, przedstawiające sceny religijne - nie spotkałam się z tym jeszcze w kościołach.
Z katedry przeszliśmy do położonego nieopodal Pałacu Wielkich Książąt, który latem można zwiedzać z przewodnikiem, ale jesienią musieliśmy się ograniczyć do spojrzenia z zewnątrz. Zbudowany pierwotnie w XVI wieku jako ratusz, pełnił z czasem różne funkcje, a obecnie jest siedzibą reprezentacyjną księcia Luksemburga (rezydencją rodziny książęcej jest zamek Berg położony 30 km na północ od stolicy). W połowie XIX wieku do pałacu dobudowano siedzibę Izby Deputowanych, czyli luksemburskiego parlamentu - nieco mniej reprezentatywny budynek, ale całkiem dobrze komponuje się z pałacem, którego fasada naprawdę wywiera wrażenie. Trafiliśmy też na zmianę warty pod budynkiem, choć może jest to określenie nieco na wyrost, skoro pałacu normalnie pilnuje tylko jeden wartownik... a i ten wczesnym wieczorem idzie do domu ;). Naprzeciwko pałacu jest fajna knajpka z luksemburskim jedzeniem (kuchnia luksemburska to mix niemieckiej i francuskiej) - i oczywiście z odpowiednimi cenami - Bistrot de la Presse. Gdy skończyliśmy późny obiad i wyszliśmy na zewnątrz, była godzina 18, a wartowników pod pałacem już ani widu ani słychu...
Znów krótki spacer i już doszliśmy do kolejnego zabytku - najstarszej świątyni w stolicy Luksemburga, czyli kościoła św. Michała. Pierwsza świątynia, wtedy jeszcze kaplica zamkowa, została tutaj zbudowana w 987 roku. Była później rozbudowywana i przebudowywana, obecny swój wygląd zawdzięcza pracom renowacyjnym z końca XVII wieku, dlatego też w środku dominują barok i renesans. Kościół jest dużo mniejszy od katedry i nie wywiera takiego wrażenia, ale z historycznego punktu widzenia to obowiązkowe miejsce do odwiedzenia na mapie Luksemburga ;). Gdy oglądaliśmy świątynię, zagadał nas po francusku jakiś starszy pan. Ja odruchowo rzuciłam English?, M. zaś Deutsch? - no i w kraju, gdzie języki urzędowe to luksemburski, francuski i niemiecki, M. trafił lepiej ;). Pan przerzucił się na nie zawsze dla mnie zrozumiały dialekt niemieckiego, zaczął nas oprowadzać po świątyni, zwracając szczególną uwagę na witraże, na których zaznaczono najważniejsze daty w historii budynku. I pilnując, bym koniecznie zrobiła im zdjęcia ;). Pan się mocno rozgadał, rzucając różnymi ciekawostkami, a potem długo się z nami żegnał, gdy trochę niezręcznie było nam uciekać, ale mieliśmy kupione bilety do kolejnej atrakcji, tym razem na konkretną godzinę...
Teraz mieliśmy okazję przespacerować się wzdłuż dawnych fortyfikacji, mając pod sobą z jednej strony całą dzielnicę Grund, a z drugiej Pfaffenthal, czyli tzw. Dolne Miasto. Generalnie pięknych punktów widokowych w Luksemburgu nie brakuje, a meandrująca tutaj rzeczka Alzette sprawia, że krajobraz stolicy naprawdę przyciąga wzrok - moim zdaniem Luksemburg jest jedną z najpiękniej położonych europejskich stolic :). Zabudowania w dole kusiły, ale zwiedzanie ich zostawiliśmy sobie na popołudnie - teraz kierowaliśmy się na wzniesienie zwane Bock. Już w X wieku powstała tutaj twierdza Lucilinburhuc, która dała potem nazwę samemu państwu. Niestety, Traktat Londyński z 1867 roku wymusił na Luksemburgu zniszczenie fortecy - dziś można tu tylko zobaczyć stare szkice i obrazy przedstawiające dawne fortyfikacje. No i kazamaty... ;)
Jeszcze kiedy nie wiedziałam, dokąd lecimy, M. wspomniał, że będzie okazja zwiedzać coś w podziemiach, no i czy wolę z przewodnikiem, czy może bez? Trudne pytanie, nie znając szczegółów... ;) Generalnie nie przepadam za zwiedzaniem z przewodnikiem, wolę na spokojnie oglądać wszystko sama, doczytując informacje z tablic. Tutaj jednak komentarze w internecie były dość zgodne: tablic informacyjnych właściwie nie ma i po prostu chodzi się tak o korytarzami... Słysząc takie komentarze, zdecydowałam się na zwiedzanie z przewodnikiem i szczerze powiedziawszy, też nie byłam szczególnie zadowolona. Wstęp do kazamat kosztuje 11 €, a za trasę z przewodnikiem (tylko w weekendy, 2x dziennie), trwającą ok. godziny, trzeba dopłacić kolejne 9 €. O wyznaczonej godzinie przewodniczka zebrała grupę i zwiedzanie rozpoczęło się w niewielkim pomieszczeniu, gdzie na kilku tablicach rozpisana była historia Luksemburga i fortecy na wzgórzu. Tutaj przewodniczka po prostu skrótowo opowiedziała to, co można by samemu przeczytać, po czym całą grupą przeszliśmy do właściwych kazamat. Może źle trafiliśmy, ale babka mówiła nieskładnym angielskim i tak nudno, takie podstawowe informacje, że bardziej skupiałam się na tym, jak mi zimno, niż na słuchaniu jej ;). Chyba jednak wolałabym zwiedzać to miejsce na spokojnie na własną rękę, ale hej, Luksemburgu, daj tam więcej tablic informacyjnych i wszyscy będą zadowoleni! ;)
Po wyjściu z kazamat postanowiliśmy zejść na dół do dzielnicy Grund. Przy Plateau St. Esprit znajduje się winda łącząca oba poziomy, my tu jednak wybraliśmy spacer nieco okrężną drogą, bo przez okolicę zwaną Clausen. Idąc od tej strony, mijamy zagłębie pełne barów i knajpek, które wczesnym popołudniem dopiero powoli budziły się do życia. Kawałek dalej znaleźliśmy pozostałości XV-wiecznych fortyfikacji z bramą zwaną wieżą Jakuba, gdzie nawet można było wejść na mury miejskie i spojrzeć na miasto z góry. Obok ciągną się dalej mury i wieże, czyli Ravelin du Rham. Choć sama forteca luksemburska została zniszczona w XIX wieku, całkiem sporo dawnych fortyfikacji wciąż można zobaczyć w różnych częściach miasta i nic z tego - poza kazamatami - chyba nie jest biletowane :).
Najważniejszym obiektem w Grund jest Neimënster. To dawne opactwo benedyktynów, zbudowane na początku XVII wieku w miejscu zniszczonego starego klasztoru (Altmünster). Niespełna 200 lat później Francja wymusiła sekularyzację klasztorów, a budynki Neimënster przerobiono na więzienie i baraki. Na przestrzeni lat pełniły one różne funkcje (były tu chociażby sierociniec i szpital), a od 2004 roku - po gruntownej renowacji - w dawnym klasztorze znajduje się centrum kultury. Swoją religijną funkcję wciąż pełni za to klasztorny kościół św. Jana Chrzciciela. Zbudowany tak jak opactwo w XVII wieku nie ma, niestety, oryginalnego wyposażenia, bo to rozkradziono podczas Rewolucji Francuskiej. Lokalną ciekawostką jest jednak drewniana, średniowieczna figura Matki Bożej znajdująca się w kaplicy bocznej - powstała najprawdopodobniej ok. 1400 roku i do dziś przyciąga do kościoła wielu pielgrzymów.
Po samej dzielnicy Grund warto sobie jednak pospacerować ot tak, bez konkretnego celu. To najstarsza, średniowieczna część Luksemburga, choć nie ma co ukrywać, większość budynków jest zdecydowanie nowsza :). Wąskie uliczki i gęsta zabudowa mają jednak swój urok, zwłaszcza że wiele kamieniczek wznosi się tuż nad tworzącą tutaj zakole rzeczką Alzette. Grund jest niewielki, szybko zdaliśmy sobie sprawę, że nieważne, w którą uliczkę skręcimy, już po chwili wychodzimy w znane nam miejsce. Ledwo kończy się zabudowa, a już dochodzimy do zielonych terenów i murów gdzieniegdzie wręcz wtapiających się w skały. M. zakładał, że spędzimy tutaj popołudnie, ale szczerze powiedziawszy, ciężko byłoby tu spacerować godzinami... ;)
Sporo turystów gromadzi się też na mostkach łączących Grund z terenami u podnóża Górnego Miasta. Dominują tu malowniczy Pont du Stierchen tuż koło dawnego opactwa benedyktynów oraz Pont du Grund, z którego mamy już tylko kilka kroków do windy, jeśli zamiast wchodzić wolimy na górę wjechać ;). Nam się na tym drugim mostku poszczęściło, bo pogoda na parę minut postanowiła współpracować i odsłonić trochę błękitnego nieba. Choć na górze mocno wiało, to w okolicy Grund było cicho i spokojnie, a dzięki temu budynki się fajnie odbijały w tafli wody - brzegi Alzette i mosty nad nią zapewniają naprawdę fajne kadry do zdjęć :).
Czas wejść z powrotem na górę - winda może i jest wygodnym rozwiązaniem, ale w chłodny dzień podejście do Ville-Haute zapewnia odpowiednią rozgrzewkę ;). A przy okazji jest gwarancją pięknych widoków. Ścieżka biegnąca górą wzdłuż rzeki nosi nazwę Corniche i jest nazywana najpiękniejszym balkonem Europy, jeśli wierzyć folderowi, który otrzymaliśmy w informacji turystycznej. Trochę żałowałam, że słońce nie chciało dłużej współpracować, bo te wszystkie jesienne kolory muszą w słońcu wyglądać naprawdę magicznie. Dla mnie Luksemburg ma swój urok nawet przy takiej listopadowej pogodzie... :)
A skoro dotarliśmy już z  powrotem na górę, mogliśmy odbić do miejsca zdecydowanie mniej zabytkowego, ale wciąż przyciągającego trochę turystów. Mowa o Cité judiciaire, swoistym miasteczku sądowym, gdzie skupiły się budynki sądowe i prawnicze. Są tu tylko sądy luksemburskie, choć miasto jest też siedzibą różnych instytucji unijnych. Trybunał Sprawiedliwości UE, Europejski Trybunał Obrachunkowy czy Prokuratura Europejska mają swoją siedzibę w dzielnicy Kirchberg, tam jednak się nie wybieraliśmy - wystarczyło mi oglądanie takich nowoczesnych budynków unijnych w Brukseli ;). A samo Cité judiciaire nie jest szczególnym must-see w Luksemburgu, choć to kolejny piękny punkt widokowy. Budynki sądowe są proste i eleganckie, ale nic wybitnego z architektonicznego punktu widzenia.
Jak teraz sobie o tym myślę, że aż tak daleko do Kirchbergu nie mieliśmy, bo w poniedziałek wybraliśmy się zwiedzać drugą część Dolnego Miasta, czyli Pfaffenthal. Stamtąd można by się przejść przez fort Obergrünewald prosto do Kirchbergu, gdzie poza instytucjami unijnymi znajduje się również ciekawy budynek filharmonii, ale... Czytam o tym dopiero teraz ;). Jak wspomniałam, o zwiedzaniu Luksemburga nie wiedziałam nic, bo to nie było moje planowanie, a folder z informacji turystycznej właściwie o tej dzielnicy nie wspominał. M. pokazał mi w Google Maps kawałek fortyfikacji, które wyglądały dość podobnie do tych zwiedzanych w sobotę, więc uznałam, że nie ma co tam iść - lepiej się przespacerować wzdłuż rzeki, zaglądając w więcej zakamarków z Pfaffenthal i Grund. Może nie była to najlepsza decyzja, bo potem się okazało, że czasu starczyłoby na wszystko, ale nie chciało się już potem wracać... ;) No cóż, trudno się mówi i żyje - a raczej zwiedza - się dalej. Podeszliśmy więc pod elegancki budynek Fondation J.P. Pescatore, a tuż obok była kolejna winda.
Winda panoramiczna w Pfaffenthal to atrakcja turystyczna sama w sobie. Z góry rozciąga się piękny widok na tę część dolnego miasta, do którego można potem zjechać, cały czas oglądając widoki. Tuż po wyjściu z windy poszliśmy prosto Rue du Pont, trafiając na rumuńską cerkiew Odrodzenia Pańskiego, gdzie niestety trwało właśnie nabożeństwo, więc tylko zerknęłam do środka przez uchylone drzwi. A potem wyruszyliśmy na spacer wzdłuż rzeki, zaglądając w różne zakamarki - tu też pełno zabytkowych budynków, resztek fortyfikacji, a do tego mnóstwo zieleni, choć może już nie takiej zielonej pod koniec października :). 
Teoretycznie była to moja druga wizyta w Luksemburgu, ale tę pierwszą ciężko tak naprawdę nazwać turystyczną, bo ze znajomymi z Erasmusa ogarnęliśmy 3 stolice w 24 godziny (Brukselę, Luksemburg i Amsterdam), trudno jednak mówić o zwiedzaniu w takich okolicznościach ;). No i było to już ładnych kilkanaście lat temu, więc M. uznał, że będzie to dobry kierunek na mój wypad urodzinowy. Mi samej jakoś Luksemburg nawet nie chodził po głowie, mimo że te kilkanaście lat temu uznałam, że pierwsze wrażenie jest pozytywne i bardzo chciałabym tu wrócić. Za drugim razem też mi się podobało, ale chwilowo potrzeby kolejnego powrotu nie odczuwam ;). Nie da się ukryć, że trochę nas ten wyjazd kosztował, zobaczyliśmy niemal wszystko, co by mnie tu ciekawiło, a jednak w Europie i poza nią jest tyle innych pięknych miejsc czekających na odkrycie... Kto wie, może jeszcze kiedyś do Luksemburga zawitamy, ale póki co taki weekend urodzinowy w zupełności mi wystarczył ;).

Prześlij komentarz

0 Komentarze