Od czego zacząć zwiedzanie miasta, w którym przyjdzie mi mieszkać zapewne przez co najmniej kilka najbliższych lat? Pośpiechu nie ma, nie muszę być turystką, która chce zobaczyć jak najwięcej w jeden weekend. Wręcz przeciwnie, mogę sobie na spokojnie odkrywać poszczególne zakątki, wierząc, że czasu będę miała aż nadto. Kiedy skończyłam meblowanie i sprzątanie mieszkania, zaczęłam się zastanawiać, gdzie by tu wyskoczyć w weekend. Siedzenie w domu odpadało przez zbyt ładną pogodę i brak internetu ;). Wszelakie muzea mogę zwiedzać spokojnie, gdy pogoda się zepsuje, a sezon turystyczny zakończy – ewentualnie, gdy będę miała gości ;). A teraz, korzystając z pięknej pogody, po prostu poszłam do zoo.
Do Brna jechałam tak nieprzygotowana jak nigdy wcześniej. Bilety kupiłam dość tanio, jeszcze mieszkając w Szwecji, wtedy też zarezerwowałam hotel… i to by było na tyle. Przeprowadzka do Wiednia pochłonęła mnie bez reszty, skupiłam się na szukaniu mieszkania, potem meblowaniu go, doprowadzeniu do używalności, załatwieniu wszystkich formalności… I nagle się okazało, że już teraz wyjeżdżam. Nie miałam pojęcia, co tam mogę robić (poza jedzeniem smażonego sera i piciem czeskiego piwa ;) ) ani co zwiedzać. Dzień przed wyjazdem kolega z pracy rzucił, że był w Brnie w podziemiach i mu się podobało, więc cóż, na pierwszy ogień poszły podziemia ;).
Kilka dni temu przywędrowało do mnie szesnaście kartonów z moimi rzeczami ze Szwecji. Wśród nich znalazły się też moje prezenty pożegnalne ze Szwecją, które - naturalnie - kupiłam sama sobie. Bo w końcu kto wie lepiej niż ja sama, co lubię? ;) Jest wśród nich ilustrowana wersja trzeciej części Harry'ego Pottera oraz trochę szwedzkich słodyczy. Szwedzi spożywają tyle cukru, co mało który naród, a w słodyczach się naprawdę wyspecjalizowali. I dziś Wam trochę o szwedzkich słodyczach opowiem. Z góry uprzedzam, omijam tu słynną już lukrecję - ten smak w ogóle mi nie podchodzi i jej fenomenu w krajach skandynawskich kompletnie nie rozumiem. ;)
Kiedy objechaliśmy już całe Golden Circle, a wciąż zostało nam trochę czasu do przejażdżki na koniach islandzkich, przewodniczka zapowiedziała, że ma dla nas niespodziankę. Jedna z młodszych koleżanek zaczęła się ekscytować, że to pewnie coś związanego z dniem kobiet (był 8 marca), ale szybko ją zgasiliśmy - to byłoby w bardzo nieskandynawskim stylu ;). Autokar zatrzymuje się przy górującym nad okolicą białym kościółku, przewodniczka pokazuje nam jeszcze w oddali słynny wulkan Eyjafjallajökull, po czym gestem zapraszam nas do wnętrza świątyni.
Właśnie zdałam sobie sprawę, że już miesiąc mieszkam w Austrii. Zleciało mi to tak niesamowicie szybko i właściwie sama nie wiem, kiedy. Wszystko się układa póki co po mojej myśli (mam nadzieję, że nie zapeszę ;) ), łatwo i gładko, a ja nie mam nawet poczucia jakiejś wielkiej zmiany w życiu. Tyle razy zmieniałam mieszkanie w Warszawie i Sztokholmie, tyle razy przeskakiwałam z działu do działu w pracy, że właściwie teraz nie widzę różnicy. Ot, po prostu znów zmieniłam mieszkanie i departament w firmie. A że przy okazji się zmienił kraj, język otoczenia, kultura i ludzie, to właściwie taki szczegół, na który nawet nieszczególnie zwracam uwagę. Kiedy czekałam na boarding samolotu ze Sztokholmu, koleżanka zapytała, czy już do mnie dociera, że się przeprowadzam? - wcześniej w ogóle o tym nie myślałam. Ale minął już miesiąc, a ja dalej nie mam poczucia, że nastąpiła jakaś wielka zmiana. Jest to tak kompletnie inne uczucie w porównaniu do tego, które towarzyszyło mi po przeprowadzce do Szwecji... Wiadomo, pierwszy wyjazd jest zawsze najtrudniejszy, a potem, gdy szlaki są już przetarte, idzie z górki ;). Naprawdę się spodziewałam, że nie będzie łatwo zacząć od nowa, a tymczasem... zaczęłam sobie porównywać moje początki w Austrii do tych w Szwecji i nie da się ukryć - jest łatwiej, jest lepiej... jest dobrze :).