Advertisement

Main Ad

Przedświąteczny Kufstein

Kufstein - to tyrolskie miasteczko podobało mi się, jeszcze zanim je odwiedziłam, wystarczyło mi popatrzeć na zdjęcia. Moja pierwsza wizyta w Kufstein nie była jednak stuprocentowo udana: pociąg się opóźnił, pogoda niezbyt dopisała, a ja na dodatek musiałam zwiedzać z całym bagażem, który szybko zaczął mi ciążyć. Mimo to uznałam, że miasteczko ma swój klimat, jest pięknie położone, a do tego stare miasto - choć niewielkie - jest niewątpliwie bardzo urocze :). Dlatego stwierdziłam, że fajnie byłoby tu wrócić w okresie okołoświątecznym, zwłaszcza że i tak przyjechaliśmy na jarmarki bożonarodzeniowe do pobliskiego Innsbrucka. A Kufstein kusił swoim własnym jarmarkiem, położonym na terenie najważniejszego zabytku miasta, czyli twierdzy na wzgórzu... Zatem pojechaliśmy! :)
W niedzielne popołudnie bez problemu zaparkowaliśmy w jednej z bocznych uliczek, gdzie parking w niedziele był darmowy. Chcąc nie chcąc byliśmy ograniczeni tylko do tego dnia, bo jarmark w Kufstein odbywał się tylko w weekendy - nie było przedłużenia nawet na wypadający w poniedziałek 8 grudnia dzień Niepokalanego Poczęcia, który w Austrii jest dniem wolnym od pracy, w który wiele weekendowych jarmarków normalnie działa, traktując go jako przedłużenie weekendu. Pospacerowaliśmy sobie po miasteczku, żeby zobaczyć je za dnia (M. nigdy wcześniej tam nie był), a gdy zaczęło się ściemniać, ruszyliśmy do twierdzy. W zimie forteca otwarta jest w godzinach 10-17 (ostatnie wejście o 16), a wstęp kosztuje 13,50 €. Nas zwiedzanie nie interesowało (szczególnie, że ja już zwiedzałam kiedyś tę fortecę i szału nie było ;) ), chcieliśmy odwiedzić jarmark. Zatem po 16 bez problemu kupiliśmy tańsze bilety jarmarkowe, za 6,50 €, i przy okazji zajrzeliśmy jeszcze na jedną wciąż otwartą wystawę zamkową. Oczywiście, po odstaniu swojego w kolejce, żeby wjechać na wzgórze - wagonik pomieści chyba tylko z 10 osób, a chętnych było dużo więcej. A my i tak przyszliśmy dość wcześnie, gdy ludzi nie było za wiele, kolejka za nami ciągnęła się już poza wyjście z budynku z kasami...
Na górze pierwsze, co zobaczyliśmy, to spory plakat, że jarmarki w Kufstein są dwa - poza tym w twierdzy jest jeszcze drugi w parku miejskim (Stadtpark). Sprawdziłam w Google Maps, że park jest niemalże w centrum i uznałam, że można tam później zajrzeć - jarmarków świątecznych nigdy dość ;). Najpierw jednak trzeba było pospacerować po wzgórzu zamkowym, bo twierdza z zewnątrz nie dość, że fajnie się prezentuje, to jeszcze zapewnia ładne widoki na Kufstein i okolice. Z murów można było też zobaczyć, gdzie znajduje się sam jarmark - bez zaskoczenia urządzono go na terenie tzw. Festungarena, otoczonego murami dużego dziedzińca, gdzie latem organizuje się koncerty i festiwale... a zimą jarmark, jak się okazuje ;). 
Zgubić się tu nie dało. Po pierwsze, umiejscowiono w różnych miejscach liczne strzałki z napisem Eingang Weihnachtszauber, a po drugie, wystarczyło po prostu podążać za tłumem :). A ten szybko gęstniał - jeszcze po tej 16 było dość spokojnie, ale z każdą kolejną minutą ludzi przybywało. Jarmark odbywał się tylko do godziny 19, więc tego czasu po zmroku dużo nie było, ale zadbano, by nie zabrakło atrakcji w stylu kolęd czy orkiestry. Choć wstęp na jarmark był płatny, to ceny na miejscu już całkiem przystępne - mam odnotowane, że za dwa napoje (M. jako kierowca pił punsch bezalkoholowy, ja - grzane wino) zapłaciłam 7 €... w Wiedniu dałabym tu na pewno z dychę ;). 
Jednak jarmark w Kufstein to nie tylko arena z budkami gastronomicznymi - to także otaczające ją kazamaty, w których umiejscowiły się stragany z rękodziełem. Przed wejściem stał ochroniarz pilnujący, by do środka nie wchodziło za dużo ludzi naraz, co było bardzo dobrym pomysłem, bo chyba nikt nie lubi tłoku na jarmarkach... Ciepłe ubrania, różnorodne (niekoniecznie świąteczne) dekoracje, przysmaki kuchni tyrolskiej, biżuteria, różne duperele do domu - ot, standardowe jarmarkowe drobiazgi wystawione pod ceglanym sklepieniem twierdzy :). Na zakończenie trasy była też strefa dla dzieci, gdzie mogły pobawić się w tworzenie własnego rękodzieła pod okiem świątecznych aniołów.
Osobiście bardzo lubię takie jarmarki urządzone w nietypowych miejscach - nawet przeżyję ten płatny wstęp, bo przynajmniej dzięki niemu tłumy są nieco mniejsze ;). Otoczenie twierdzy i widoki z murów zamkowych tworzą wyjątkową atmosferę, dopełniając radość ze słuchania świątecznych utworów i ogrzewania rąk o parujący kubeczek z winem (a kubeczki Kufstein miało całkiem ładne, bodajże za 4 € kaucji, jeśli dobrze pamiętam). Jarmark na zamku to też dostęp do czystych i darmowych toalet w ogrzewanym pomieszczeniu - prosta, ale jakże ważna rzecz ;). Posiedzieliśmy tutaj (na jarmarku, a nie w toaletach, znaczy się) z półtorej godziny, zanim stwierdziłam, że można by już zejść na dół i zobaczyć jeszcze, co zorganizowano w Stadtparku...
Najpierw jednak chciałam jeszcze pospacerować po centrum Kufstein wieczorową porą, zobaczyć dekoracje i światełka świąteczne. Głównym celem spaceru była słynna uliczka Römerhofgasse - bajkowe stare miasto w pigułce. Bardzo małej pigułce, bo uliczka jest króciutka, ale jej zabudowa i łuki między budynkami robią swoje, szczególnie gdy doda się tu świąteczne oświetlenie. Ku mojemu zaskoczeniu, było tu dość pusto - chyba wszyscy odwiedzający skupili się jednak na jarmarkach świątecznych ;).
Jednak świątecznych dekoracji nie zabrakło i w innych miejscach - najładniej oświetlony był zdecydowanie ratusz miejski, ale własne mappingi miały też sąsiedni Volksbank czy budynek Sparkasse. Na głównym placu (Oberer Stadtplatz) stanęła choinka, drugą wypatrzyłam nad rzeką, obok ogromnych światełkowych gwiazd i szopki bożonarodzeniowej. Oczywiście sporo dekoracji można było znaleźć też nad ulicami oraz na drzewach w centralnych miejscach miasteczka. Muszę przyznać, że tak całościowo Kufstein zostało bardzo fajnie przystrojone na święta :).
A spacer po przedświątecznym Kufstein zakończyliśmy - zgodnie z planem - na jarmarku bożonarodzeniowym w parku miejskim. Tutaj już wstęp był darmowy, więc i tłumy duuużo większe. Jarmark funkcjonował od 21 listopada do 21 grudnia, wystawiono tu 30 stoisk, ale znalazły się też atrakcje dla dzieci w stylu karuzeli. No i oczywiście ogromna scena, z której niosły się świąteczne przeboje :). Ceny były zbliżone do tych zamkowych, kubeczki też takie same - wypiliśmy po grzańcu, ale stwierdziliśmy, że takich tłumów nie lubimy, atmosfera w twierdzy podobała nam się bardziej. Fajnie było jednak zajrzeć i tutaj, bo Kufstein to zdecydowanie bardzo lokalny jarmark, właściwie rzadko kiedy słyszało się inny język od niemieckiego.

Prześlij komentarz

0 Komentarze