Coraz trudniej wymyślać kierunki na jednodniowe wycieczki z Wiednia w miejsca, gdzie się jeszcze nie było... Ale nie jest to niemożliwe ;). I tak M. odkrył jeziorko Erlaufsee położone na granicy Dolnej Austrii i Styrii, trochę ponad dwie godziny jazdy od Wiednia. To okolice szczytu Ötscher, więc można bez problemu połączyć te dwa miejsca podczas jednej wycieczki, ale my chwilowo nie planowaliśmy wracać na Ötschera. Za to z przyjemnością skorzystaliśmy z uroków wiosny i zdecydowaliśmy się na spacer wokół jeziora... A ja już w głowie układałam plan, gdzie zatrzymamy się w drodze powrotnej ;).
Na wschodnim brzegu Erlaufsee znajduje się całkiem spory płatny parking, jednak w kwietniu był on zamknięty i wszyscy parkowali po prostu wzdłuż drogi przy plaży. My też się tu zatrzymaliśmy i podeszliśmy na zadbaną, żwirową plażę. Było jeszcze za chłodno na kąpiele, ale całkiem sporo osób przyszło tu, by nacieszyć się słońcem. Przy kąpielisku znajdziemy toalety i przebieralnie, a jeśli traficie tu w sezonie, czynna będzie też wypożyczalnia łódek czy rowerów wodnych, a także zjeżdżalnia dla dzieci. Woda - jak to w górskich jeziorach - jest niesamowicie czysta i przejrzysta, a w słoneczny dzień wyraźnie było widać, gdzie zaczyna się większa głębokość.
Erlaufsee to nie jest duże jezioro - liczy sobie ok. 1,5 km długości, a biegnący dookoła niego szlak ma zaledwie ok. 5 km. W najgłębszym miejscu Erlaufsee sięga 38 m i jest to dość popularne miejsce wśród nurków. No właśnie, bo w przeciwieństwie do wielu innych alpejskich jezior w Erlaufsee można nurkować, naturalnie tylko z pozwoleniem. My się ograniczyliśmy do rundki wokół jeziora ;). Przy jego południowym brzegu można iść ulicą przy samym jeziorze (co wybraliśmy, bo ruch na drodze był niewielki) albo ścieżką przez las, choć tu będzie nieco mniej widoków. Potem trasa odbija trochę od jeziora i idzie się wzdłuż pastwisk i zabudowań, by zamknąć koło spacerem przy brzegu. Owszem, nie był to bardzo długi spacer, więc o ile nie planujecie się w Erlaufsee kąpać czy długo opalać na brzegu, to wycieczkę tutaj dobrze połączyć z innym miejscem. Może to być wspomniany już Ötscher, a może na przykład położone na trasie z Wiednia do Erlaufsee Lilienfeld...
Lilienfeld chodziło mi po głowie w czasach, gdy jeszcze miałam Kartę Dolnej Austrii (NÖ-Card), której po kilku latach użytkowania w końcu zdecydowałam się nie przedłużać. W ramach karty miało się bilet na kolejkę krzesełkową na Muckenkogel oraz wstęp do miejscowego klasztoru cystersów. Wtedy jakoś nigdy z tej opcji nie skorzystaliśmy, ale skoro teraz przejeżdżaliśmy przez Lilienfeld, postanowiłam zatrzymać się na wizytę w klasztorze. Tuż obok znajduje się darmowy parking - niezbyt duży, ale poza sezonem miejsc było sporo - więc zatrzymaliśmy się tutaj, rzuciliśmy okiem na mapkę terenów klasztornych, po czym skierowaliśmy się do położonych tuż przy wejściu do bazyliki kas. Część budynków była w remoncie i otoczona rusztowaniami, więc pierwsze wrażenie nie było zbyt dużym zachwytem ;).
Klasztor cystersów - Stift Lilienfeld - został założony na początku XIII wieku przez Leopolda VI Sławnego i podlegał opactwu w Heiligenkreuz. Średniowieczne zabudowania nabrały barokowego kształtu w XVII i XVIII wieku... i długo się nimi nie nacieszyły. Lilienfeld, jak wiele innych klasztorów w cesarstwie, został zamknięty decyzją Józefa II i choć jego następca, Leopold II, zezwolił na przywrócenie działalności cystersom, to w 1810 roku sporą część budynków klasztornych strawił pożar. Lilienfeld jednak odbudowano i po dziś dzień należy do cystersów, a co więcej, można je zwiedzać. Podstawowy bilet - ten, który ma się też w ramach NÖ-Card - kosztuje 6,50€, my też kupiliśmy ten, bo to jedyny sposób na zwiedzanie bez przewodnika. Zwiedzać z przewodnikiem można codziennie o 14, do tego w niedziele i święta jest dodatkowa trasa o 11:15, a w sezonie (kwiecień - październik) w pozostałe dni tygodnia także o 10. Taki bilet kosztuje już 14€, ale obejmuje pomieszczenia, których na własną rękę nie zobaczymy, w tym bibliotekę, której najbardziej mi tu żal.
My i tak dotarliśmy tu za późno, by załapać się na trasę z przewodnikiem, więc został nam podstawowy bilet, a w jego ramach główną atrakcją były krużganki i witraże. Byliśmy tu jedynymi turystami, więc mogliśmy na spokojnie obejść całość, choć szczerze powiedziawszy tak dużo do obejścia nie było ;). Co wyjątkowe, w tej części zachowało się kilka witraży sięgających XIII-XIV wieku, co zawsze uwielbiam oglądać. Z krużganków można też zajrzeć do średniowiecznego kapitularza (zbudowanego najprawdopodobniej jeszcze przed 1230 rokiem) z charakterystycznym sklepieniem oraz okrągłą rozetą za ołtarzem. Inną dostępną w ramach biletu częścią klasztoru był niewielki ogród, choć tu raczej nic specjalnego się nie zobaczy ;).
Zwiedzanie klasztoru zakończyliśmy przy neogotyckiej fontannie, gdzie większe wrażenie od samej fontanny wywierają piękne, kolorowe witraże dookoła pomieszczenia. Generalnie jednak na całość biletowaną - o ile nie wykupi się wycieczki z przewodnikiem - poświęci się może z 15 minut, więc nie jest to szczególnie duży obszar. Może parę minut więcej, jak zechce się poczytać informacje na wystawie poświęconej ostatnim papieżom, wciąż jednak jest to niewielka część klasztoru, którą udostępniono odwiedzającym.
No dobra, klasztor, a co z kościołem? Przecież to zazwyczaj najbardziej reprezentacyjna część klasztoru... W Lilienfeld bazylika na szczęście nie jest atrakcją biletowaną i można wejść do środka, choć podczas naszej wizyty okolice prezbiterium były ogrodzone i niedostępne. Jeśli chodzi o samą architekturę, to Stiftskirche reprezentuje XIII-wieczny gotyk inspirowany ówczesnymi budowlami cystersów we Francji. Wnętrza to z kolei barok, efekt XVIII-wiecznej renowacji.
Najważniejszym obiektem w bazylice jest bez wątpienia grobowiec Leopolda VI, fundatora klasztoru. Warto jednak zwrócić uwagę na liczne barokowe dekoracje, w tym XVIII-wieczne ograny, ciekawą ambonę i - jakby do kompletu - mniejsze organy po drugiej stronie ołtarza. Nie jest to może najpiękniejszy kościół, jaki można zobaczyć w Austrii, ale jest niewątpliwie jednym z najważniejszych gotyckich zabytków w kraju. Zatem zajrzeć tu było trzeba :). Przez to, że nie załapaliśmy się na zwiedzanie z przewodnikiem, nie spędziliśmy w Lilienfeld za dużo czasu, ale cieszę się, że wreszcie udało się tu zawitać.


0 Komentarze