W końcu pogoda pozwoliła na odkrywanie centralnej i północnej części Gran Canarii! Zaczęliśmy od stolicy, a następnego dnia - w piątek - planowaliśmy środek wyspy, ale jakoś zaczęłam przeglądać godziny otwarcia różnych atrakcji i wyszło na to, że:
- na Roque Nublo dobrze kupić bilet z wyprzedzeniem, więc już w piątek tam nie damy rady,
- destylarnia Arehucas jest nieczynna w weekendy, więc jeśli chcemy odwiedzić Arucas, to lepiej jednak w piątek.
I wyszło na to, że pozmienialiśmy kolejność zwiedzania, ruszając w piątkowy poranek na północ. Przystanek pierwszy: Arucas.
Arucas to jak na Gran Canarię całkiem spore miasto - liczy sobie prawie 40 tys. mieszkańców. Choć jego historia sięga XV wieku, kiedy to Hiszpanie wznieśli miasto w miejscu dawnej kanaryjskiej osady, to większość budowli w centrum starego miasta pochodzi z XVIII, XIX i początku XX wieku. To wtedy Arucas rozwijało się w szybkim tempie, głównie dzięki okolicznym uprawom trzciny cukrowej. Sama nazwa miasteczka pochodzi z języka Guanczów, czyli pierwszych mieszkańców Kanarów, ale z tego, co czytam, nie zachowało się wyjaśnienie, co dokładnie ona oznacza...
Pospacerowaliśmy po kolorowym centrum, zaglądając w różne zakamarki i zaopatrując się w pamiątki w sieciówce Kactus, poleconej przez Agnieszkę :). Ale szybko skierowaliśmy się do najważniejszego miejsca w centrum starówki, czyli zabytkowego kościoła św. Jana Chrzciciela. Budowa tej potężnej neogotyckiej świątyni wystartowała w 1917 roku i trwała prawie siedemdziesiąt lat. Wstęp do kościoła jest płatny, ale dość przystępny cenowo, bo kosztuje 5 € (z drugiej strony, biorąc pod uwagę, że nie jest to szczególnie zabytkowa świątynia, można też uznać cenę za nieco wygórowaną ;) ). Swoją drogą, choć jedyna katedra na Gran Canarii to ta w Las Palmas, ze względu na swoje rozmiary kościół Jana Chrzciciela jest często nazywany katedrą w Arucas.
Za projekt kościoła odpowiadał hiszpański architekt Manuel Vega y March, a przy budowie pracowali lokalni rzemieślnicy i artyści. Kościół jest przestronny i piętrowy, a na wyższy poziom można wejść, co jest zawsze dodatkową ciekawostką przy zwiedzaniu :). W środku na pewno warto zwrócić uwagę na piękne, kolorowe witraże, kamienną chrzcielnicę jeszcze z poprzedniego kościoła oraz figurę zmarłego Chrystusa. Oczywiście katedrę Arucas trzeba obejrzeć nie tylko wewnątrz, ale i od zewnątrz bo nie wiem, czy ta dominująca nad miastem budowla nie wywiera z zewnątrz jeszcze większego wrażenia :).
Drugim miejscem, które chcieliśmy odwiedzić w Arucas było Arehucas, czyli lokalna destylarnia rumu. Jeśli chodzi o alkohol, to Kanary kojarzą mi się właśnie z rumem, a najbardziej z przepysznym miodowym ron miel. Tak, przywieźliśmy go sobie stąd na pamiątkę ;). Jak już wspomniałam na początku tego wpisu, Arehucas można zwiedzać tylko w dni robocze, no i wyłącznie z przewodnikiem. Nie trzeba robić rezerwacji, wystarczy podejść do kasy i kupić bilety na najbliższą trasę - odbywają się one dość często. W marcu płaciliśmy 9 € / osobę, teraz widzę, że cena podskoczyła do 10 €. Zwiedzanie trwa ok. godziny i na miejscu posłuchamy o historii destylarni, obejrzymy beczki podpisane przez sławnych gości czy przyjrzymy się procesowi produkcji rumu.
Nasza wizyta w destylarni nie obyła się bez przygód, bo nagle rozbrzmiał alarm przeciwpożarowy i wszyscy musieliśmy ewakuować się na plac przed budynkiem. Na szczęście okazało się, że nic poważnego się nie dzieje i mogliśmy kontynuować zwiedzanie :). Trasa zakończyła się degustacją, gdzie każdy mógł spróbować czterech z kilkunastu dostępnych produktów Arehucas. Jako że byliśmy we dwoje, przetestowaliśmy osiem różnych rzeczy i już wiedzieliśmy, co bierzemy na pamiątkę ;). Choć jak potem porównywaliśmy ceny, to te z destylarni nie odbiegają za bardzo od tych z dużych sklepów na wyspie, więc niekoniecznie sklep w Arehucas musi być tym miejscem wybranym na zakupy rumu. Co jeszcze warto pamiętać, kupując taką pamiątkę - Kanary, choć należą do Hiszpanii, mają swoją własną strefę podatkową, więc wracając stamtąd, mamy te same ograniczenia przywozu różnych produktów jak spoza Unii. Czyli w przypadku rumu jest to 1 litr na osobę.
Z Arucas odbiliśmy nieco na południowy zachód, do oddalonego o jakieś 10 km i 20 min jazdy po licznych serpentynach miasteczka Firgas. Nie planowaliśmy spędzać tu dużo czasu, ale znalezione w internecie zdjęcia uroczej starówki sprawiły, że chciałam się tu zatrzymać na krótki spacer. Już sama droga do Firgas jest bardzo ciekawa, bo jedzie się wśród licznych wąwozów, a miasteczko położone jest na wysokości ponad 450 m n.p.m., więc mamy stąd ładne widoki na okolicę. Centrum Firgas stanowi plac św. Rocha z kościołem i zabytkowym urzędem miasta.
Kościół św. Rocha zbudowano w połowie XIX wieku w miejscu wcześniejszego, XVII-wiecznego kościółka. To trójnawowa świątynia o dość prostym wystroju i typowej kanaryjskiej fasadzie - mimo wszystko i tak musiałam wejść, widząc zabytkowy kościół (i to z darmowym wstępem! ;) ). Podobno najbardziej warto tu zwrócić uwagę na rzeźby i witraże, ale nie robią one takiego wrażenia jak te widziane wcześniej w Arucas. Do świątyni można zajrzeć na kilka minut, będąc w Firgas, ale nie powiem, żeby było to lokalne must-see.
Co w takim razie, jeśli nie zabytkowe budowle, jest takim obowiązkowym miejscem do zobaczenia w Firgas? Cóż... schody ;). To właśnie kolorowe schody na starym mieście w Firgas oglądane w internecie sprawiły, że koniecznie chciałam odwiedzić to miasteczko. Idąc do góry wzdłuż Paseo de Canarias, możemy przyjrzeć się wszystkim Wyspom Kanaryjskim. Są tu mapki odzwierciedlające ich topografię, herby, najważniejsze informacje i widoki. Na szczęście w marcu nie było tu tłumów, choć zrobić zdjęcie uliczce ze schodami całkowicie bez ludzi okazało się jednak niewykonalne ;).
A jeśli zamiast w górę przy fontannie z napisem Firgas zdecydujecie się odbić w dół, traficie na Paseo de Gran Canaria. Tutaj schody biegną wzdłuż spływającej z fontanny wody, a główne dekoracje znajdziemy przy ciągnącej się wzdłuż schodów ścianie. Ta część schodów poświęcona jest już tylko jednej wyspie, czyli samej Gran Canarii - można tu obejrzeć pięknie zdobione ławeczki, z których każda przedstawia inne miasto / miasteczko na wyspie; nad ławeczkami znajdziemy ich nazwy i herby. Dla mnie ta część była jeszcze ładniejsza niż Paseo de Canarias, a chyba mniej popularna, bo tu właściwie nie kręcili się w ogóle turyści.
Jako że wciąż nie mieliśmy dość serpentyn na trasie i zielonych wąwozów, znów ruszyliśmy w drogę. Tym razem na spotkanie historii dawniejszej. Cenobio de Valerón znajduje się kawałek od głównej drogi, a żeby dojechać tutaj, nie można się bać serpentyn ;). Miejsc parkingowych przy wejściu jest niewiele, ale w marcu nie mieliśmy problemu z zatrzymaniem się, nawet jeśli część z nich blokował autokar. Niestety, mieliśmy pecha do jakiejś wycieczki szkolnej z grupą rozwrzeszczanych i znudzonych nastolatków, którzy wszędzie się przepychali, by robić zdjęcia w miejscach, które najwidoczniej ich w ogóle nie interesowały... Zapłaciliśmy po 3 € za wstęp i stanęliśmy z boku, czekając aż ten tłum sobie pójdzie. Potem ciche i opustoszałe Cenobio de Valerón okazało się ciekawym i wartym odwiedzenia miejscem :).
Cenobio de Valerón to jedno z najciekawszych stanowisk archeologicznych na Gran Canarii, choć różnych jaskiń na wyspie znajdziemy całkiem sporo. Te tutaj pełniły funkcję spichlerza dla miejscowej ludności jeszcze w czasach przed hiszpańską kolonizacją - w plastycznej wulkanicznej skale wycięto ponad 300 otworów, w których przechowywano żywność. Cenobio de Valerón nie jest może tak popularne jak wpisane na listę UNESCO Risco Caído, ale dla mnie stanowiło fascynującą ciekawostkę, zdecydowanie wartą zatrzymania się po drodze - czy też nawet specjalnego podjechania tutaj ;). Nie spędzi się tu za dużo czasu, bo do samych otworów naturalnie wejść nie można, utworzono jednak dwie platformy, z który można przyjrzeć się temu miejscu z bliska. Ciekawostką jest też udostępniona odwiedzającym odtworzona jaskinia mieszkalna z czasów przed podbojem hiszpańskim. Naprawdę warto zwiedzać Gran Canarię także śladem jej dawnych mieszkańców, nie tylko pod kątem plażowania i kolonialnych miasteczek :).

0 Komentarze