Kiedy znalazłam promocję na loty do Wietnamu, oferta była reklamowana zdjęciem charakterystycznych skał wystających z wody. I mi również ten widok jako pierwszy przychodził na myśl, gdy myślałam o Wietnamie, choć nie umiałam powiedzieć, jak nazywa się to miejsce. Nie potrzebowałam jednak długiego researchu, by dowiedzieć się czegoś więcej o zatoce Hạ Long i odkryć, że leży ona na tyle blisko Hanoi, że powinno się udać tam wyskoczyć... ;) Nasza objazdówka po Wietnamie była dość intensywna, więc na Hạ Long mogliśmy poświęcić tylko jeden dzień. Szkoda, bo marzyłby mi się taki nocleg na statku i co najmniej ze dwa dni na miejscu, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. A ja nawet ten jeden dzień tutaj bardzo polubiłam!
Opcji na rejsy po zatoce jest całe mnóstwo, ale my skupiliśmy się na tych, które obejmowały też transport z i do Hanoi, żeby nie kombinować z dojazdami. Zresztą wietnamskie ceny są na tyle przystępne, że taka wycieczka z Real Vietnam Travel Company - z transportem limuzyną i luksusowym rejsem - kosztowała zaledwie 46 € od osoby. Kursywa jest tu nieprzypadkowa, bo limuzyna okazała się zwykłym autokarem, a luksusowy rejs różnił się od standardowego tym, że na lunch oferowany był szwedzki stół zamiast jednego czy dwóch dań do wyboru, no i na środkowym pokładzie znajdowało się małe jacuzzi. No, ale kto im zabroni to wszystko ładnie ponazywać? ;) Nasz rejs odbywał się na pokładzie pięciogwiazdkowego statku Hercules Premium, który jednak na pierwszy rzut oka niewiele różnił się od innych zacumowanych w porcie statków, choć na pewno tańsze i prostsze alternatywy by się znalazły. W cenie wycieczki mieliśmy także wstęp na sam teren zatoki Hạ Long, bo ta jest biletowana i jesienią ubiegłego roku kosztowała 310.000 dongów (44,45 zł).
Zatokę Hạ Long dzieli od Hanoi około 2,5 godz. jazdy, więc ruszaliśmy przed 8, by o w miarę rozsądnej porze być na miejscu - i mieć większość dnia na rejs. Po drodze zatrzymaliśmy się też na krótki postój u lokalnego producenta wyrobów z perłami, gdzie można było dowiedzieć się, jak wyglądają połowy w Wietnamie, ale nie powiem, żeby ktokolwiek był szczególnie zainteresowany zakupami tutaj ;). Koło 11 dotarliśmy do portu, przewodnik zebrał jeszcze osoby, które same dotarły na miejsce i zorganizowaną grupą skierowaliśmy się na statek. Zostaliśmy wcześniej poinformowani, że na teren zatoki nie można brać napojów w plastikowych butelkach, więc zostawiliśmy wodę w autokarze. A potem zorientowaliśmy się, że część osób wcale tego nie przestrzegała i nikt się ich bagażów nie czepiał... Cóż, kupowaliśmy wodę w szklanych butelkach na statku ;). Rozumiem, że chodzi tu o ochronę środowiska - zakaz wprowadzono, bo wiele osób wyrzucało śmieci bezpośrednio do wody, ale przecież takich planów nie mieliśmy, jakby nie patrzeć :P. Na szczęście na statku sprzedawano też różne napoje w ofercie 3 w cenie 2, więc przy wietnamskich cenach nie trzeba było pilnować wydatków... ;)
Myślę, że zamieszczone powyżej zdjęcia są już wystarczającą odpowiedzią na pytanie, skąd w ogóle taka popularność zatoki Hạ Long. Jest to naprawdę niesamowite i przepiękne miejsce, do tego dość spore, bo liczące sobie 1.553 km2 i obejmujące prawie 2.000 wapiennych wysepek. Jak to opowiadał jeden z członków załogi statku: od zawsze wierzyliśmy, że te skały pochodzą od smoków, a potem przyszli naukowcy i geolodzy, co mają jakieś teorie o wapieniach i płytach tektonicznych... Tak, zdecydowanie wersja ze smokami jest dużo ciekawsza, szczególnie, że sama nazwa zatoki - Hạ Long - oznacza właśnie Zstępującego Smoka. Centralna część zatoki, obejmująca niespełna 66.000 ha, została w 1994 roku wpisana na listę UNESCO i kompletnie mnie to nie dziwi - takie światowe dziedzictwo zdecydowanie trzeba chronić :).
Pierwszym przystankiem podczas rejsu była wyspa Ti Top, gdzie zatrzymaliśmy się na niecałą godzinę. Znajduje się tu piaszczysta plaża, więc chętni mogli się poopalać lub kąpać w zatoce - ja wybrałam właśnie taką opcję odpoczynku ze świeżym kokosem w dłoni. Za to M. najpierw wyruszył po schodach do góry, w ogroooomnym tłumie turystów, by spojrzeć na zatokę ze szczytu wzgórza widokowego. Ja mu nie towarzyszyłam, stan zapalny w stopie zdecydowanie kazał mi unikać dodatkowych schodów. Zresztą M. potem stwierdził, że widoki owszem, ładne, ale ludzi tyle, że czasami robiły się zatory i kolejki na schodach. Niezbyt fajna rzecz, gdy człowiek ma mało czasu, a chciałby jeszcze zanurzyć się w wodzie... Gdy przyszedł czas powrotu na statek, minęliśmy pomnik radzieckiego astronauty Giermana Titowa, który w 1962 roku odwiedził tę wyspę, którą nazwano na jego cześć (Ti Top, Titov, same same).
Trochę popływaliśmy, po czym przyszedł czas na kolejny przystanek i kolejną wyspę: Bo Hon, słynącą przede wszystkim ze znajdującej się tu jaskini Sung Sot. Nie byłam pewna, czy dam radę z moją stopą - organizator wycieczki uprzedzał, że mamy tu godzinny postój, do samej jaskini trzeba wejść trochę po schodach, no i w środku też nie jest zbyt równo... Ale pomyślałam sobie, że już więcej chodzenia tego dnia raczej nie będzie, no to dam radę - w końcu uwielbiam jaskinie! Na szczęście nie było tak źle, a i schody nie zdążyły mnie zmęczyć, bo znów, turystów było tyle, że robiły się zatory na schodach i wchodziło się powoli i spokojnie... ;) Przy wejściu i wyjściu z jaskini był najgorszy tłok, bo to takie trochę wąskie gardło tego miejsca, a do tego większość turystów poruszała się - przynajmniej na początku - w zorganizowanych grupach. U nas też jeden z członków załogi był przewodnikiem grupy, który po wejściu do jaskini zgromadził wszystkich i trochę opowiadał - i dokładnie tak samo postępowali ludzie z innych rejsów, więc przy wejściu było najgorzej. Potem jednak grupy się porozchodziły, każdy zwiedzał w swoim tempie, a że Sung Sot jest całkiem spora, można było nawet porobić trochę zdjęć bez tłumów :).
Sama nazwa oznacza Jaskinię Niespodzianki i niektórzy uważają, że tą niespodzianką są właśnie jej rozmiary - z zewnątrz nikt by się nie spodziewał, że jaskinia liczy sobie ok. 10.000 m2 powierzchni i jest jedną z największych w zatoce Hạ Long. Do tego, wbrew oczekiwaniom, ścieżki były równe i wygodne, jaskinia jest naprawdę świetnie przygotowana do zwiedzania. Liczne i ładnie oświetlone stalaktyty i stalagmity naprawdę robią wrażenie, zwłaszcza w kilku większych komnatach. Godzina w jaskini Sung Sot to podobno jedna z najpowszechniejszych atrakcji podczas rejsów po zatoce, ale zupełnie mnie to nie dziwi - naprawdę warto tu zajrzeć :).
Wyszliśmy z jaskini wprost na niewielki sklepik z pamiątkami, gdzie natychmiast rzuciły mi się w oczy różne cuda robione z muszelek. Była tu też całkiem fajna platforma widokowa - przecież do jaskini wchodziło się po licznych schodach do góry, więc znajdowaliśmy się trochę nad poziomem wody i mogliśmy spojrzeć w dół na mnóstwo zgromadzonych tutaj statków wycieczkowych... w końcu niemal każdy musi zatrzymać się przy wyspie Bo Hon ;). Gdy wszyscy wrócili na pokład, statek ruszył w dalszy rejs - tym razem jednak bardzo krótki, bo kolejna atrakcja również znajdowała się przy tej samej wyspie.
Przyszedł czas, żeby popływać przy jaskini Luon, czyli kilkudziesięciometrowej długości tunelu. Tu w cenie wycieczki mieliśmy do wyboru dwie opcje: kajak albo małą łódkę. Kajaki są popularniejsze, ale jako że ja nigdy nie pływałam kajakiem (tak jakoś wyszło...), a mieliśmy przy sobie parę rzeczy w stylu aparatu czy paszportów, których wolałabym jednak nie utopić, to zdecydowaliśmy się na łódkę. Upewniłam się przy tym wyborze, obserwując turystów, którzy próbowali się bez sukcesów wdrapać z powrotem do przewróconego kajaka... ;) Łódki były kilkuosobowe, więc tutaj z kolei nie byliśmy sami, no ale coś za coś.
Tutaj mieliśmy kilkadziesiąt minut na pływanie, głównie po jednej lagunie - nie można było oddalić się w nieznane ;). Łódki były na tyle małe, że też bez problemu prześlizgiwały się przez jaskinie, co jest jedną z największych atrakcji tego miejsca. Nie podpływaliśmy za to zbyt blisko brzegu, gdzie skakały małpki, ale łódka zatrzymała się w pewnej odległości, byśmy mogli na spokojnie przyjrzeć się zwierzętom. Czas na wodzie wśród pięknych widoków zleciał bardzo szybko i już wkrótce trzeba było się znów kierować do portu, zdawać kamizelki ratunkowe i przenosić z powrotem na statek...
Teraz już był czas na pełen relaks - do samego wieczora miało być tylko pływanie... Ale ten wieczór wcale nie był taki znowu odległy ;). Na statku można było coś przegryźć (w ogóle jedzenie było smaczne, a bufet na lunch miał naprawdę spory wybór dobrych dań - tutaj fajnie trafiliśmy, nie było na co narzekać) oraz wypić, nasiliło się promowanie wszystkich ofert zniżkowych na napoje... ;) Wypiliśmy po lokalnym piwie, a potem wyszliśmy na górny pokład, gdzie była fajnie urządzona strefa odpoczynku m.in. z leżakami. I czekaliśmy na zachód słońca, gdy niebo nad zatoką zaczęło przybierać coraz więcej kolorów...
Zachód słońca nad zatoką Hạ Long to magiczne doświadczenie, nawet jeśli wszystko dzieje się za szybko, bo słońce znika za skałami szybciej, niż zdąży zajść ;). Na szczęście statek bardzo powoli kierował się do portu, więc mieliśmy jeszcze sporo czasu, by nacieszyć się kolorowym niebem nad coraz ciemniejszymi kształtami wysepek. Do samego Hanoi wróciliśmy dość późno - zwłaszcza że w drodze powrotnej zepsuł się nasz autokar i musieliśmy czekać, aż podstawią nowy... Ale przecież było tak bardzo warto :).

0 Komentarze