Advertisement

Main Ad

Chengdu - miasto pand

Chiny Chengdu
Chengdu, stolica Syczuanu, była ostatnim przystankiem w naszej chińskiej podróży - miała być i pierwszym, ale - jak wiadomo - nie wyszło ;). A jak Syczuan, to pandy, bo to właśnie w tej prowincji żyje najwięcej tych zwierząt. Nic dziwnego, że właśnie wokół pand rozkwitła cała promocja Chengdu, bo to głównie te zwierzaki przyciągają do miasta tłumy turystów. My pewnie nie planowalibyśmy wizyty w Syczuanie, gdybyśmy nie znaleźli sensownych cenowo lotów właśnie do Chengdu, ale skoro już tu byliśmy, to też musieliśmy ulec pandowemu szaleństwu ;). Ale że przygodę z pandami mieliśmy w weekend, odpuściliśmy sobie słynną Chengdu Research Base - ta znajduje się w samym mieście, co oznacza, że w dni wolne przyciąga też mnóstwo miejscowych odwiedzających. A mnóstwo ludzi w Chinach to naprawdę oddzielna kategoria... Więc chcąc zobaczyć pandy na żywo, pojechaliśmy do pobliskiej Doliny Pand i o niej opowiem w oddzielnym wpisie ;). Dzisiaj zaś skupię się na samym Chengdu i innych atrakcjach tego miasta, a nawet bez wizyty w sanktuarium pand tych zwierząt tutaj nie zabraknie...
Pierwszym miejscem, które postanowiliśmy odwiedzić - już po zostawieniu rzeczy w hotelu i odświeżeniu się po podróży - była świątynia Wuhou. Wyobrażałam sobie coś na kształt odwiedzonej w Chongqing świątyni Luohan, ale szybko okazało się, że byłam tu w błędzie - Wuhou to nie przybytek religijny, ale raczej kompleks upamiętniający Zhuge Lianga. Był to polityk i strateg wspierający cesarza Liu Bei, żyjący na przełomie II i III wieku. Liu Bei władał cesarstwem Shu Han, którego stolicą było Chengdu, dlatego też nie powinno dziwić, że właśnie w tym mieście powstał taki kompleks. Choć w jego centrum jest postać Zhuge Lianga - po dziś dzień cenionego w Chinach jako wzór stratega - to znajdziemy tu też świątynię cesarza i niewielkie muzeum poświęcone czasom państwa Shu Han. Niestety, niemal wszystko wyłącznie po chińsku...
Wstęp do świątyni Wuhou kosztuje 50¥ (28,80 zł) i myślę, że warto tutaj zajrzeć mimo tego wszechobecnego chińskiego ;). Choć szczerze przyznam, że Wuhou nie znajduje się w czołówce miejsc, które wywarły na mnie szczególne wrażenie w Chinach, wciąż jednak jest to istotne miejsce z historycznego i kulturowego punktu widzenia. Do tego naprawdę ładne - pełne ciekawej architektury, rzeźb oraz zieleni otaczającej zbiorniki wodne. Nie powiem, żeby było to ciche i spokojne miejsce, nawet mimo tej zieleni, bo o coś takiego w chińskich miastach chyba trudno ;). Z drugiej strony na zwiedzanie Wuhou wystarczy niecała godzina, a potem można wyruszyć na miasto...
Tuż obok świątyni Wuhou ciągnie się zabytkowa ulica Jinli, choć wygląda ona nieco jak niewielki labirynt bardzo turystycznych uliczek o łącznej długości sięgającej zaledwie ok. pół kilometra. I na tak krótkim dystansie znajdziemy chyba wszystko... ;) Restauracje, stoiska z najprzeróżniejszą kuchnią, sklepy i sklepiki, stoiska z pamiątkami (to stąd mam cudowne magnesy z pandą, które tak mi wpadły w oko, że kupiłam więcej jeszcze na pamiątki/prezenty dla rodziny), herbaciarnie, ciekawe fotospoty... Oczywiście będzie tu też sporo turystów, ale nie takie tłumy jak na innej popularnej uliczce, o której będzie mowa później. Na Jinli było całkiem spokojnie - może dlatego, że zawitaliśmy tu jeszcze w piątek, w środku dnia.
Popularność Jinli nie wzięła się z powietrza - uliczka liczy sobie coś koło 1.800 lat i według wielu źródeł jest najstarszą w Chengdu. Oczywiście nie ma co się nastawiać na oglądanie wiekowych budowli - najstarsza w okolicy niewątpliwie jest wspomniana już świątynia Wuhou, zaś budynki przy samej Jinli to głównie rekonstrukcje zbudowane dla turystów na początku lat dwutysięcznych. Nie brakuje tu więc klimatycznych bram, pawilonów czy mostków, ale nie ma co sobie wyobrażać, że to wszystko ma nie wiadomo ile lat ;). Za to z kolorowymi lampionami musi to wszystko naprawdę fajnie wyglądać też po zmroku, ale tego już nie miałam okazji zobaczyć.
Jako że Jinli i świątynia Wuhou położone są kawałek od centrum, wsiedliśmy w autobus i ruszyliśmy na zwiedzanie centralnych części Chengdu. A transport publiczny jest tu naprawdę świetnie ogarnięty i z pomocą chińskich aplikacji w telefonie bez problemu poruszaliśmy się po mieście. Do tego ceny są bardzo przystępne - przejazd autobusem z uliczki Jinli do centrum kosztował nas zaledwie po 2¥ (1,15 zł). Szybko znaleźliśmy się na głównym deptaku Chengdu, czyli popularnej Chunxi Road. I tu już było zdecydowanie bardziej tłoczno, więc nie planowaliśmy zostać tutaj nie wiadomo jak długo... Tzn. gdybyśmy przyjechali na Chunxi Road o nieco wcześniejszej porze, na pewno chciałabym odwiedzić pobliską zabytkową świątynię Daci, ale późnym popołudniem była już niestety zamknięta. No i w sumie zwiedzaliśmy już jedną świątynię tego dnia, muszę dawkować M. emocje ;). Za to oboje chcieliśmy zobaczyć ogromne telebimy umiejscowione na budynkach, na których pokazywano trójwymiarowe filmiki - oczywiście najbardziej chciało się oglądać te z pandami... :)
Najbardziej znanym punktem na Chunxi Road, do którego my także musieliśmy zajrzeć, jest kompleks Chengdu IFS. Na jednym z wyższych tarasów ustawiono ogromną (15 m) figurę pandy (bo czego by innego...), która wspina się po fasadzie budynku. Można ją zobaczyć i z dołu, ale warto podjechać schodami ruchomymi na taras i zobaczyć rzeźbę od frontu z ogromnym napisem I am here. Autorem pandy jest Lawrence Argent, a sama atrakcja jest naturalnie darmowa. Inna bajka, że ustawia się do niej kolejka - na szczęście podczas naszej wizyty krótka, więc dość szybko doczekaliśmy się swojej okazji do zdjęcia. Przy pandzie stoi też pracownik pilnujący porządku w kolejce i pomagający ze zrobieniem zdjęć, co jest akurat fajne, bo nie trzeba było prosić o to osób za nami w kolejce :).
Po zdjęciu z pandą i przerwie na coś do picia w kawiarni na tarasie, ruszyliśmy spacerem przez miasto do nieco oddalonego placu Tianfu. Za czasów dynastii Ming znajdował się tutaj pałac lokalnych książąt, jednak dawne zabytki nie przetrwały Mao Zedonga i rewolucji kulturalnej. Nie przeszkadzało to postawieniu Mao pomnika na placu - za nim zaś znajduje się potężny budynek Syczuańskiego Muzeum Nauki i Technologii. Tianfu to spory (88.000 m2) plac z fontannami i dekoracjami, z jednej strony zamknięty wspomnianym muzeum, a z drugiej kilkoma wieżowcami. Co dla nas było też istotne, to również ważny punkt przesiadkowy metra w Chengdu, a my planowaliśmy stąd ruszyć na południe miasta, bo powoli zaczynało się ściemniać...
Metrem dojechaliśmy do centrum handlowego SKP i przyznam, że gdy wyszliśmy ze stacji, po raz pierwszy poczułam się zagubiona. Znajdowaliśmy się w ogromnym centrum handlowym i naprawdę nie miałam pojęcia, którędy mamy się kierować do wyjścia, żeby zobaczyć pobliskie fontanny. Aplikacja głupiała w ogromnym budynku, sensownych oznaczeń czy strzałek brak... Obsługa oczywiście nie mówiła po angielsku, a na pokazywane w telefonie zdjęcia fontann wskazywała tylko ogólnie jakiś kierunek... Generalnie SKP uważa się za największe podziemne (ma kilka pięter pod ziemią) centrum handlowe w Azji i choć daleko mu do rozmiarów różnych naziemnych kompleksów, to naprawdę szło zgłupieć. Nieco łatwiej, choć też z problemami, przyszło nam potem znaleźć drogę powrotną do metra - ale na szczęście metro było przynajmniej oznaczone strzałkami ;). Kiedy w końcu wyszliśmy na zewnątrz i w oddali za ogromnym parkingiem zobaczyłam górną część fontann, trochę już miałam dość wszystkiego ;). Na szczęście zanim doszliśmy na miejsce zrobiło się zupełnie ciemno, a ja szybko zapomniałam o zmęczeniu.
Tak, słynne Bambusowe Fontanny to główny powód, dla którego tłukliśmy się specjalnie na południe Chengdu. To sześć ogromnych (sięgających prawie 40 m) instalacji kształtem przypominających łodygi bambusa, stąd też ich potoczna nazwa - fontanna znana jest też jako Wieża Życia. Wieczorową porą wszystko jest pięknie podświetlone, a bambusy zmieniają kolory. Nie da się ukryć, w połączeniu z wysokością kolumn całość sprawia spore wrażenie. Gorzej, że ciężko to wszystko z bliska dobrze ująć na zdjęciu ;). Między bambusami prowadzą ścieżki, więc można się wszystkiemu dobrze przyjrzeć, tylko uprzedzam - mokro tutaj! Przy okazji polecam jeszcze krótki filmik, który M. tam nakręcił przy użyciu Insta360 - myślę, że naprawdę fajnie mu to wyszło :).
A skoro już byliśmy w południowej części Chengdu, podjechaliśmy zobaczyć jeszcze jedną atrakcję, którą trzeba oglądać po zmroku. Ledwo wyszliśmy z metra, a już nad nami wznosiły się potężne wieże - Twin Towers. Te dwa charakterystyczne wieżowce są całe pokryte LED-ami, dzięki którym wyświetla się na nich różne krótkie filmiki i reklamy. Ryby, konie, oczywiście i pandy, ludzie przy różnych aktywnościach - animacji jest całkiem sporo i można tu postać dość długo, oglądając wszystko. Większość jest fajnie zgranych pomiędzy wieżami, więc można popatrzeć, jak człowiek przepływa czy panda przeskakuje z jednego wieżowca na drugi. Oczywiście lepiej to wszystko widać z pewnej odległości, ale my już nie mieliśmy siły, by się oddalać i szukać lepszych kadrów - pooglądaliśmy trochę Twin Towers z placu przy wieżowcach, a potem wsiedliśmy z powrotem do metra i ruszyliśmy do hotelu.
Następnego wieczora musieliśmy się już zbierać na lotnisko - przyszedł czas wracać do Wiednia - a za dnia mieliśmy w planach pobliski Dujiangyan, więc na samo Chengdu nie było już dużo czasu. Udało się jednak zawitać jeszcze w jedno miejsce z mojej listy, czyli Kuanzhai Alley - Szeroką i Wąską Aleję. To druga obok Jinli zabytkowa uliczka w Chengdu i tu faktycznie można zobaczyć trochę budynków sięgających XVIII wieku, większość już porządnie odrestaurowanych. Nie zabraknie tu jednak i współczesnych budowli, choć remontując Kuanzhai Chińczycy starali się utrzymać wszystko w jednym klimacie i całkiem nieźle im się to udało.
Ja bardzo chciałam odwiedzić to miejsce, bo znajduje się tu jedna z dwóch (druga była przy Jinli, ale jakoś ją przegapiłam) Panda Post. Turystyczny urząd pocztowy, współpracujący jednak z chińską pocztą, więc wysłane stąd pocztówki naprawdę ruszą w świat :). Znajdziemy tu dziesiątki wszelakich pocztówek z pandami, różne pieczątki, którymi te kartki można ozdobić i inne papiernicze drobiazgi. Brakowałoby tylko pandowych znaczków, ale te akurat były oficjalne, chińskie, więc z widoczkami... Znaczek do Europy kosztował w maju tego roku 5¥ (2,70 zł), co uważam za bardzo niską cenę. Oczywiście w środku było też pełno turystów, bo w tej części Chin niełatwo było gdzieś dorwać pocztówki, więc najlepiej było przyjść do Panda Post, kupić, na miejscu wypisać i od razu wysłać.
Podobnie jak Jinli, także Kuanzhai Alley jest pełna sklepów, restauracji, stoisk z ulicznym jedzeniem, różnych wydarzeń kulturalnych czy instalacji artystycznych. Były tu też dużo większe tłumy, ale to może kwestia tego, że na Kuanzhai Alley dotarliśmy w sobotnie popołudnie. Ogarnęliśmy pocztę, pospacerowaliśmy wśród wąskich i szerokich uliczek, zjedliśmy nasz ostatni chiński obiad i przyszła pora, by zbierać się z powrotem do hotelu... Mimo że przez zmianę lotów (oryginalnie mieliśmy przylecieć do Chengdu i spędzić tam również pierwszy dzień podróży, ale ostatecznie wylądowaliśmy w Chongqing) mieliśmy na Chengdu mniej czasu, niż planowałam, udało nam się zobaczyć większość zaplanowanych atrakcji. Najbardziej żałuję świątyni Daci, no i fajnie byłoby też posiedzieć w którejś z herbaciarni w Parku Ludowym. Ale pierwsze wrażenie z Chengdu pozostało bardzo pozytywne :).

Prześlij komentarz

0 Komentarze