Syczuan wywoływał we mnie dwa skojarzenia: pikantne jedzenie i pandy. Za tym pierwszym akurat nie przepadam, więc już zawczasu kazano mi się nauczyć zwrotu bu la, co znaczy dosłownie nieostre i miałam to powtarzać za każdym razem przy zamawianiu jedzenia ;). W przeciwieństwie jednak do pikantnego jedzenia pandom udało się podbić moje serce, więc podczas wizyty w Syczuanie bardzo chciałam je zobaczyć na żywo. Zwierzęta te żyją tylko w trzech chińskich prowincjach - poza Syczuanem także w Shaanxi i Gansu - ale to ta pierwsza skupia w sobie zdecydowaną większość ich populacji. Pandy można zobaczyć i w samym Chengdu, ale tam są podobno prawdziwe tłumy, a ja wolałam przyglądać się im nieco bardziej na spokojnie. Nieco, bo o całkowicie spokojne miejsca w Chinach - szczególnie tych turystycznych okolicach - jednak ciężko ;). Nasz wybór padł na Dolinę Pand w miasteczku Dujiangyan, położonym o jakieś 60 km na północny zachód od Chengdu, dokąd pojechaliśmy taksówką, bo te w Chinach są na tyle tanie, że nie było co kombinować z transportem publicznym (dokładnych cen nie pamiętam, ale za taki godzinny przejazd płaciliśmy coś ok. 20 €).
Podstawową rzeczą, jaką trzeba brać pod uwagę, wybierając się na oglądanie pand - i nieważne, czy to Dujiangyan, Chengdu czy jakiś inny ośrodek - to fakt, że są one aktywne głównie z rana. Aktywność to oczywiście pojęcie względne, bo nie są to wybitnie ruchliwe zwierzęta, ale jednak można popatrzeć jak jedzą, trochę się bawią czy rozglądają dookoła. Po jedzeniu idą po prostu spać, a śpiące pandy, choć też urocze, nie są aż tak ciekawe ;). My wyruszyliśmy z Chengdu od razu po śniadaniu, które w naszym hotelu serwowali niestety dopiero od 7, więc na miejsce dojechaliśmy ok. 8:30. Jeśli liczyłam, że o tej porze będzie jeszcze dość pusto i spokojnie, zwłaszcza w dość brzydki i nieco deszczowy dzień, to szybko się przeliczyłam. Ludzi było wszędzie sporo, a do kasy ustawiła się kolejka - na szczęście na tyle krótka, że nie zdecydowaliśmy się na skanowanie kodów QR i kupowanie biletów online (to dla obcokrajowców nie zawsze w Chinach działało tak płynnie, jakbym tego oczekiwała). Wstęp do Doliny Pand kosztował 55¥ (32,10 zł), co wydało mi się naprawdę przystępną ceną jak na takie miejsce. Zatem kupiliśmy bilety i weszliśmy na teren doliny.
Warto pamiętać na start, że Dolina Pand nie jest miejscem, w którym zobaczymy dziesiątki tych zwierząt jak w Panda Base będącym punktem ich rozmnażania. W Dujiangyan stawia się na stworzenie pandom warunków zbliżonych do naturalnych. To spora dolina, licząca sobie około 140 hektarów, na których docelowo ma być nieco więcej zwierząt, ale obecnie pand wielkich jest tu zaledwie 12. Mają jednak dla siebie sporą przestrzeń, dużo zieleni - w Dolinie Pand zdecydowanie nie czuliśmy się jak w czymś na kształt ogrodu zoologicznego. Tutaj trzyma się te zwierzęta, które potencjalnie potem można wypuścić na wolność, więc dba się o to, by stworzyć im warunki jak najbardziej zbliżone do naturalnych. Swoją drogą, na tablicach informacyjnych wspominano, jak ważne jest, by pandy wypuszczane na wolność bały się ludzi - ciekawe, jak to ma się do tych setek oglądających je, przewijających się przez dolinę każdego dnia...
Tablic informacyjnych w Dolinie Pand nie brakuje i, co najważniejsze, są one zarówno po chińsku, jak i po angielsku (a to drugie wcale nie jest takie oczywiste w Chinach). Znajdziemy tu nie tylko szczegółowe informacje o tych zwierzętach, warunkach, w jakich żyją oraz o procesie przygotowania ich do życia na wolności. Przy każdym wybiegu umiejscowiono też mniejsze tabliczki z informacjami o danej pandzie. Poznamy więc ich imiona i daty urodzenia, ale też cechy charakteru ;). I tak jedna z pand na ten przykład lubi być sama i często śpi na drzewach, inna zaś ma okrągłe ciało i, bez zaskoczenia, lubi jeść ;). Podczas naszej wizyty w dolinie większość zwierząt skupiała się właśnie na jedzeniu, choć trzy pandy na drewnianej platformie znalazły w sobie energię do zabawy.
Powolnym spacerem przechodziliśmy wzdłuż wybiegów i przyglądaliśmy się pandom. Generalnie wszędzie było sporo ludzi - zwłaszcza tam, gdzie zwierzęta były nieco aktywniejsze. Pracownicy doliny próbowali utrzymać porządek i krzyczeli na ludzi, którzy za długo stali w jednym miejscu i blokowali innym widok - obejrzałeś, idź dalej. Niemal wszyscy odwiedzający byli miejscowi i nieco się tu wyróżnialiśmy, ale też nas nikt nie poganiał ani się nie czepiał (może nie umieli po angielsku... ;) ), więc oglądaliśmy pandy tyle, ile chcieliśmy, aż sami uznaliśmy, że czas iść dalej. Jakby nie patrzeć, szanse na to, że znów zobaczymy tyle pand naraz, są raczej niewielkie - w końcu wszystkie pandy należą do Chin, nawet te w ogrodach zoologicznych w innych krajach są własnością Chin, a i tam zazwyczaj zobaczymy po jednym czy dwóch zwierzętach... Więc gdy się już napatrzyliśmy, to poszliśmy na lody - naturalnie w kształcie pand ;), a potem skierowaliśmy się do drugiej części doliny.
Dolina w Dujiangyan ma jeszcze jedną atrakcję, a są nią pandy czerwone czy też - jak brzmi ich oficjalna polska nazwa - pandki rude. W przeciwieństwie do pandy wielkiej, te zwierzątka można spotkać też w innych częściach Azji, ale jeśli chodzi o Chiny, to występują głównie właśnie w Syczuanie i w Junnanie. Przed przyjazdem do Dujiangyan widzieliśmy filmiki z Doliny Pand, jak małe pandki nie boją się ludzi i łażą po drzewach nad ich głowami, i bardzo się cieszyliśmy na możliwość zobaczenia ich z bliska. Niestety, nie poszczęściło nam się aż tak - nie wiem, czy to kwestia takiej sobie pogody czy po prostu braku szczęścia, ale pandki przez większość czasu chowały się w zaroślach i ciężko było cokolwiek wypatrzeć. Mogliśmy się im przyjrzeć dopiero na drewnianych platformach, gdy przyszła pora karmienia i nie da się zaprzeczyć - zwierzaki mają swój urok :). I jedna pandka nawet na chwilę zeskoczyła na chodnik, ale zanim zdążyłam przygotować aparat, pracownik parku już wyprowadził ją z powrotem za barierki.
Dujiangyan jest też świetnym miejscem, jeśli chcecie kupić sobie jakieś pamiątki czy zabawki dla dzieci w kształcie pand (czy to wielkich, czy rudych). Nawet na terenie doliny znalazły się sklepy z pamiątkami, jednak prawdziwy szał zaczyna się tuż za wyjściem. Stragan na straganie, a nachalni sprzedawcy wręcz wyskakują przed turystów, machając im przed nosem hałaśliwymi zabawkami i pluszakami, które - wywracane na drugą stronę - zamieniają się z pandy wielkiej w pandkę rudą. My też stąd wyjechaliśmy z pandowymi zabawkami dla dzieci w rodzinie, choć woleliśmy zaopatrzyć się w nie w sklepiku a nie na straganach... ;)
Jednak Dolina Pand to nie wszystko, co Dujiangyan ma do zaoferowania turystom. Miasteczko wraz z górującym nad nim szczytem Qingcheng wpisano w 2000 roku na listę UNESCO. Góry - miejsce narodzin taoizmu - wraz ze znajdującymi się na niej świątyniami nie mieliśmy w planach, nie pozwalała na to ani pogoda, ani czas. Byłam jednak ciekawa systemu irygacyjnego w Dujiangyan oraz całego otaczającego go kompleksu widokowo-zabytkowego, więc złapaliśmy taksówkę spod Doliny Pand i po krótkiej jeździe znaleźliśmy się przy jednym z wejść do kompleksu. Tutaj z kolei natychmiast obskoczyli nas sprzedawcy parasolek, bo pogoda załamała się nieco bardziej... Kupiliśmy bilety wstępu po 80¥ (46,95 zł), a chwilę potem także peleryny przeciwdeszczowe. Przed deszczem chroniły świetnie, ale były tak szczelne, że człowiek spacerując szybko się pocił, więc tak czy inaczej był mokry... :P
O ile dobrze pamiętam, to na teren kompleksu Dujiangyan weszliśmy bramą nr 6, przy wieży Qinyan, a stamtąd zeszliśmy do świątyni Erwang. Generalnie wszystkie takie ważniejsze punkty na terenie kompleksu są wyposażone w toalety i małe sklepiki lub punkty gastronomiczne, więc nie musicie się martwić, jeśli nie weźmiecie ze sobą nic do jedzenia czy picia, albo tak jak my wybierzecie się w deszczowy dzień bez parasola ;). Świątynia Erwang jest dedykowana Li Bingowi - politykowi i inżynierowi odpowiedzialnemu za budowę systemu irygacyjnego - oraz jego synowi. Ciężko mi znaleźć wiarygodne informacje odnośnie dat powstania i przebudowy pierwotnej świątyni (różnią się one od strony do strony ;) ) - obecna jest jednak XX-wieczną rekonstrukcją.
Jeśli przyszłoby Wam do głowy zastanawiać się, dlaczego wpisano system irygacyjny na listę UNESCO i co w nim jest takiego specjalnego, to wystarczyłoby tu podać datę jego powstania. A tę uznaje się za rok 256 p.n.e., a cały system jest prawdziwą perełką starożytnej chińskiej inżynierii wodnej. Chińczycy świetnie wykorzystali naturalny krajobraz i ukształtowanie terenu przy rzece Minjiang, by nie tylko nawadniać okoliczne pola uprawne, ale też ograniczać powodzie. System był rozbudowywany na przestrzeni wieków i działa do dziś - nawadniając prawie 700 tys. hektarów ziemi; a jego trzy najważniejsze elementy to grobla Yuzui, śluza przeciwpowodziowa Feishayan oraz kanał Baopingkou.
Cały kompleks jest ogromny i nie mieliśmy czasu, by obejść całość, bo musieliśmy o w miarę rozsądnej porze zbierać się do Chengdu, a stamtąd na samolot do Wiednia. Parę miejsc w Dujiangyan chciałam jednak zobaczyć (nie będę tu pisać chcieliśmy, bo zwiedzanie tego miejsca było zdecydowanie tylko moim pomysłem, a biedny M. w milczeniu za mną chodził ;) ), więc ruszyliśmy mostem wiszącym Anian na niewielką wysepkę na rzece. Nie polecam, jeśli nie lubicie mocnego trzęsienia, a tutaj pod stopami dziesiątek turystów most naprawdę nieźle się bujał... To właśnie przy wyspie można było zobaczyć groblę Yuzui i trochę odwiedzających się tu kręciło - część przyjechała tu turystycznymi pociągami, dzięki którym można było oszczędzić sobie trochę chodzenia. Inną alternatywą, którą zaobserwowaliśmy też i w Zhangjiajie, były krzesełka niesione przez dwie osoby, jakby ktoś chciał się poczuć jak w prostej lektyce... ;) Cen nie znam, my jednak ufaliśmy tu własnym nogom ;).
Kompleks jest pełen świątyń i pawilonów, jednak duża ich część znajduje się za bramą nr 1 (Lidui Park) i w okolicy Żółwiego Stawu. To jest ta część, którą odpuściliśmy i tak szczerze powiedziawszy, niezbyt żałowaliśmy ;). Nawet jak momentami nie padało za bardzo i mogliśmy zdjąć płaszcze, to pogoda nie zachęcała do dłuższych spacerów. A w pewnym momencie człowiekowi te kolejne świątynie zaczynają się zlewać w jedno - jakby nie patrzeć nawet w samym Dujiangyan już ich kilka widzieliśmy. Generalnie na miasteczko (zarówno Dolinę Pand, jak i system irygacyjny) warto poświęcić pełen dzień - zaczynając z samego rana z pandami, a kończąc już po zmroku. Przyznam, że trochę żałuję, że nie mogliśmy zostać w Dujiangyan do wieczora, bo chciałabym zobaczyć to wszystko w pełnym oświetleniu :).
Teren biletowany kompleksu opuściliśmy bramą nr 2 i niemal natychmiast zgłębiliśmy się w bardzo turystyczną uliczkę West Street. Wszędzie po bokach mijaliśmy sklepy, kawiarnie, restauracje (M. się skusił na jakieś lokalne przekąski w małej knajpce, gdzie właściciel nie tylko mówił po angielsku, ale bezskutecznie próbował zachęcić do rozmowy z nami swoje dzieci), a cała uliczka była też ładnie udekorowana. Co i rusz migały nam dekoracje z pandami, a przy jednym ze sklepików pałętał się malutki prosiaczek, który natychmiast przyciągnął uwagę ogółu ;).
Naszą przygodę z Dujiangyan zakończyliśmy przy moście Nanqiao - to chyba najbardziej znany punkt w miasteczku, a zdjęcia stąd zazwyczaj reklamują wycieczki ze zwiedzaniem systemu irygacyjnego. Pierwotnie XIX-wieczny (niszczony i odbudowywany w kolejnych dekadach) most jest przepięknie zdobiony, niektóre strony i przewodniki nazywają go wręcz pałacem na wodzie. Jednak prawdziwą atrakcją Nanqiao staje się po zmroku, gdy woda i most zostają oświetlone intensywnym niebieskim światłem (Blue Tears). Na zdjęciach wygląda to niesamowicie i są nawet wycieczki, które przyjeżdżają tu specjalnie wieczorową porą, by zobaczyć ten efekt. My o tej porze już zbieraliśmy rzeczy z hotelu w Chengdu, by jechać na lotnisko... Przy moście znajduje się ogromny parking, z którego bez problemu złapaliśmy taksówkę do Chengdu - nawet jeśli pogoda nie dopisała, fajny to był ostatni dzień naszej chińskiej przygody :).



0 Komentarze