Nasz sylwestrowy wypad do Włoch podzielony był na dwie części z noclegami w Materze i Ostuni. W związku z tym wybraliśmy loty na lotnisko w Bari, choć samego Bari tym razem nie planowaliśmy - mi wystarczyło, że byłam tam raz przed laty. Jako że ten wypad przypadał na okres okołoświąteczny, najbardziej zależało mi na odwiedzeniu pięknie udekorowanych miasteczek - Locorotondo i Alberobello. Ale nie skupiałam się tylko na tych najbardziej znanych, szukałam informacji, gdzie jeszcze warto zajrzeć w tym okresie, a internet podpowiadał mi coraz to nowe miasteczka. I tak odkryłam Altamurę, miejsce ciekawe z historycznego punktu widzenia, pięknie udekorowane na święta, a do tego położone idealnie na trasie z lotniska do Matery. Wybór tego, co będziemy zwiedzać w drodze powrotnej, był już bardziej spontaniczny. Nie mieliśmy dużo czasu, chcieliśmy się zatrzymać gdzieś blisko lotniska, a Bitonto dzieli od niego niecałe 10 km. Altamura spodobała mi się bardziej - może dlatego, że mieliśmy na nią więcej czasu, a dekoracje (pięknie rozświetlone) oglądaliśmy po zmroku... Ale i tak uważam, że do obu miasteczek warto zajrzeć, jak się trafi taka okazja :).
No to pierwszy przystanek: Altamura. Położona trochę ponad 40 km od lotniska w Bari i zaledwie 20 km od Matery, wciąż jednak na terenie Apulii. Swoją historią Altamura sięga średniowiecza, a obecnie liczy sobie ok. 70.000 mieszkańców, zdecydowanie więc zasługuje na miano miasta a nie miasteczka ;). Jej centralnym punktem jest katedra Wniebowzięcia NMP wybudowana w połowie XIII wieku i gruntownie przebudowana w wieku XVI. Jeszcze przed wejściem do budynku zachwyca pięknie zdobiony, średniowieczny portal, którego boków bronią dodane w 1533 roku kamienne lwy. Wnętrze to przykład trzynawowej bazyliki z drewnianym sufitem, większość wystroju pochodzi już z XVIII wieku.
Altamura słynie podobno z chleba, ale tutejszego pieczywa nie mieliśmy okazji spróbować - stwierdziliśmy, że na obiadokolację wybierzemy się już w Materze ;). Stare miasto jest nieduże i powiedziałabym, że typowo włoskie. Takie same charakterystyczne uliczki, gdzieniegdzie krużganki czy łuki pomiędzy budynkami... Przyjemnie się tu spaceruje, lubię ten włoski klimat, ale przyznam szczerze, że gdyby nie dekoracje świąteczne, to Altamura nie utkwiłaby mi szczególnie w pamięci. Tych jednak było zaskakująco dużo! Najpopularniejsze są złote łuki nad Corso Federico II di Svevia, ale koniecznie musiałam odbić w jedną z uliczek już na start świątecznie udekorowaną, z napisem Natale in Corso. Tu mogliśmy się już zanurzyć w labirynt wąskich uliczek, a że było to jeszcze przed naszą wizytą w Locorotondo, nie mogłam uwierzyć, jak pięknie można ozdobić stare miasto :).
Odbijając od katedry w drugą stronę, trafiliśmy na mały kościółek poświęcony św. Mikołajowi z Miry (Chiesa di San Nicola dei Greci). Mimo że budynek wyglądał dość niepozornie i tak musiałam wejść do środka, a wnętrze naprawdę wpadło mi w oko. Podobnie jak katedra, ten kościół też został zbudowany w XIII i mocno przebudowany w XVI wieku, mamy więc mieszankę gotyku na zewnątrz i baroku w środku. Warto tu zwrócić uwagę na XVII-wieczne malowidła na suficie przedstawiające sceny z życia św. Mikołaja oraz - pochodzące z tego samego okresu - pięknie zdobione kaplice boczne. Na tym kościółku skończyliśmy nasz spacer po Altamurze, bo i wieczorową porą niewiele by się jeszcze udało tu zwiedzić tak czy inaczej :).
Kiedy w drodze powrotnej zatrzymywaliśmy się w Bitonto, nie wiedziałam o tym miasteczku kompletnie nic. No, poza tym, że leży tuż obok lotniska i pojawia się na listach w stylu mniej znane miasteczka Apulii, które warto zobaczyć. Udało nam się znaleźć darmowy parking przy jednej z ulic niedaleko centrum i wyruszyliśmy na spacer po miasteczku. Stare miasto wciąż zachowało swój średniowieczny układ i warto zabłądzić pomiędzy wąskimi uliczkami - można wtedy trafić na takie perełki jak chociażby pałac Sylos-Calò, będący obecnie siedzibą Galerii Narodowej Apulii. Niestety, pogoda nam się tu trafiła wyjątkowo zimowa, mówimy tu oczywiście o zimie na południu Włoch, czyli chłodno, wietrznie, pochmurnie, a czasem nawet kropiło i trzeba było się gdzieś schować na rozgrzewającego aperolka...
Największą perełką Bitonto jest katedra maryjna - i byłam tu nieźle zaskoczona, bo ile katedr i diecezji może być w jednej okolicy, w końcu pobliskie Bari też ma katedrę... Okazuje się, że diecezja w Bitonto powstała już w IX wieku, a świątynię w stylu romańskim wzniesiono w XII wieku. Dziś jest to część wspólnej diecezji Bari-Bitonto, ale katedra pozostała katedrą i jest uważana za jeden z najważniejszych zabytków sztuki romańskiej w Apulii. Świątynia jest więc prosta i surowa, ale niewątpliwie stanowi ciekawą atrakcję turystyczną - bilet wstępu do katedry wraz z podziemiami kosztuje obecnie 7 €.
A skoro jesteśmy jeszcze w zimowo-świątecznych klimatach (idealne wyczucie czasu, gdy Wielkanoc już za rogiem ;) ), to muszę też wspomnieć, że akurat Bitonto na święta nie zostało szczególnie przystrojone. Oczywiście jakieś pojedyncze dekoracje się tu znalazły, tak jak i rozstawione w centralnych punktach miasteczka choinki, ale to naprawdę nic w porównaniu z tym, co mają do zaoferowania inne miejsca w Apulii. Jako że zbieraliśmy się stąd krótko przed zmrokiem, pomyślałam, że można poczekać do pełnej godziny - tak, jak zapalano światełka w innych odwiedzonych wcześniej miasteczkach... Bitonto, niestety, tutaj rozczarowało, bo lampki jak się nie paliły wcześniej, tak nie zapaliły się i teraz, więc po krótkim spacerze po okolicy uznaliśmy, że czas się już zbierać na lotnisko...

.jpg)
0 Komentarze