Jako że rok wcześniej rejs na Blue Lagoon na Malcie okazał się całkiem trafionym pomysłem na urodziny M., postanowiłam trzymać się podobnych klimatów i w tym roku - zwłaszcza że wybór padł na grecką wyspę Kos. Większość długiego weekendu spędziliśmy w samej stolicy wyspy, ale chcieliśmy też popływać i poplażować... Więc taki całodniowy rejs połączony z kąpielami brzmiał jak dobry plan :). Z miasta Kos rusza naprawdę wiele różnych rejsów, a wiele z nich obejmuje trzy sąsiednie wysepki: Kalimnos, Plati i Pserimos. Ja - jak to ja - lubię mieć wszystko ogarnięte zawczasu, więc bilety na rejs kupowałam za pośrednictwem Get Your Guide. Rejs statkiem Odyssey kosztował nas zaledwie 30 € / osobę, a w cenie był też lunch na pokładzie. I przez całą długość rejsu obowiązywało happy hours na przeróżne drinki... ;) Generalnie ile firm, tyle rejsów i jak potem przeglądałam sobie recenzje osób, które płynęły innymi statkami, to widziałam, że cumowały one w różnych miejscach na wyspach i czas tych postojów też się różnił. Nam odpowiadało to, co było na naszym rejsie, ale zawsze można się przejść wzdłuż portu w Kos i powypytywać przewoźników, co dokładnie mają w swoich ofertach :).
Przybyliśmy do portu nieco wcześniej, bo woleliśmy poczekać dłużej na zebranie się ludzi, ale za to zająć sobie jak najlepsze miejsce - przy stoliku i w cieniu... ;) Musieliśmy zeskanować kody QR i uzupełnić nasze dane, a potem mogliśmy już spokojnie czekać na wypłynięcie. Pierwsza część rejsu była najdłuższa, bo płynęliśmy ponad godzinę bez przerwy do najodleglejszej i największej z wysp, czyli Kalimnos. Po drodze załoga wypatrzyła delfiny koło nadbrzeżnych farm rybnych - jesteście w stanie znaleźć je na poniższym zdjęciu koło boi? ;) Nie zatrzymaliśmy się przy nich na długo, bo szybko się schowały w wodzie i odpłynęły, ale wciąż była to niemała atrakcja dla turystów. My nie byliśmy aż tak podekscytowani, bo zdecydowanie więcej delfinów oglądaliśmy nie tak dawno temu na Kanarach... ;) Po dłuższym rejsie dopłynęliśmy w końcu do wyspy Kalimnos.
Z tego, co czytałam, to właśnie Kalimnos, a dokładniej wybrany na niej port, to to, co najczęściej różni oferty rejsów. Część statków dopływa do stolicy wyspy (Pothia), gdzie na pewno jest najwięcej do zobaczenia - kolorowe domki, muzea, restauracje, a jeśli macie więcej czasu, to można wspiąć się ponad miasto do ruin zamkowych. Inne statki wybierają Vathis (funkcjonujące w anglojęzycznym internecie też jako Vathy), dużo mniejszego portu, do którego wpływa się długim i pięknym fiordem. Tu mniej się zwiedza, ale można zachwycić się samym rejsem przez fiord. Wioska jest niewielka, ale i tu znajdą się knajpki, zabytkowe kościółki, a gdy czas pozwoli, można odbić kawałek w głąb wyspy - okolice Vathis to jedyna część Kalimnos, gdzie warunki pozwalają na sadownictwo i mnóstwo tu drzew owocowych.
Nasz statek przepłynął fiordem i zacumował w porcie w Vathis, a my zeszliśmy na ląd. W jednym ze sklepików skusiliśmy się na świeży sok i choć nie planowaliśmy nic więcej kupować, można było przyjrzeć się tutejszym gąbkom. Kalimnos słynie ze sprzedaży naturalnych gąbek, a na wyspie nietrudno wypatrzeć sprzedawców noszących ogromne czapki z nich zrobione - ciekawie to wygląda. Spacerując po porcie, szybko natknęliśmy się na uroczy zakątek z muralem autorstwa Kateriny Vagii w bardzo greckim klimacie, więc oczywiście musiałam sobie tam zrobić zdjęcie ;). Gdy już obeszliśmy Vathis, M. zdecydował się też na krótką kąpiel w zatoce, a potem przyszedł czas na lunch na statku. Było to proste wieprzowe souvlaki z pitą i sałatką, idealnie, by się najeść, ale nie na tyle, by nie móc potem pływać... ;)
Bo kolejna wyspa nie oznaczała tym razem cumowania w porcie ani schodzenia na ląd. Plati to mała wysepka, na której poza przystanią i kościółkiem niewiele znajdziemy. Dlatego też większość statków zatrzymuje się w pewnej odległości od wyspy i można tutaj skakać ze statku (zarówno z dolnego, jak i górnego pokładu, na co z nas dwojga odważył się tylko M. ;) ) albo po prostu wokół niego popływać. Jest to kilkudziesięciominutowy postój i gdy po pewnym czasie coraz więcej ludzi już wracało na pokład, żeby odpocząć i się czegoś napić, załoga dała sygnał, że płyniemy dalej. I nieustannie przypominali o happy hours, a nawet proponowali, że pomogą zanieść szklanki do góry po wąskich schodkach (nie wiem, czy byli mili, czy widzieli, jak wcześniej na tych schodkach rozcięłam sobie nogę i uznali, że mogę stanowić dla samej siebie zagrożenie? :P ).I ostatni przystanek - wyspa Pserimos. Zamieszkiwana przez zaledwie ok. 100 osób (dla porównania na Kalimnos mieszka ok. 18.000) przyciąga głównie piękną, piaszczystą plażą i cudownie turkusową wodą. W porcie wysiedliśmy obok znaku Welcome to Pserimos, minęliśmy kilka straganów z różnymi turystycznymi drobiazgami i od razu znaleźliśmy się na plaży. Jako że większość rejsów (w tym i nasz) zatrzymuje się tutaj tylko na jakąś godzinę, pracownicy knajpek starają się mocno zachęcać turystów do wizyty u siebie. Może nie kusiło nas już jedzenie, ale że żar lał się z nieba, a piasek parzył w stopy, z przyjemnością położyliśmy się na leżakach pod parasolem. A taka przyjemność jest w cenie jakiegokolwiek zamówionego w restauracji napoju - wystarczy prosty sok czy herbata, nie muszą być od razu droższe koktajle :).
Miło było też zanurzyć się tu w wodzie, choć dla mnie - jak zwykle - mogłaby być cieplejsza ;). Ale po bardziej żwirowej plaży w mieście Kos, ta na Pserimos była zdecydowanie przyjemniejsza. Ta godzina zleciała, nie wiedzieć kiedy, no i trzeba było wracać na statek, by popłynąć z powrotem na Kos... Cały rejs trwał niespełna 8 godzin, więc wciąż wróciliśmy na wyspę na tyle wcześnie, by jeszcze pospacerować i usiąść gdzieś na kolację i greckie wino... :) Oczywiście ciężko byłoby uznać taki rejs na trzy wyspy jako coś nastawionego na zwiedzanie, ale jeśli chcecie i to drugie, z Kos odpływają też statki do Bodrum i można podczas pobytu na greckiej wyspie zwiedzić i tureckie miasto :). My tu byliśmy tylko na długi weekend - i to akurat, gdy w Wiedniu temperatury dobijały 40 stopni... więc greckie morze i tylko 30 stopni w cieniu to była zdecydowanie dobra zamiana ;).



0 Komentarze